Dlaczego Francuzi się śmieją ze Szwajcarów? Czyli co-nie-co o akcentach i odmianach!

Mówią, że krokiem milowym w nauce języka obcego jest moment, w którym zaczynasz słyszeć regionalizmy i dziwne akcenty w tym oto języku. Otóż, wszem i wobec muszę się Wam pochwalić – ostatnio zrozumiałam, o co chodzi ludziom, którzy się podśmiechują z akcentu języka francuskiego rodem z Tuluzy! Jak dotąd każdy, kto mówił lepiej ode mnie po francusku (czyli – nie oszukujmy się – 99% osób, które się tym językiem posługują) miał według mnie obłędny, romantyczny i szarmancki akcent. Teraz to się zmieniło! Ha! I’m goooooood!

Niestety imitacja tego akcentu w moim wykonaniu jest tak niesamowicie uboga… Jak zacznę się zastanawiać nad wymową, to ucieka mi sens. Na moim ostatnim intensywnym kursie języka francuskiego dostaliśmy zadanie, żeby nagrać kawałek tekstu po francusku. Mogliśmy pracować nad tym tekstem i doszlifowaniem wszystkich niuansów wymowy dosłownie przez kilka dni. I co z tego, jak po wielu próbach moje nagranie brzmiało tak, jakby przepiękny francuski tekst przeczytała taka właśnie pani: Czytaj dalej …

Szwajcarski Batman

Cała Szwajcaria od wielu lat żyje pewną tajemnicą. Otóż w lesie Maules w pobliżu Gruyere, w kantonie Fribourg pojawia się dziwna istota ubrana w maskę przeciwgazową, kombinezon chemiczny i płaszcz wojskowy w stylu Batmana. Człowiek ten jest zwykle widziany w świetle dnia, gdy wędruje przez las wzbudzając przerażenie spacerowiczów. Pojawia się już od dziesięciu lat, jednak jego tożsamość owiana jest tajemnicą.

Tutaj bardzo niewyraźne zdjęcie tajemniczej istoty:

Oczywiście za każdym razem jak ktoś zauważy tą oryginalną postać, historia ląduje w gazecie zwykle razem ze zdjęciami i wywiadami w stylu: „o Boże, jak się przestraszyłam”. Szwajcarzy upodobali sobie polowania na swojego Batmana i gdybanie, kto to może być i dlaczego jest ubrany w maskę przeciwgazową i płaszcz. W dodatku często i gęsto oszukują – przebierają się w maskę gazową i wysyłają triumfalne zdjęcia do gazet: „Zdołałem podejść do Batmana w lesie Maules i razem wypiliśmy piwo!” Czytaj dalej …

Szwajcarska szkoła cz.2

Połowa spośród moich szwajcarskich znajomych nie wybrała się nigdy na studia. Nikt nie jest bezrobotny, ani nie pracuje w sklepie ani w Macu. Kilka osób pracuje w korporacjach na dość eksponowanych stanowiskach, poza tym jeden chłopak w banku, jedna dziewczyna jest dietetyczką, druga sekretarką, a trzecia przedszkolanką.

Jeszcze raz: w wieku 15-16 lat szwajcarscy uczniowie kończą obowiązkowe gimnazjum i zdają egzamin kwalifikujący do szkoły maturalnej – uniwersyteckiej lub szkoły zawodowej. Szkoła maturalna trwa 3 lata i kończy się maturą. Po zdaniu matury ma się wolny wstęp na studia w zależności od ilości zdobytych punktów. Natomiast szkoła zawodowa to 3-letni system edukacji połączony z praktykami. Praktyki są normalnie płatne i zajmują większość tygodnia. Nastolatki bardzo wcześnie – bo już w wieku 16 lat wchodzą na normalny rynek pracy. Oprócz tego 1-2 z 5 dni zajmuje nauka przedmiotów zawodowych, a także bardzo ograniczona nauka przedmiotów ogólnych. Czytaj dalej …

Szwajcarska szkoła, cz.1

Polski wrzesień. Zrozpaczone dzieci pakują plecaki i krokiem skazańca szurają trampkami w stronę szkoły. Dzieci szurają trampkami, rodzice walczą z reformami systemu edukacji, nauczyciele liczą swoje głodowe pensje. A jak jest w Szwajcarii?

Uważam, że Szwajcaria ma jeden z najlepiej zorganizowanych systemów edukacji na świecie. Niestety nie da się go przedstawić bardziej ogólnie jako spójny system obowiązujący w całym kraju, ponieważ edukacja jest jedną z dziedzin, która niemal całkowicie znajduje się w gestii władz kantonów.

Dlatego skupię się na francuskojęzycznym kantonie Vaud, w którym mieszkam. Szwajcaria była pierwszym krajem na świecie, który wprowadził obowiązek szkolny. Klasy liczą zwykle kilkanaście osób, a zajęcia trwają od rana 8:30 do przerwy obiadowej o 11:45. Potem znów zaczynają się o godzinie 14:00 i trwają do 15:30. W środę dzieci nie mają zajęć popołudniowych. Czy wszyscy rodzice już pospadali z krzeseł, czy jeszcze coś mam dodać? Czytaj dalej …

Lepiej mieć rozwaloną szafę niż raka

Tak właśnie sobie powtarzamy ze Stevem od przedwczoraj. Jak nas jednak łapie za gardło żal za tymi tysiącami franków wyrzuconymi w błoto, dodajemy: To tylko mebel. A co, jakbyśmy byli chorzy? A co, jakby ktoś z naszych bliskich umarł? A co, jakby wybuchł pożar (bo jeszcze nie przepisaliśmy ubezpieczenia na nowy adres)?…

