Oh là là! Catastrophe!

Czyli dalszy ciąg problemów remontowo – elektrycznych. Ci, którzy śledzą mojego bloga, pewnie natknęli się na początku lipca na wpis o moich frenetycznych poszukiwaniach polskiej ekipy remontowej w Szwajcarii. Dalej, na końcu sierpnia odbył się dalszy ciąg tej historii, kiedy to dzielna ekipa partaczy spierniczyła nam parkiet, elektryczność i szafę.

Obecnie trwa trzeci akt tej tragedii, jak to szwajcarska ekipa reperuje nam to, co zostało zepsute. Czyli panele w górę, kute ściany, rozwalone pół sufitu. Taaaakie tam, drobiazgi. Nieważne zresztą, nie ma co płakać nad rozlanym… cementem.

Jak pewnie wiecie, pracuję w domu przez internet, więc pływam z moim biurkiem i komputerkiem pośród bezmiaru gruzu, paneli, kabelków i miłych, ciemnowłosych panów, którzy powtarzają co pięć minut: „Oh là là! Catastrophe!” Czytaj dalej …

Opowieści z krypty

Rychło w czas mi się zebrało na opowieści z krypty. Ale musicie mi wybaczyć, na początku listopada uprawiałam grobbing w Polsce, także nie miałam żadnej interesującej historii ze Szwajcarii. Obiecuję, że o świętach Bożego Narodzenia opowiem w lutym, a o Walentynkach w lipcu!

Jednak, jak mówią, „listopad – czas zadumy”, które to powiedzenie już niemal dorównuje słynnemu komunałowi „zima zaskoczyła drogowców”. Także mam nadzieję, że jeszcze jesteście wystarczająco zadumani, żeby przyjąć na klatę parę wieści cmentarnych ze Szwajcarii.

Jadę sobie moim białym rowerkiem, pięknie i chmurnie dookoła, a tu…  cmentarz. Więc rower się położył, a ja postanowiłam zajrzeć. I naprawdę się zachwyciłam. Czytaj dalej …

Jesienno – zimowe szwajcarskie specjały – ser Vacherin na ciepło

Wszyscy znają i doceniają fondue. Kiedyś tak czy siak o nim napiszę, ale dziś poświęcę swój czas na opisanie taty fondue, czyli sera Vacherin (czyt: Waszrę). Vacherin to jedna ze szwajcarskich rzeczy, którą mogłabym zabrać na bezludną wyspę, jeśli miałabym ograniczyć ilość zabieranych przysmaków do jednego. Oczywiście pod warunkiem, że ta bezludna wyspa byłaby mroźna!

Czytaj dalej …

Różnice damsko – męskie

Budzimy się nad ranem z krzykiem.

–       O matko jedyna, ale miałam koszmar!

–       Ja też!

–       No co Ty? To może śniliśmy o tym samym.

–       To o czym śniłaś?

–       Gonił mnie jakiś potwór z głową łasicy i wilczymi zębami. Potem ten potwór wybuchł i się rozpadł w rój pszczół, które mnie zaatakowały i wlazły mi do buzi! A Ty?

–       A ja wlałem do baku diesla zamiast benzyny!

Szwajcarska milicja szarym okiem amatorki

To na wypadek, jakby smutni panowie w nieoznaczonym wanie zainteresowali się, dlaczego jakaś nieoznaczona Polka interesuje się ich armią. A pretekstem do napisania tego postu są Wasze pytania na ten temat. Na temat szwajcarskiej armii narosły legendy – że w każdym domu jest bunkier, że każdy Szwajcar ma naładowaną broń i pięć granatów, a góry skrywają wiele tajnych bunkrów, schronów, czy innych centrów dowodzenia. Oczywiście nie tylko jest w tym ziarnko prawdy, ale cały orzech wraz z łupinką.

Drugim pretekstem jest mój szczery żal. Jutro mój chłopak, który właśnie przekroczył przepisowy wiek 34 lat oddaje mundur, karabin i całe 20 kilogramów sprzętu i przechodzi do rezerwy. Koniec zabaw „żołnierz spotyka zagubioną dzieweczkę w ciemnym lesie”… Czytaj dalej …

Vendange! Vendange!

Vendange! Winobranie! To będzie dooobry rocznik, szczególnie z Vaud z moich okolic. Wyszabrowane winogrona były przepyszne, a i znawcy ponoć już ocenili rocznik 2013 na wyjątkowo udany. Niestety, z tego co się mówi, wino będzie drogie, bo majowe burze zniszczyły w niektórych regionach winorośla aż w 80%. Nie udało się uchronić delikatnych winorośli nawet strzelając do chmur.

