„Ala ma kota” znaczy po szwajcarsku „Lumpi ist mein Hund!”

„Ala ma kota” znaczy po szwajcarsku „Lumpi ist mein Hund!”

Czy pamiętacie swoje pierwsze przeczytane zdane z elementarza: „Ala ma kota”? Ja przyznaję, że nie pamiętam nic, oprócz tego, że w sprawę był również uwikłany pies o imieniu As i koleżanka (siostra?) Ali – Ola.

Francuskojęzyczni Szwajcarzy mają również taką książkę, która obecnie ma status kultowej – „Vorwärtz 1”. W latach 80 i 90-tych była to obowiązkowa książka do nauki języka niemieckiego dla wszystkich małych francuskojęzycznych Szwajcarów. Ale baaa…to nie byle jaka książka. Nie wiem, co spożywał przy tworzeniu tej książki jej autor, ale udało mu się osiągnąć niezapomniany efekt. Po pierwsze estetyka książki utrzymana jest w psychodelicznym, nieco koszmarnym klimacie lat 70-tych. Po drugie, autor wyciągnął i wyostrzył wszelkie stereotypy dotyczące płci, narodowości, klasy średniej i języka niemieckiego uzyskując zamierzenie bądź niezamierzenie komiczny efekt przerysowania. Czytaj dalej …

Smutna sprawa z misiami

Stolica Szwajcarii – Berno – jest pięknym miastem. Bardzo duże i zadbane stare miasto okala seledynowa dość wartka rzeka Aar. I nie tak, jak wszędzie – stolica nie gra w Szwajcarii najważniejszej roli pod względem ekonomicznym, nie ma tutaj wielkich korporacji, wielkich pieniędzy, ba! nawet międzynarodowego lotniska! Dlatego Berno jest zwykle omijany przez turystów, ku mojej radości, a dla ich szkody. Bo miasto jest bardzo spokojne, bardzo prowincjonalne (tak jak Kraków, w centrum czujesz się jak w małej wiosce) i naprawdę piękne. Z ręką na sercu mogłabym stwierdzić, że jeśli miałabym się gdzieś przeprowadzić w Szwajcarii, to z chęcią właśnie tam.

Ale dzisiaj nie piszę tego, żeby Was zachęcać do odwiedzin Berna. Dzisiaj będzie o symbolu Berna – niedźwiedziach. Nie wiem, czy wiecie, ale w samym centrum Berna na wale rzeki Aar znajduje się wielki park niedźwiedzi. Park został zaprojektowany w taki sposób, że naprawdę wiele osób może obserwować zwierzęta z bliska nie zakłócając ich spokoju. Bezspornie park jest jedną z największych atrakcji szwajcarskiej stolicy. Czytaj dalej …

Szwajcarska masakra bronią automatyczną

Szwajcaria liczy 8 milionów mieszkańców, którzy posiadają 3 – 4,5 miliona broni.  Czyli mniej więcej co trzeci, co drugi Szwajcar trzyma w domu zgrabnego SIGa, czy inną zabójczą maszynę. Jednocześnie zdecydowana większość przestępstw z użyciem broni dotyczy broni posiadanej bez zezwolenia; statystyki samobójstw przy użyciu broni również nie powalają na kolana. Dlaczego tak się dzieje? Eksperci tłumaczą te statystyki używając jak zwykle słowa-klucza: mentalność Szwajcarów.

