KONKURS – Dlaczego nie wiesz, kto jest prezydentem Szwajcarii?

Moja książka “Czy wiesz, dlaczego nie wiesz, kto jest prezydentem Szwajcarii” / “Do you know why you don’t know who the president of Switzerland is” powoli wchodzi do obiegu, a tymczasem ja mam dla Was konkurs!

KONKURS (1)

Jeśli chcecie być pierwsi, którzy otrzymają swój pachnący prawdziwym papierem egzemplarz wraz z moją osobistą dedykacją lub czystą, odpowiedzcie na tytułowe pytanie – Dlaczego nie wiesz, kto jest prezydentem Szwajcarii?

Czytaj dalej …

Jak ściąć drzewo na terenie prywatnym w Szwajcarii i inne rozważania filozoficzne

Szwajcaria to dziwne państwo – bardzo wiele zagadnień nie jest w ogóle uregulowanych i pozostawia się je w wyłącznej gestii obywateli, a inne – jak na przykład ochrona środowiska – są tak szczegółowo skodyfikowane, że są źródłem nieskończonych anegdot. Na przykład wiecie, że w Szwajcarii obowiązuje jedyny słuszny sposób wiązania razem paczek z papierem do recyclingu? Albo że w niedziele i po 19 nie można wyrzucać butelek do kontenerów? Albo że śmieci ogólne (nieposortowane) muszą się znaleźć w specjalnym opodatkowanym worku pod groźbą bardzo wysokiej kary pieniężnej? I to nie jest puste prawo – śmieci w niewłaściwym worku zostają pozostawione przed śmietnikiem z odpowiednią adnotacją. Jeśli sytuacja się powtórzy, firma odpowiedzialna za odpady zabiera taki worek, który jest analizowany szczegółowo w poszukiwaniu sprawcy. Wyspecjalizowana ekipa szuka paragonów, listów; analizuje notatki i wszelkie inne potencjalne dowody. Jeśli jednak niemożliwe jest jednoznaczne określenie winnego, penalizowany jest cały budynek, którego kontenery nie zostają opróżniane do czasu odkrycia sprawcy. Także wszyscy sąsiedzi niejako są zmuszeni do przeprowadzenia wspólnego śledztwa w celu znalezienia „śmieciowego przestępcy”. Nie byłam nigdy świadkiem takiego wydarzenia, ale jestem w stanie sobie wyobrazić te sprytne, szwajcarskie babcie z lornetkami w oknach…

Popularny i kontrowersyjny dziś temat ścinania drzew na terenie prywatnym jest skomplikowany do przedstawienia z perspektywy federalnej Szwajcarii, gdzie prawo jest stanowione na trzech poziomach: państwa, kantonu i gminy. Jeśli zademonstrowałabym Wam regulacje z mojej gminy, nie dałoby to absolutnie nic panu Jankowi spod Lucerny, w którego gminie funkcjonuje to zupełnie inaczej. Nawet teraz maksymalnie uogólniając temat ryzykuję tym, że w komentarzu znajdę: „a u mnie jest zupełnie inaczej!” i komentator będzie miał całkowitą rację. Dlatego mój artykuł jest jedynie nakreśleniem pewnego trendu: „jak to mniej więcej wygląda w Szwajcarii”.

Czytaj dalej …

Kategorie emigrantów obrzydliwie podlane mizantropią i stereotypami

Przyznaję, że napisałam ten tekst będąc w wieczornej fazie nienawiści do świata i ludzi trollując niemiłosiernie wielu czytelników i nie oszczędzając też samej siebie. Publikacja tego to wyjątkowo bolesny strzał w stopę, z czego zdaję sobie sprawę. A jednak podejmuję to wyzwanie.

