Ale barszcz, czyli jak zostałam bohaterką narodową Szwajcarii

Pewnego popołudnia siedziałam z chłopakiem i dwójką szwajcarskich przyjaciół i ich maluchem lat 0,7 pijając kawę tudzież mleko. Upał, temperatura 37 w cieniu, nawet gadać się nie chce, więc leniwie obserwujemy jak małe bébé toczy się gdzieś w krzoki. O, barszcz taki wielki, a dziecko takie małe. O, barszcz… Barszcz!

Więc krzycząc przeraźliwie:

–       Weed, weed, Barszcz Sosnowskiego!

rzuciłam się w stronę niemowlaka, złapałam go za fraki i bohatersko wyciągnęłam spod zielska. Cała reszta towarzystwa nieco zamarła, bo jak dotąd bałam się nawet pogłaskać dzieciątko, żeby go nie złamać, bo wydawało się jakieś takie wątłe i łamliwe.

–       Dajcie jej tego zioła, jak chce, bo zaczyna wariować. – stwierdził ojciec dziecka.

–       Nie, ona chce zupy z buraków. – powiedział mój szwajcarski chłopak, znawca kuchni polskiej. – Kochanie, z dziecka nie zrobimy zupy, lepiej kupić jakieś kości. Czytaj dalej …

Dowcipy Szwajcarów i o Szwajcarach

Nie ma czasu na blogowanie, bo jest u mnie moja przyjaciółka, z którą zwiedzamy plaże Szwajcarii, a po drugie mnóstwo pracy i nauki.

Także tak na szybko przytoczę trzy moje ulubione dowcipy o Szwajcarach. A właściwie dwa o Szwajcarach, a jeden o Austriakach, ale ja zawsze opowiadam ten trzeci w wersji o Szwajcarach. Co lepsza, zawsze je opowiadam rodowitym Szwajcarom, a oni, o zdziwienie, się z tego śmieją, nie oburzają. Chociaż zawsze się zastanawiam, czy w tej swojej szwajcarskiej głowie nie myślą sobie „o, ty mała pindo jedna!”.

– Niebo jest wtedy, gdy policjantami są Anglicy, kucharzami są Francuzi, mechanikami są Niemcy, kochankami są Włosi, a wszystko jest zorganizowane przez Szwajcarów!

– A kiedy jest piekło?

– Piekło jest wtedy, gdy policjantami są Niemcy, kucharzami są Anglicy, mechanikami są Francuzi, kochankami są Szwajcarzy, a wszystko jest zorganizowane przez Włochów! Czytaj dalej …

Polityka Szwajcarii w pigułce, czyli o tym wrednym sąsiedzie, który nie grzeje zimą

Tak właśnie. Szwajcaria jest jak ten sąsiad z drugiego piętra otoczony innymi mieszkaniami, których właściciele grzeją całą zimę. A dlaczego właściwie ów sąsiad ma włączać kaloryfery, skoro jest ciepło w mieszkaniu?

Na wakacje zabrałam sobie ciekawą książkę o polityce Szwajcarii „Institutions politiques Suisses” autorstwa Vincenta Golaya ze znakomitymi rysunkami Mixa & Remixa, żeby choć trochę zrozumieć ten fenomen. Niestety nie otrzymałam odpowiedzi na dudniące w mojej głowie pytanie, jak naród górali i rolników tak świetnie się ustawił na arenie międzynarodowej, dlatego następnym razem sięgnę po książkę o historii Szwajcarii. Ale dowiedziałam się kilku bardzo ciekawych rzeczy. Czytaj dalej …

Legenda o dahu

Siedzieliśmy sobie ze Stevem wczoraj wieczorem przed telewizorem oglądając francuskie reality show „L’amour est dans la pré” (Miłość jest na wsi). Tak, tak, wiem, że niezbyt ambitnie i że tak w ogóle to powinniśmy wyrzucić telewizor i wziąć się wreszcie za Marcela Prousta koniecznie w oryginale. Ale fakt jest faktem, stało się, pewnego wieczoru ukoiliśmy nasze plebejskie gusta przed tym wrednym pudłem.