Szwajcaria nie prowadziła żadnej poważnej wojny od 160 lat, jednak zamiast fałszywego poczucia bezpieczeństwa mieszkańcy wciąż twierdzą, że rozmiary państwa wymuszają na nich pozostanie w gotowości. W teorii wygląda to tak: w razie wejścia obcych wojsk na teren Szwajcarii, każdy mieszkaniec miałby chwycić za broń i w ciągu 24 godzin „wywalczyć sobie drogę” do punktu zbiórki. Brzmi to trochę jak majaczenia paranoika, ale taka prawda, Panie i Panowie. W praktyce jednak nie miałoby to większego sensu, ponieważ od 2007 roku szeregowi żołnierze nie mogą przechowywać amunicji w domu. Czytaj dalej …

Niekochane dzieci Le Corbusiera

Czy wiecie komu Polacy zawdzięczają Dworzec Kolejowy w Katowicach (chyba już nieistniejący), czy krakowski Bunkier Sztuki? Tak, to bóg minionego stylu, niekochany i nierozumiany przez większość, uwielbiany przez niektórych, do których na pewno się zaliczają fani japońskich, urbanistycznych horrorów – Szwajcar Le Corbusier.

Po lewej jego pierwsze i najsłynniejsze dzieło – budynek mieszkalny Unité d’Habitation w Marsylii (1952).

Przyznaję, że surowe, betonowe, geometryczne formy nie są estetyczne, ale mogą fascynować swoją potęgą i brzydotą. I, o żywo, tak cudownie nadają się do scenografii, gdzie ze ściany wyłazi porzucona, długowłosa japońska dziewczynka z jednooką lalką. Czytaj dalej …

Wino i tulipany

W moim miasteczku Morges zwykle niewiele się dzieje. Po prostu urocza, cicha mieścina mniejsza od Krasnegostawu, a z ambicjami stolicy. Każdy kto oceniłby infrastrukturę Morges (świetnie rozwinięta komunikacja publiczna, restauracje, kawiarnie, sklepy…) nigdy by nie uwierzył, że miasteczko ma tylko 14 tysięcy mieszkańców. Morges nie jest jednak tak wyjątkowe w Szwajcarii, jakby się wydawało – generalnie każde miasto jest naprawdę rozwinięte, a do tego ludzkich rozmiarów.

Jak już wspominałam, w moim miasteczku niewiele się zwykle dzieje, a w nocy po ulicach grasują tylko koty. Niedobitki imprezowiczów są szybko sprzątane z ulic przez tzw. Pyjama Busy, które dowożą wszystkich pod dom za dodatkowe 4 franki do biletu.

Ale jak się coś dzieje w Morges, to wszystko na raz. I tak to w ten weekend mamy jedną z najciekawszych imprez na wybrzeżu Jeziora Genewskiego – festiwal wina Arvinis i święto tulipanów.

Arvinis trwa od wczoraj (2.04) do następnego poniedziałku (7.04), dlatego jeśli chcecie uczestniczyć w tym wydarzeniu, musicie na pewno decydować się bardzo spontanicznie i dość szybko na przyjazd. Święto wina w Morges odbywa się w Halach Kolejowych CFF przed Dworcem Głównym. Jak to wygląda? Przez ulice przejeżdża kareta Bachusa z pijanymi driadami, a potem wszyscy mieszkańcy zaczynają orgię taplając się w winogronach i polewając winem? Nie, chociaż jeśli będziesz intensywnie degustował, może tak się to dla Ciebie skończy. Czytaj dalej …

Koleją na fałszywych blachach

Właśnie przeczytałam fajny artykuł w Le Matin na temat nieudolnych fałszerstw biletów kolejowych, więc dziś pobawimy się w „Znajdź błąd”. Czyli coś dla młodych detektywów, lub też fanów ortografii języka niemieckiego lub francuskiego.

Uwaga, pierwsza zagadka. Co może wskazywać na to, że ten bilet jest fałszywy?

Czytaj dalej …

Narkomani też się mają tu dobrze

Wątpia mnie kłują jak… zwykle od tygodnia, jadę na prochach przeciwbólowych jak Franio na koniu bujanym. Czas chyba po raz drugi wybrać się do szpitala, ale jako że ubezpieczona jestem w Polsce, a nasz NFZ jaki jest chętny do oddawania pieniędzy każdy wie, to chyba wcześniej sczeznę w jakimś ośrodku odwykowym.