Skoro tak często opisuję Szwajcarów odmieniając ich przez wszystkie możliwe stereotypy i uproszczenia, dlaczego nie mogę chociaż raz „zgwałcić” samych imigrantów? Oto pięć najbardziej charakterystycznych kategorii imigrantów w Szwajcarii:

EKSPATA – Ekspata to zwierzę luksusowe przebywające najczęściej na wypasionym 2-letnim kontrakcie w międzynarodowej korporacji. Ekspata całkiem szczerze przyznaje, że Szwajcarów widuje tylko w sklepach. Ale żeby oddać mu sprawiedliwość, specjalnie zabiera swoje dzieci uczęszczające do międzynarodowych szkół na imprezy folklorystyczne, żeby tak jak krowę na wsi zobaczyły sobie raz Szwajcara… Ekspata mówi po angielsku i nawet w głowie mu nie postało, żeby zacząć uczyć się języka urzędowego swojego kantonu. A po co skoro wszystko można załatwić po angielsku, a rzeczone luksusowe zwierzę i tak nie zamierza zostawać w Szwajcarii po zakończeniu kontraktu. Ekspata spotyka się z międzynarodowymi znajomymi poznanymi na spotkaniach Internations lub glocals, gdzie wymieniają gorzkie uwagi o tym, że Szwajcarzy są zamknięci i zimni. Ekspata to sama góra piramidy dziobania.

STOSUNEK SZWAJCARÓW DO EKSPATÓW: Mimo swojej niechęci do uczenia się lokalnych języków jest najczęściej hołubiony, obchuchiwany i bynajmniej nie należy do tych „złych imigrantów, którzy łamią, okupują miejsce w szwajcarskich pociągach, zabierają mieszkania i pracę”.

Czytaj dalej …

Makabra w szwajcarskiej odsłonie

Przerażające stroje i maski karnawałowe, folkowe zwyczaje, którym bliżej do pierwotnych, ponurych wizji braci Grimm niż niewinnej estetyki Disneya, ossuaria, diable jaskinie, muzeum, gdzie wystawia się woskowe maski zmarłych na obrzydliwe choroby, Schmutzli – czyli ciemna strona Mikołaja – Szwajcarzy dzielą z autorką Szwajcarskiego Blabliblu zamiłowanie do grozy i makabry.

I co ciekawe, nawet obecnie w erze banalizacji straszydeł, wycinania niewygodnych wątków z bajek i wmawiania dzieciakom, że królewnę rozbudził książę niewinnym pocałunkiem, a siedmiu krasnoludków żyło długo, zdrowo i dziewiczo w swojej kopalni, Szwajcarom nigdy zapewne nawet na myśl nie przyszło, żeby cenzurować swoje tradycje. W końcu przetrwały w znakomitym stanie czasy agresywnej walki chrześcijaństwa z pradawnymi wierzeniami ludów alpejskich, dlaczego więc miałyby się poddać wszechobecnej infantylizacji folkloru?

Zacznijmy od tradycji związanych z rytuałem odpędzania demonów zimy, nocy i przywoływania słońca i wiosny. Jak zapewne wiecie, Szwajcaria jest wielokulturowa, a dzięki swojemu wyjątkowemu ukształtowaniu terenu wiele zwyczajów jest bardzo lokalna, ograniczona tylko do jednej doliny, czy nawet jednej wioski. Co ciekawe, większość tradycji jest kultywowana z niezwykłą wręcz pieczołowitością. To nie jest tak jak w Polsce, że folklor należy dla dzieci, które z niechęcią odchodzą od swoich tabletów, żeby przebrać się w brudne prześcieradło i zaśpiewać pierwszą zwrotkę kolędy w oczekiwaniu na kieszonkowe. Bynajmniej. Uczestnictwo w przedstawieniach, pochodach, orkiestrach i innych zgromadzeniach jest w Szwajcarii prawdziwą nobilitacją, zwyczajem, który przechodzi z ojca na syna oraz zwykle jest ograniczone wyłącznie dla osób dorosłych.

