Lepiej mieć rozwaloną szafę niż raka

Tak właśnie sobie powtarzamy ze Stevem od przedwczoraj. Jak nas jednak łapie za gardło żal za tymi tysiącami franków wyrzuconymi w błoto, dodajemy: To tylko mebel. A co, jakbyśmy byli chorzy? A co, jakby ktoś z naszych bliskich umarł? A co, jakby wybuchł pożar (bo jeszcze nie przepisaliśmy ubezpieczenia na nowy adres)?…

Dla niewtajemniczonych: w sobotę przeprowadzaliśmy się na nowo kupione mieszkanie. Wcześniej Steve nie miał czasu szukać ekipy budowlanej w celu remontu, dlatego ja się zobowiązałam, że znajdę jakąś polską, fajną firmę. Poszukiwania opisałam w lipcowym artykule. Myślałam, że wszystko będzie cacy, w końcu z Polakami zawsze jakoś się będzie można dogadać.

I hmmmm… Powiedzmy tak: remont wyceniony na x chf ostatecznie kosztował 2x chf, ale cóż, to się zdarza, w końcu pewnych rzeczy nie mogliśmy do końca zaplanować. Jeśli chodzi o rezultaty: wykończenie mieszkania wykonane jakby przez średnio zdolnego przedszkolaka. I panowie, którym w głowie się nie mieści, że ktoś może oczekiwać czysto wykonanego rogu listew, czy jednolitego koloru ścian. Ale po wielu wielu dniach poprawek, poprawek poprawek i poprawek poprawek poprawek w końcu mieszkanie zaczęło jakoś wyglądać.

I tu popełniliśmy delikatnie rzecz ujmując wielki błąd, inaczej wielbłąd. Zdecydowaliśmy się skorzystać z ich usług w celu przeprowadzki. Panowie mieli przyjechać o godzinie 8 rano. O godzinie 8:30 zaczęliśmy zaniepokojeni dzwonić, gdzie oni są. Koło 9 otrzymaliśmy telefon, że będą za godzinę, bo zepsuła się im ciężarówka. Za godzinę faktycznie byli…busikiem. Z tego względu musieliśmy jeździć w tę i z powrotem cztery razy. Zepsute ciężarówki się również zdarzają, dlatego też tutaj nie mam co marudzić.

Nie mogę narzekać na brak staranności ani brak poświęcenia polskich pracowników. Nawet jedna szklaneczka nie została stłuczona. Tylko taka duża szafa. Owa szafa została zakupiona przez nas rok temu w mega drogim sklepie – Pfisterze. Taki przejaw nieodpowiedzialności i szaleństwa z naszej strony. Od dzisiaj tylko Ikea! Przed przeprowadzką nawet dopytywaliśmy się, czy oby na pewno panowie poradzą sobie z rozmontowaniem i ponownym zmontowaniem owego mebla. Zostaliśmy zapewnieni, że nie ma problemu, w końcu nie takie rzeczy robią. Wielokrotnie powtarzaliśmy, że pal licho szklanki, oby tylko szafa przetrwała.

Szafa owszem przetrwała naprawdę długo. Co się jednak okazało – panowie najwyraźniej nie potrafili ponownie jej zmontować, nie niszcząc wszystkiego dookoła. Przeprowadzka zaczęła się o godzinie 10, a o godzinie 21 panowie jeszcze mocowali się z tym mebliszczem. Rezultat: pobite drzwi, zniszczony element podtrzymujący drążek na wieszaki (oczywiście przemyślnie schowany w kieszeń) i niedziałające hamulce. Pan Ryszard oczywiście zarzekał się, że w najbliższy dzień roboczy firma ubezpieczeniowa wszystko załatwi…

Następnego dnia przy montowaniu lamp zaczęła nam się fajczyć instalacja elektryczna. Telefon do szefa firmy oczywiście nie odpowiada. Na szybko wezwaliśmy pogotowie energetyczne, które z prawdziwym zaskoczeniem dopytywało: czy ta osoba, która wykonywała elektryczność była na pewno trzeźwa? Bo że nie była wykwalifikowana, to nawet nie było wątpliwości.

Dlatego tak dziś tęsknię za Polską… W Polsce przeprowadzki i remonty wykonuje się przy pomocy kilku kumpli i dwóch skrzynek piwa. W Polsce jak coś się dzieje, to można od ręki zrezygnować z ekipy i już następnego dnia zatrudnić nową. W Polsce ludziom się chce i pieniądz nie śmierdzi. W Polsce mamy jeszcze jakieś poczucie godności i w razie co, całkiem nieźle działa groźba zrobienia negatywnej reklamy. W Szwajcarii najogólniej mówiąc wszystkie ekipy remontowe mają złą sławę, a opowieści o porzuceniu rozgrzebanej pracy po wzięciu zaliczki, zniszczeniu mienia i kradzieżach krążą niczym piłka ping-pongowa położona na naszym świeżo ułożonym parkiecie.