Zresztą każdy wie, co ludzie robią dla ubezpieczenia, przynajmniej mój ulubieniec z „Przyjaciół” (po angielsku, nie znalazłam polskiej wersji): Czytaj dalej …

Wyrostek czyli rozmowy z doktorem McDreamy o życiu

Nie piszę, nie dzwonię. Wiem, wiem, za to mam usprawiedliwienie lekarskie! Podejrzenie zapalenia wyrostka robaczywego. Moje robaczki się zbiesiły i miały niby wyrosnąć w wyrostku. Czyli kilka dni wiłam się jak robaczek z bólu, a potem zwiedziłam szwajcarski szpital, gdzie moje robaczki się przestraszyły panów w kitlu, także wyniki badań mi wyszły idealne. Dostałam więc silny lek przeciwbólowy i wypis do domu. Dlatego jeśli dziś będę pleść farmaceutozony, to znaczy, że jestem pod wpływem. I wiecie…mam usprawiedliwienie od lekarza!

Natomiast śpieszę donieść co-nie-co o szwajcarskiej służbie zdrowia. Kochani! Jak chorować, to tylko w Szwajcarii! Jak będziecie planować złamanie nogi, ręki, potylicy, trzustki, czy innych przy- lub naddatków, to niechcący się dobrze ubezpieczcie, a potem przypadkowo zahaczcie o Lozannę. Czytaj dalej …

Slow down, take it easy!

Tydzień temu wróciłam z Ojczyzny. Żywa o dziwo, chociaż było blisko. Czy chodzi o to, że z frustracji dostałam wstrząsu mózgu po tym jak waliłam głową o klamkę drzwi do polskich lekarzy, którzy przyjmują na NFZ? Nie, nie, nie chciałam sobie fundować takich ciężkich przeżyć i zdecydowałam się pójść prywatnie i zapłacić za wizyty, mimo, że płacę tyle za ubezpieczenie, że się mi należy jak psu kość.

Nie, moja żywotność była bardzo mocno testowana na polskich drogach. Raz mi jeden pan o mało nie przejechał po stopach na przejściu dla pieszych. Miałam ochotę z całej siły kopnąć w jego dychawicznego renaulta i z przeszłością i po przejściach, ale po pierwsze ów rzęchot prawdopodobnie by się wtedy rozpadł, a po drugie jak wszyscy dobrze wiedzą, nie ma sensu kopać się z koniem. Co więcej, notorycznie wchodziłam na przejście dość niefrasobliwie, myśląc, że w końcu takie prawo pieszego, po czym ze zdziwieniem konstatowałam, że żaden kierowca nawet nie zwalnia, w końcu może sobie ten pieszy poczekać, przecież w końcu nie jest -20 stopni, a ja się śpieszę! Czytaj dalej …

Dignitas – śmierć na życzenie

Szwajcaria wita wszystkich turystów, którzy chcą pojeździć na nartach, zostawić swoje ciężko zarobione pieniądze, zjeść fondue, pochodzić po górach, czy… popełnić asystowane samobójstwo.

Hmmm… No tak. Wszyscy wiedzą, że eutanazja jest legalna w Holandii, Belgii, Luksemburgu, Niemczech i Albanii. Ale tylko w Szwajcarii dopuszczalna jest turystyka eutanazyjna. Nie byłam w stanie dotrzeć do danych, ilu obcokrajowców zostawiło swoją cielesną powłokę i około 7000 franków w szwajcarskiej klinice eutanazyjnej Dignitas, ale jest to ponoć spory procent z 1000 „obsłużonych” osób.

Klinika Dignitas została założona w 1998 roku przez szwajcarskiego prawnika Ludwiga Minelli, działacza praw człowieka. Założyciel twierdzi, że w swoich działaniach kieruje się wyłącznie współczuciem wobec cierpiących osób bez nadziei na poprawę ich stanu.

Czytaj dalej …