„L’amour est dans la pré” to całkiem ciekawy program, w którym rolnicy szukają żony. Czyli ogólnie kupa śmiechu, bo niektórzy rolnicy sprawiają takie wrażenie, jakby nigdy w życiu nie mieli do czynienia z płcią słuszniejszą. Ale i tak, jakby postawić koło nich naszego polskiego stereotypowego rolnika z „Czarem PRL’u” w jednej ręce, a w drugiej papierosem „Extra Mocnym”, to tak jakby porównać Wieżę Eiffla w Paryżu z amboną myśliwską w Starym Lesie w Lublinie. Żon szukają na przykład producenci win, hodowcy koni, czy rolnicy „bio”. A panie, które kandydują, zwykle tak czy siak podkasują swoje suknie i zasuwają na swoich 10-centymetrowych obcasikach po grządkach, czyli miłe Panie i Panowie, jest całkiem ciekawie. Czytaj dalej …

Ziele szwajcarskie, sziszą i zielone wróżki

Dzisiejszy temat jest dość kontrowersyjny, także postaram się go przedstawić jak najbardziej obiektywnie. I nie będę w swoim stylu oplotkowywała wszystkich dookoła wymieniając po imieniu, miejscu zamieszkania i ilości posiadanych kotów, tylko jak najoględniej, tak, żeby połowa moich polskich znajomych nie kopyrtała później w „ciemnej celi na zgniłym posłaniu”.

Mianowicie dziś kochane dzieci będziemy mówić o trawce i haszyszu, różnicach w prawodawstwie polskim i szwajcarskim i o jak sytuacja wygląda w praktyce. Marihuana powyżej 1% THC i haszysz, czyli tak zwane narkotyki miękkie są w Szwajcarii oczywiście nielegalne, ale tolerowane. Czyli spożycie, posiadanie i produkcja są karalne. Do 10 gramów jest to kara w wysokości 100 franków szwajcarskich (około 300 złotych). A ile to tak w praktyce te 10 gramów, bo myślę, że duża część osób sobie wyobraża, że to może tak na pół skręcika. 10 gramów okazjonalnemu palaczowi może starczyć nawet na kilka miesięcy, a jeśli ktoś pali naprawdę dużo, to i tak trudno będzie mu to wszystko szybko zutylizować. Wizualnie 10 gramów to naprawdę solidna porcja. I tylko 100 franków szwajcarskich… Porównując, przejechanie na czerwonym będzie nas kosztowało 250 franeczków. Czytaj dalej …

Mój pierwszy Geocaching, czyli jaka cudowna katastrofa

Pierwsza słoneczna niedziela po trzech tygodniach chmur i deszczu. Około 17 Steve rzucił hasło: jedziemy na rowerach szukać skarbu? No jak to, ja nie chcę szukać skarbu, co za pytanie! Na poszukiwanie skarbu trzeba założyć białe trampki i różowe spodnie i zabrać biały rower miejski z kwiecistym koszykiem piknikowym wypełnionym 2 bochenkami chleba dla przypadkowo napotkanych kaczek i innego ptactwa, 2 piwami na świętowanie znalezienia skarbu i kurtkami przeciwdeszczowymi jakby co (a co, w końcu byłam harcerką, musiałam mieć w koszyku choć jedną rozsądną rzecz). I tak właśnie po raz pierwszy brałam udział w Geocachingu.

Co to jest Geocaching? Można powiedzieć, że jest to taki bardziej nowoczesny harcerski bieg na orientację. Na odpowiedniej stronie internetowej znajdują się wskazówki odnośnie współrzędnych punktów. Aby odnaleźć kolejne punkty należy wykonać podane zadania na przykład policzyć słupki, litery w znaku ostrzegawczym, czy dodać do siebie wszystkie cyfry telefonu, który znajduje się na leśniczówce. Ostatni punkt zawiera skrzynkę Geocachingu, a w środku oprócz oficjalnych danych, które należy spisać, małe „skarby”, które można zamienić na coś od siebie. Czytaj dalej …

Solidarni w nienawiści

Szwajcaria to kraj wielce nietypowy, jak wszyscy wiedzą. Nie dość, że podzielony jest na 26 kantonów i w każdym kantonie obowiązuje inne prawo, święta wypadają w inne dni i mówi się w innych językach, to jeszcze jego obywatele zdecydowanie różnią się mentalnością w zależności od miejsca zamieszkania.

