Ziele szwajcarskie, sziszą i zielone wróżki

Dzisiejszy temat jest dość kontrowersyjny, także postaram się go przedstawić jak najbardziej obiektywnie. I nie będę w swoim stylu oplotkowywała wszystkich dookoła wymieniając po imieniu, miejscu zamieszkania i ilości posiadanych kotów, tylko jak najoględniej, tak, żeby połowa moich polskich znajomych nie kopyrtała później w „ciemnej celi na zgniłym posłaniu”.

Mianowicie dziś kochane dzieci będziemy mówić o trawce i haszyszu, różnicach w prawodawstwie polskim i szwajcarskim i o jak sytuacja wygląda w praktyce. Marihuana powyżej 1% THC i haszysz, czyli tak zwane narkotyki miękkie są w Szwajcarii oczywiście nielegalne, ale tolerowane. Czyli spożycie, posiadanie i produkcja są karalne. Do 10 gramów jest to kara w wysokości 100 franków szwajcarskich (około 300 złotych). A ile to tak w praktyce te 10 gramów, bo myślę, że duża część osób sobie wyobraża, że to może tak na pół skręcika. 10 gramów okazjonalnemu palaczowi może starczyć nawet na kilka miesięcy, a jeśli ktoś pali naprawdę dużo, to i tak trudno będzie mu to wszystko szybko zutylizować. Wizualnie 10 gramów to naprawdę solidna porcja. I tylko 100 franków szwajcarskich… Porównując, przejechanie na czerwonym będzie nas kosztowało 250 franeczków.

No ale załóżmy, że przeciętny Jean Claude zrobił sobie zapas na kilka lat – kupił 99 gramów i zatrzymała go policja, bo jechał 140 km/h zamiast 120 km/h. Policja przeszukała dodatkowo wóz i znalazła dużą ilość zielska. Co grozi naszemu Szwajcarowi? Odebranie prawa jazdy na miesiąc, areszt do dziesięciu dni i do 35% pensji z minimum 1000 chf. Oj, biedny Jean Claude. To tylko za przekroczenie prędkości, bo za handel (10 – 100 gramów miękkich narkotyków według szwajcarskiego prawa to już nie posiadanie, ale handel), trzeba będzie zapłacić od 1 do 5 dniówek… Bardzo groźnie, prawda?

Oczywiście od 4 kilogramów marihuany można iść do więzienia do 3 lat, ale te 4 kilogramy to niewyobrażalna ilość, osoba z taką ilością to musiałby być jakimś solidnym hurtownikiem.

Skąd takie liberalne prawo? Otóż problem marihuany w Szwajcarii nie jest wcale nowy. To już jest drugie pokolenie palaczy. Palili i palą bankierzy, naukowcy, prawnicy i parlamentarzyści. Zaczęli na studiach w latach 60-tych, zrobili kariery, urodzili zdrowe, inteligentne dzieci, dzieci dorosły i same sięgnęły po lufki. Kto się miał uzależnić i spaść na dno, ten na to dno spadł bez względu na rygorystyczne przepisy prawne, czy ostrzeżenia medyczne. A większość pali raz na miesiąc, na pół roku, albo od święta. Ani od tego nie zgłupiała, ani nie zbrzydła, ani nie wylądowała w wariatkowie. Palenie marihuany jest tak społecznie akceptowane, że lekarze często proponują jej przepisanie do celów medycznych. Jakiś tydzień temu nawet okulista całkiem otwarcie zaproponował Stevowi, żeby ten sobie czasem wieczorem skręcił co-nie-co na jego problemy ze wzrokiem.

Dlaczego w takim razie Szwajcaria to nie drugi Amsterdam? Otóż dużo osób sadzi niewielkie krzaczki na własny użytek i użytek sąsiadów i przyjaciół. Uprawa do 4 roślinek jest całkowicie legalna. Każdy ma własnego, zaprzyjaźnionego dostawcę i całkowicie naturalne źródło marihuany. Turyści oczywiście mogą kupić „l’herbe”, czy „chichon”, jak i wszystko, co sobie tylko wyśnią u bardzo opalonych młodzieńców rozstawionych strategicznie po całej Lozannie. Jednak bardzo gorąco tego nie polecam, bo ciary mnie przechodzą, jak sobie myślę, co to może być tam w środku, od Domestosa, kruszonego szkła, czy innych niespodzianek. Natomiast każdy, nawet najbardziej alternatywnie wyglądający Szwajcar nawet łamany kołem nie wyda swojego źródła. Bo to nie jest spalony, podejrzany diler z dredami, tylko najczęściej siostra, która swoją drogą pracuje w banku i wychowuje przykładnie dwójkę dzieci razem z mężem, albo kumpel z przedszkola, notabene dentysta. A Szwajcarzy, to jak wiecie, zamknięty naród. Według oficjalnych danych 60% Szwajcarów miała kontakt z miękkimi narkotykami. Tylko, że ja jeszcze nie miałam kontaktu z tą 40% mniejszością…

A u nas? Tylko nasz premier ponoć wypalił z jednego skręta na truskawkach w Szwecji (i się prezydenckim sposobem nie zaciągał), a tak to przecież jesteśmy czyści jak łza. Policja gania biednych studenciaków po parkach, a przyszli prawnicy i nauczycielki muszą się na gwałt przekwalifikowywać po niefortunnej imprezie. Taka zabawa w kotka i myszkę. Tylko po co?

A na koniec coś wesołego, bo przecież wszystko będzie dobrze:

PS: Zrobiłam zdjęcie naszego budynku, żeby wynająć nasze mieszkanie. Już miałam je wstawić na portal, jak się zorientowałam, że najpierw muszę przerobić w Photoshopie kwiatki na balkonie sąsiada 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.