Nie wiedziałam, że zostanę ofiarą jednego z najpopularniejszych stereotypów – nie rób interesów z Polakami za granicą. A jednak. Czuję się jak bohaterka „Londyńczyków”, czy innego szlagieru emigranckiego. Żałośnie, co?

I współczuję Wam, czytelnikom, weszliście tutaj pewnie, żeby się trochę pośmiać, a tutaj takie smuty. Więc na koniec postanowiłam opowiedzieć jakiś dowcip szwajcarski. Zapytałam o to Steva:

–       Steve, opowiedz jakiś dowcip szwajcarski!

–       My nie mamy dowcipów, my jesteśmy poważni.

–       No na pewno macie, no opowiedz: przychodzi baba do lekarza…

–       Przychodzi baba do lekarza, a tam szafa!

Obiecuję, że następnym razem będzie śmieszniej.

10 komentarzy o “Lepiej mieć rozwaloną szafę niż raka

  • 26 sierpnia, 2013 at 10:01 pm
    Permalink

    ‚Tanie mięso psy jedzą’ – moja mama chrzestna, hrabianka Tyszkiewicz

    Reply
  • 28 sierpnia, 2013 at 6:43 pm
    Permalink

    W Polsce niektóre ekipy po znajomości też są do d.. i l nawet puszczają focha jak ich się z domu wyrzuca bo po 3 poprawkach ściana nadal zamaka 😉

    Reply
    • 28 sierpnia, 2013 at 7:52 pm
      Permalink

      Hmmm ciekawe, to ten Krzyś, czy nie ten? Bo ja chyba znam tą historię!… :/

      Reply
  • 5 września, 2013 at 11:52 am
    Permalink

    Jak to do mieszkania…! A jak ja mam w takim razie wypatrywać tej wieży?

    Reply
    • 6 września, 2013 at 2:22 pm
      Permalink

      Wypatruj koślawej szafy! Albo jak poczujesz swąd tlącej się instalacji elektrycznej, to będzie właśnie tam!

      Reply
  • 5 września, 2013 at 11:55 am
    Permalink

    A co do Polaków za granicą… Zwykle przemawia przez to zawiść (?). Bo jak to taka oto mała i chuda (widziałam w końcu gdzieś tu twoje fotofoto) blondynka przeprowadza się z bogatym szwajcarem do nowego większego mieszkania, a ja tu muszę harować jak wół! A już ci pokażę! Będzie po polsku!

    Reply
    • 6 września, 2013 at 2:20 pm
      Permalink

      No właśnie też tak bym myślała na początku! Ale ekipa nas poznała i wiedziała, że nie jestem jakąśtam paniusią z wyfrakowanym biznesmenem i cziłałą w torbie. Wiedzieli, że nie mamy kasy, jak każdy, widzieli, że razem z nimi nosimy pudła podczas przeprowadzki nie oszczędzając grzbietu. Czasami przynosiliśmy dla nich papierosy, wódeczkę, piwko, pizzę w ramach utrzymywania dobrych relacji. Myślę, że bardziej pomyśleli sobie, że jesteśmy młodzi i głupi, i się nie znamy, nie mamy na żądanie specjalistów budowlańców, którzy mogą zapytać o to i owo, więc mogą nas oszukać. Właśnie siedzę i piszę ten komentarz, a w mieszkaniu buszuje ekipa szwajcarska pracując jeszcze raz nad elektrycznością i zastanawiając się poważnie, kto zrobił taką fuszerkę…

      Reply
      • 9 września, 2013 at 3:17 pm
        Permalink

        Oj Asia, pierwszy błąd. Piwko, pizza i papieroski to na końcu po skończonej robocie… I fakt, chyba was przez to mogli ocenić na naiwniaków.
        Niestety, ale trzeba każdemu usługodawcy patrzeć na ręce. I im więcej pytań zadasz w stylu „dlaczego Pan robi to tak a tamto siak” tym będzie miał cię bardziej dość i przyspieszy z robotą. I nie wolno czasem niczego podpisywać dopóki nie będzie dobrze. Z szafą? Już trudno, ale trzeba było im nie podpisywać odbioru dopóki uszkodzeń nie usuną. Ale… Mądry Europejczyk po szkodzie

        Reply
  • 5 września, 2013 at 2:47 pm
    Permalink

    eeej nie było źle, ja się zaśmiałam nie raz 🙂
    no moze to na zasadzie nie śmiej się dziadku z cudzego wypadku :D, ale ubawił mnie tekst, really 🙂
    xoxo

    Reply
  • 13 maja, 2015 at 6:53 pm
    Permalink

    Mieliśmy ekipę bardzo po znajomości ale mimo to trzeba było wypominać prowadzenie się linii żeńskiej parę pokoleń wstecz żeby wzięli się do roboty.
    Pozdrawiam Z Mazur
    ReEmigrantka

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.