Dla niewtajemniczonych: w sobotę przeprowadzaliśmy się na nowo kupione mieszkanie. Wcześniej Steve nie miał czasu szukać ekipy budowlanej w celu remontu, dlatego ja się zobowiązałam, że znajdę jakąś polską, fajną firmę. Poszukiwania opisałam w lipcowym artykule. Myślałam, że wszystko będzie cacy, w końcu z Polakami zawsze jakoś się będzie można dogadać. Czytaj dalej …

Seks drive-in czyli jak działa szwajcarski mózg

Ja tu o Jurze, o dinozaurach, o ciekawych szlakach edukacyjnych, a Szwajcarzy mi tu seks boksy w Zurychu urządzają! Tak więc czuję się zmuszona przerwać moje wywody na temat ciekawostek turystycznych Szwajcarii i napisać coś o najnowszym pomyśle tego pragmatycznego do bólu kraju – o seks drive-inach.

Jak wszyscy zapewne wiedzą, prostytucja jest w Szwajcarii legalna i dobrze zorganizowana już od 1942 roku. No pewnie, niemal wszystko w tym kraju, co kontrowersyjne, jest legalne, albo przynajmniej tolerowane. Chcesz się zabić? A po co masz to robić za darmo, jeśli możesz całkowicie oficjalnie zapłacić kilka tysięcy franków za to, że usłużna pielęgniarka poda Ci strzykawkę. Chcesz zapalić marihuanę? Co prawda nie jest to legalne, ale uwierzcie, że żadnemu policjantowi snu z powiek nie spędza student z jointem w ręku. Czytaj dalej …

Szwajcarska Coca-Cola

Czas wziąć na warsztat słynne szwajcarskie produkty. Ta seria artykułów jest napisana we współpracy i inspirowana pomysłem niejakiego Leszka z Krakowa, opcjonalnie Heidelbergu, czasem Bazylei, a bywa, że i Genewy, a tak naprawdę to z Nigdziebądź 3 kilometry na prawo dróżką za brzózkami koło stodoły starej Maćkowej. Nie będę może zaczynała od Rolexa, ewentualnie mogę od Rollexa spod Hali Targowej. Paaaani! Oryginalny! Od starego Szwajcara kupiony w Genewie. Tak tanio, bo on takich miał ze dwadzieścia!

Czytaj dalej …

Impresje z psem

Wczoraj miałam dziwną przygodę na przejściu dla pieszych. Zamyślona szłam sobie z psem po chodniku, a że pies szwajcarski, oryginalny jak nóż wojskowy, to zobaczywszy przejście wykoncypował, że na pewno przechodzimy na drugą stronę. No to dałam się pociągnąć. Sytuacja na przejściu wyglądała następująco:

Czyli nieciekawie. Autobus stał na przystanku, za nim trzy samochody zasłaniając całą widoczność. Nauczona wieloletnim doświadczeniem złapałam psa krótko i ostrożnie wyjrzałam zza samochodów, czy można iść. W tym samym momencie zauważyła mnie kobieta kierująca jeepem nadjeżdżającym po przeciwległym pasie. Kobieta bardzo mocno zahamowała, aż zapiszczały hamulce. Zatrzymała się już na pasach (ale na początku), wyłączyła silnik, wyskoczyła z auta i nóż zaczęła mnie przepraszać, psa głaskać i sprawdzać, czy na pewno żywy i nie ranny. Ranny na pewno nie był, bo grzecznie czekaliśmy na przeciwnym pasie kilka kroków od jej samochodu, ale na pewno wkurzony, bo on tu wyszedł siusiu, a jakaś obca baba go obmacuje. Ja też nie wiedziałam, o co właściwie jej chodzi, ale jako że jak wszyscy wiedzą, jestem dość nieśmiała w obcych językach, które słabo znam, to bąkałam tylko pod nosem : „pas de probleme”. Czytaj dalej …

1 sierpnia czyli Święto Narodowe Szwajcarii

1 sierpnia czyli Święto Narodowe Szwajcarii. Wszyscy mają wolne, a każda gmina wydaje grubą kasę na huczne obchody z tradycyjnymi pochodami, koncertami i wieczornym pokazem sztucznych ogni. Tradycyjnie trwa rywalizacja między gminami na najbardziej atrakcyjny koncert, najgłośniejsze eksplozje fajerwerków, największe ognisko. Już od miesiąca w każdym sklepie można kupić flagi małe i duże, kredki w jedynych słusznych kolorach, chińskie lampiony ze szwajcarskim krzyżem i oczywiście sztuczne ognie.

Jak świętują Szwajcarzy? Cóż, radośnie, razem i bez nadęcia. To nie jest obciach, żeby pójść na pochód z flagami, koncertami na rogu alpejskim, najeść się fondue i opić szwajcarskim białym winem jak świnka. Imigranckie rodziny raźnie zasuwają na pokaz sztucznych ogni ubrane w tradycyjne szwajcarskie stroje z małymi flagami i zachwyconymi dzieciakami. Szwajcarska młodzież w pożyczonych od rodziców samochodach misternie opracowuje plan, jak by tu obskoczyć jak najwięcej fajerwerków, a na końcu w jakimś spektakularnym miejscu puścić swoje za uskładane kieszonkowe z połowy roku. Czytaj dalej …