Jest wiele szwajcarskich zimowych i zimowo-wiosennych tradycji ocierających się o makabreskę. Jednak jedną z najważniejszych i najbardziej znanych tradycji jest karnawał zwany tu Fasnacht. Jeśli nie uczestniczyliście nigdy w szwajcarskim karnawale, być może przed oczami Wam stoją roznegliżowane tancerki samby w leciutkiej połyskliwej masce. Nic takiego Was tutaj nie spotka. Jeśli jednak „It” Stephana Kinga zostawiło niezatarty ślad na Waszej psychice, polecam raczej wybrać się do Brazylii niż do Szwajcarii. Przebrania podczas szwajcarskiego karnawału dominują wielkie, średniowieczne, karykaturalne maski personifikujące upiorne ptaki, czarownice, diabły. Nie jest jednak nawet ważne to, jaką postać taka maska przedstawia, bo nawet te najniewinniejsze, wesoło uśmiechnięte są co najmniej niepokojące. Przebrani w nie Szwajcarzy pokazują swoją niecodzienną, zabawową naturę. W związku z tym do głowy przyszło mi znamienne zdanie Oskara Wilde’a: „Człowiek jest najmniej sobą, gdy przemawia ukazując swoją twarz. Daj mu maskę, a powie ci prawdę”.

Czytaj dalej …

O prezydencie, co jeździł koleją

W 2014 roku świat obiegło zdjęcie ówczesnego prezydenta Szwajcarii Didiera Burkhaltera, który rozluźniony stał na peronie beztrosko stukając w ekran swojego smartfona. Dookoła snuli się znudzeni podróżni czekający również na pociąg i nikt zdawał się nie zwracać na niego uwagi. Dookoła nie było widać żadnych ochroniarzy. Prezydent spokojnie czekał na pociąg.

Oto rzeczona fotografia wykonana z ukrycia przez jednego z dziennikarzy prasy niezależnej:

Międzynarodowe media się zagotowały! Oto prezydent jednego z najbogatszych krajów świata podróżuje koleją zamiast kuloodporną limuzyną w konwoju w asyście sześciu ponurych, wygarniturowanych ochroniarzy. W dodatku, co ciekawe, nie jest atakowany przez wściekłe babcie nie zgadzające się z polityką państwa, młodzież proszącą o autograf i eleganckich panów chcących przedstawić swój pogląd na temat imigracji czy podatków… Nikt go nie niepokoi. I teraz kolejny paradoks jeszcze lepszy od wcześniejszych: podczas gdy gazety i portale ze Stanów, Francji czy Niemiec wręcz iskrzyły, szwajcarskie media bardziej prezentowały nietypowe zainteresowanie prasy światowej tym tematem niż samym tematem. No to co, że jedzie pociągiem? A czym ma jechać, jak to tylko 2 przystanki? Helikopterem?

Czytaj dalej …

Trup wychodzi ze szwajcarskiej, pięknej szafy: dzieci – wyrobnicy otrzymują odszkodowania

W każdej szafie tkwi trup. Im fasada szafy piękniejsza, tym trup bardziej śmierdzący. Zgodnie z tą teorią, Szwajcaria „ma czym się chwalić” w kwestii wstydliwych tematów. Co więcej, przez wiele lat była również specjalistką w starannym zamiataniu trupów, które wyszły z szafy pod dywan (vide: Żydowskie złoto). Na szczęście, jest na tyle mądra, że uczy się na swoich błędach. Wie już, że brudy spod dywanu wychodzą  zawsze wtedy gdy najmniej się tego spodziewamy, na przykład gdy są w domu goście.

Gdy więc zaczęła się dyskusja na temat niewolniczej pracy dzieci na farmach, Rada Federalna, zwana kolokwialnie rządem Szwajcarii praktycznie od razu postanowiła podjąć środki naprawcze. Oprócz oficjalnych przeprosin wszystkie pozostałe przy życiu dzieci – wyrobnicy otrzymały solidne odszkodowanie za poniesione krzywdy i stracone dzieciństwo.

