Blaski i cienie życia frontaliera

O życiu pomiędzy Szwajcarią a Francją opowie Wam Monika Ambrozowicz:

Jeśli uważasz, że przekraczanie granicy dwa razy dziennie jest czymś zupełnie normalnym, a na pytanie o kraj, do którego wyjechałaś/wyjechałeś, odpowiadasz ‘to skomplikowane’, najprawdopodobniej jesteś pracownikiem transgranicznym. W Szwajcarii to codzienność dla ponad trzystu tysięcy ludzi. Najwięcej, bo ponad 180 tysięcy, mieszka na stałe we Francji i dojeżdża do francuskojęzycznych kantonów z rejonu Jeziora Genewskiego. Na drugim miejscu są Włosi (i mieszkańcy Włoch) pracujący we włoskojęzycznym kantonie Ticino. O funkcjonowaniu frontaliers, bo tak są nazywani po francusku (a frontalieri po włosku) narosło mnóstwo mitów. Internetowe dyskusje wokół pracowników transgranicznych przypominają mi, również poziomem, przykurzony już chyba trochę temat wielkomiejskich słoików, którzy rzekomo psują rynek pracy. Największym mitem jest chyba jednak przekonanie wielu mieszkańców Szwajcarii, że frontalierzy żyją gdzieś za górami, za lasami z przyczyn wyłącznie ekonomicznych. Tymczasem rzeczywistość jest bardziej złożona, a mieszkanie we Francji bywa pod wieloma względami wygodne. Bywa, bo nie zawsze tak jest.

Korki na niektórych przejściach w godzinach szczytu, czyli jeden z cieni życia we Francji. Źródło: Le Temps
Czytaj dalej …

Jednodniowa wyprawa w poszukiwaniu absolutu

(I nie chodzi tu o Absolut porzeczkowy)

Czyli część trzecia „Dla tych, którzy myślą, że żeby wejść na górę trzeba iść w górę” z 19 sierpnia.

Oto moja propozycja przyjemnej wyprawy absyntowej na jeden dzień.

Na poniższej stronie internetowej znajduje się interaktywna mapa, gdzie po kliknięciu w daną miejscowość można zobaczyć, co ciekawego można tam obejrzeć i czego się napić oczywiście:

http://www.routedelabsinthe.com/en/absinthe-trail-interactive-map.html

Niemal wszystkie miejsca łączy przepiękna, widokowa linia kolejowa, także zawsze można podjechać jeden przystanek, jak się bardzo zmęczycie, albo nawet zwiedzić Val de Travers z okien zabytkowego pociągu parowego „Nostalgia”. Czytaj dalej …

Na absyntowym szlaku

Czyli część druga „Dla tych, którzy myślą, że żeby wejść na górę trzeba iść w górę” z 19 sierpnia.

Oto kolejna część cyklu o szwajcarskich Bieszczadach sprzed ich komercjalizacji, albo lepiej – o Beskidzie Niskim – czyli o górach Jura.

Skąd się wzięła zielona wróżka?

Niewielu w Was zapewne wie, że ojczyzną legendarnego absyntu jest Szwajcaria, a dokładnie dolina Val de Travers na Jurze. Pewnie część z Was podejrzewało o to Czechy, ze względu na dużą popularność tego wyskokowego trunku. Druga część zapewne myślała o Moulin Rouge, Fin de Siècle i zielonych wróżkach szalonych artystów kabaretów, filozofów i malarzy paryskich.

Nic z tego, Panie i Panowie, pierwsza receptura absyntu powstała w XVIII wieku w tej tajemniczej szwajcarskiej dolinie. Na początku ten gorzki trunek z piołunu był stosowany jako lek przeciwbólowy, ale lekarze po dość krótkim czasie się zorientowali, że ich pacjenci coraz częściej zaczynają „chorować” domagając się więcej i więcej mikstury, która pozwala wznieść się ponad realizm szarego dnia. Czytaj dalej …