Co to oznacza w praktyce? Szwajcarzy niemieckojęzyczni to tacy Niemcy do kwadratu, a Szwajcarzy francuskojęzyczni to Francuzi do kwadratu. Natomiast Szwajcarzy włoskojęzyczni nie są wcale Włochami do kwadratu, tylko hmmmm… Szwajcarzy mówiący w języku romansz prawie już wyginęli, chowają się gdzieś w wysokich górach w odciętych od świata wioskach (tylko 0,6 % mieszkańców). Czyli jak można streścić w jednym zdaniu mentalność Szwajcara z części niemieckojęzycznej? Należy wziąć wszystkie stereotypy odnośnie Niemców, nasilić ich intensywność do potęgi entej i wyjdzie Szwajcar niemieckojęzyczny jak znalazł! Szwajcarzy francuskojęzyczni za to łatwiej się porozumieją ze swoim kolegą z Paryża, niż z Zurychu i codziennie oglądają France24. Analogicznie Szwajcarzy włoskojęzyczni powinni być głośni, flirciarscy i beztroscy. Zapytałam o to mojego partnera z tandemu językowego, Fabio, który pochodzi z kantonu Ticino. Otóż nic takiego – Szwajcarzy włoskojęzyczni są bardzo zamknięci w sobie i według niego, nienawidzą wszystkich dookoła. Jak to wygląda w praktyce? Mieszkańcy Locarno nienawidzą mieszkańców Lugano i na odwrót. Mieszkańcy wiosek pod Lugano nienawidzą mieszkańców Lugano i na odwrót. Wszyscy Szwajcarzy włoskojęzyczni nienawidzą Włochów, ale! również Szwajcarów niemiecko- i francuskojęzycznych. Czytaj dalej …

Wpis ponury, bo i pogoda ponura: o gadce – szmatce i stereotypach o Rosjanach

Przyjechałam do Polski na mały „urlopik” od Szwajcarii. Uśmiechnięta, rozpromieniona, super, wreszcie ktoś mnie tu rozumie, wreszcie mogę sobie pogadać tak bez kompleksów… „O, dzień dobry, miło zobaczyć Polaków”, „Dzień dobry, pogoda coś nie halo tej wiosny, co?”, „Dzień dobry, słyszałam, że ceny biletów mają podrożeć, to prawda?”. I wiecie co? Myślę, że jeszcze trochę i ktoś by zadzwonił po sympatycznych panów z kaftanem bezpieczeństwa z przybytku o miłych w dotyku ścianach. Bo przecież wszyscy, którzy się uśmiechają i są mili dla przechodniów na ulicy to niebezpieczni wariaci albo flirtują. Tak, tak, w ciągu godziny miałam z cztery propozycje randek. Po tej godzinie zrezygnowałam, zlałam się z obojętnym tłumem, założyłam słuchawki na uszy, ale w środku coś ciągle krzyczało: „Ludzie, dlaczego jesteście tacy smutni?”

Dlaczego nigdy ze sobą nie rozmawiamy na ulicach? Dlaczego wszyscy mają słuchawki na uszach i jak ognia unikają wymiany spojrzenia? Dlaczego trzeba nam paru piw, żeby do kogoś zagadać w knajpie? Czytaj dalej …

Psy psują, ptaki ptają, niemieccy Szwajcarzy niemieckoszwajcarzą…cudooownie, cudooownie!

Nastał wreszcie po trzech tygodniach zlewy i dziesięciu stopni piękny dzień. Dopiero co skończyłam mega trudne, ale cudownie ambitne tłumaczenie dla nowego klienta, więc czas było się rozerwać, wyjść wreszcie na trawkę i wystawić buzię do słońca. Czyli umówiliśmy się ze Stevem na lunch.

Proszę Państwa, myślę, że stopień zeszwajcarszczenia można określić na podstawie godziny, o jakiej człowiek się robi głodny w dzień powszedni. Jeśli czuje się nieprzyjemne ssanie w trzewiach, to znaczy, że wybiła dwunasta. Tu nie potrzeba hejnalisty, ani polskiego radia jedynki. W brzuchu słychać hejnał, więc trzeba wyłączyć komputer kończąc pracę w połowie, rozłączyć ważną rozmowę międzynarodową, udając szszsz na łączach, zamknąć drzwi sklepu przed nosem klientów i udać się na posiłek. I nie ma, że właśnie w tym czasie można mieć najwięcej klientów, bo wszyscy mogą sobie zrobić 40 minutową – 2 godzinną przerwę i wypadałoby zostać w sklepie, banku, czy urzędzie. Nie, bij, zabij, od godziny 12 do 14 wszystko jest zamknięte na cztery spusty, a co więcej – szkoły i przedszkola są też zamykane w tych godzinach i trzeba odebrać swoją pociechę, bo przecież panie opiekunki też ludzie i muszą jeść. Za to restauracje, bary, parki tętnią życiem. O 14 wszystko wraca do normy, tylko bezrobotni i ludzie wolnych zawodów powoli popijają kawę schyleni nad laptopami, a kucharze idą do domu. Czyli proszę Państwa, proszę tylko spróbować zamówić kotleta w porze polskiego obiadu! Oprócz pełnego zdziwienia i oburzenia spojrzenia możecie Państwo tylko otrzymać wskazówki dotarcia do najbliższego maca, ewentualnie, jeśli kelner się zlituje, jakąś sałatkę na zimno, która się ostała gdzieś z lunchu, albo miseczkę chipsów. Czytaj dalej …