Tak, tak, strzelając do chmur – dobrze przeczytaliście. Wino w Szwajcarii traktowane jest śmiertelnie poważnie i gdy tylko na horyzoncie pojawi się jakaś groźnie wyglądająca chmurka, wojsko strzela ze specjalnych armatek, żeby nie dopuścić do powstania gradu, który może zniszczyć uprawy. Na miesiąc przed zbiorem winogron niektórzy rolnicy również chronią owoce owiązując je siatką, albo ustawiają specjalne działka hukowe, które wydają trzykrotny bardzo potężny sygnał dźwiękowy co kilkanaście minut. Dlatego wczesną jesienią w regionie winorośli można się poczuć naprawdę jak w strefie działań wojskowych. Buch – z lewej, buch – z prawej, buch buch buch – z przodu. Nawet najbardziej francuskie ze szwajcarskich piesków już po dwóch dniach strzelania nie przerywają chrapania. Czytaj dalej …

Najtrafniejszy komentarz o przygodzie deszczowo – fryzjerowej

Pozwoliłam sobie umieścić tutaj najbardziej trafny komentarz na temat poprzedniego artykułu. Kolega autor komentarza cierpi na zespół antyfejsbukowo – antygmailowy z uporczywym lękiem przed podawaniem swojego maila, dlatego kategorycznie odmówił skomentowania mojego wpisu w miejscu, gdzie powinno się go komentować. Zresztą zauważam coraz częściej podobny syndrom u osób związanych z komputerami.

Aha, poniższy komentarz jest do poprzedniego tekstu, także nie ma sensu czytanie go bez uprzedniego zapoznania się ze wcześniejszym wpisem.

„Stara, naucz się wreszcie francuskiego! Facet Ci powiedział:

-Ale zdrożała szynka, proszę pani.

A Ty zrozumiałaś:

-Ale ma pani ładne nogi, proszę pani.

Zatrzepotałaś rzęsami w podzięce, więc facet ciągnie neutralne tematy:

-Kupiłem dziś dwa kilo sera!

A Ty znowu zrozumiałaś:

-Ma Pani oczy jak spłoszona sarna!

Facet spojrzawszy na Twoją reakcję na ser i poprzednio szynkę, próbuje z innej beczki:

-Moja żona się o tym dowie.

A Ty kwilisz z radości, bo zrozumiałaś:

-Pani rysy twarzy są miękkie jak płatek róży.

Także do nauki, a nie po fryzjerach się uczysz!”

 

O deszczu, fryzjerze i komplementach

Pewnego słonecznego dnia wybierałam się do fryzjera w Szwajcarii. No dobra, dzień wcale nie był słoneczny – lało na łeb psami i kotami, szaro, buro, okrrropnie. Ale dostałam cynk, że do kumpeli koleżanki przyjechała siostra, z zawodu fryzjerka. „Oryginalna!” jak podsumowała koleżanka, więc cała żeńska część Polonii w kantonie Vaud przemyśliwała co by sobie na swojej głowie zrobić nowego.

Do szwajcarskiego fryzjera nie chodzę z zasady. Drogo jak psiakość, po wyjściu z tego przybytku się jest lżejszym spokojnie o jakieś 200 frani (ok. 700 złotych), a biedne polskie tłumaczki na to nie stać. Ale jeszcze żebym za te pieniądze coś na tej głowie się stworzyło. Na przykład fryzura aerodynamiczna, dzięki której będę pięć razy szybsza od samochodu, albo na przykład samoukładający się kok, dzięki czemu oszczędzę sobie czasu na przeklinanie podczas rannego czesania, albo przynajmniej fryzura z wyborową długością włosów – wyborową czyli pozwalającą mi codziennie wybrać inną długość włosów. Tego właśnie oczekuję od fryzury za 200 franków. Czytaj dalej …

Naród wynajmujących

Szwajcarzy w większości mieszkają w mieszkaniach wynajmowanych. I to nie tylko studenci, młode małżeństwa na dorobku, czy biznesmeni często zmieniający miejsce zamieszkania. Wynajmują babcie, rodziny z trójką dzieci, starsi, poważni, często zamożni ludzie. Tylko około 35 % Szwajcarów mieszka w swoim własnym mieszkaniu / domu. Statystycznie najmniejszy procent osób posiadających mieszkanie w skali europejskiej występuje właśnie w tym kraju. W Polsce jest to aż 77%.  Czytaj dalej …

Jednodniowa wyprawa w poszukiwaniu absolutu

(I nie chodzi tu o Absolut porzeczkowy)

Czyli część trzecia „Dla tych, którzy myślą, że żeby wejść na górę trzeba iść w górę” z 19 sierpnia.

Oto moja propozycja przyjemnej wyprawy absyntowej na jeden dzień.

Na poniższej stronie internetowej znajduje się interaktywna mapa, gdzie po kliknięciu w daną miejscowość można zobaczyć, co ciekawego można tam obejrzeć i czego się napić oczywiście:

http://www.routedelabsinthe.com/en/absinthe-trail-interactive-map.html

Niemal wszystkie miejsca łączy przepiękna, widokowa linia kolejowa, także zawsze można podjechać jeden przystanek, jak się bardzo zmęczycie, albo nawet zwiedzić Val de Travers z okien zabytkowego pociągu parowego „Nostalgia”. Czytaj dalej …