Dzieci-wyrobnicy to przyjęte w naszym języku niezbyt zręczne tłumaczenie niemieckiego terminu „Verdingkinder”. Na czym polegał ten haniebny proceder niewolniczej pracy dzieci? Otóż w roku 1800 zostało wprowadzone prawo, na podstawie którego sieroty oraz dzieci z rodzin niewydolnych wychowawczo miały być przekazywane wiejskim rodzinom do pomocy przy gospodarstwie. Regulacje zostały oficjalnie zniesione w 1960 roku, jednak ostatnie udokumentowane przypadki pochodzą z zaledwie 1979 roku.

Ofiarami systemu zostało ponad 100 tysięcy dzieci – nie jest udowodnione dokładnie ile, ponieważ dokumenty wielu z nich nie istnieją i ten proceder, jak wiele rzeczy w Szwajcarii, nie był nigdy kontrolowany centralnie przez państwo. Były to sieroty, ale także dzieci rodziców, którzy żyli ze sobą bez ślubu, dzieci samotnych lub chorych matek lub ojców, dzieci z biednych lub romskich rodzin. Zamysł państwa był w teorii dość dobrze uzasadniony, choć nieludzki. Szwajcaria deklarowała, że dzieci przekazane rodzinom rolników będą się uczyć pracy i chrześcijańskich wartości. Tylnymi drzwiami jednak „załatwiała” w ten sposób również problem braku taniej siły roboczej na przeraźliwie ubogiej szwajcarskiej wsi.

Czytaj dalej …

O fantastycznych kobietach, nieudanych randkach i innych rzeczach które kształtują nasz sposób myślenia

Na wstępie opowiem Wam taka małą historyjkę z mojego życia, którą chciałabym Wam zobrazować dzisiejszy temat. Rzecz działa się jeszcze za czasów singielskich, kiedy radośnie i beztrosko spotykałam się z każdym, kto nosił spodnie. A i to w zasadzie niekoniecznie. Razu jednego wyszłam na randkę z Holendrem pracującym w jednej z krakowskich korporacji. Randka nie była długa i nie miała dalszego ciągu. Dziwnym trafem nie miałam ochoty kontynuować znajomości, z kimś kto spotyka Polkę i na tym spotkaniu opowiada, że wszystkie Polki to dziwki, Polacy to niewolnicy, bo godzą się na głodowe pensje, a Polska jest brzydka, brudna i niebezpieczna. Co lepsza, parę lat po tej feralnej randce dostałam od niego zaproszenie na facebooku, które z durnej ciekawości przyjęłam. Mój niedoszły kochanek miał już żonę Polkę i pół-polskie dziecko, a na swojej tablicy umieszczał popularne wówczas w Holandii rasistowskie filmiki o Polakach, którzy przyjeżdżają w 30 osób w jednym zdezelowanym busiku do pracy… Przeżyłam ponowny szok, trzy razy większy niż w czasie naszej pierwszej randki.

Uważam się za osobę otwartą, znam i się koleguję z wieloma obcokrajowcami. I nie powiem złego słowa o człowieku nie poznawszy go dobrze. Na pewno nie na podstawie stereotypów. Ale wybaczcie mi: za każdym razem, gdy jadę do Amsterdamu, a pech chciał, że bywam tam dość często, jeżę się wewnętrznie jak ryba najeżka. Gdy tylko mówię jakiemukolwiek Holendrowi, że jestem z Polski to obserwuję uważnie każdy nawet najmniejszy grymas twarzy w poszukiwaniu nawet cienia pogardy. I to nic, że od tego czasu poznałam dziesiątki fajnych, otwartych i wesołych Holendrów, którzy akceptowali i doceniali mnie bez żadnych uprzedzeń. Miliony pozytywnych doświadczeń nie zatarły w mojej pamięci tego pierwszego. Wpłynęło to na mnie tak bardzo, że nie jestem w stanie go z siebie wypędzić, mimo że jestem świadoma tego, że nie powinnam być tak negatywnie nastawiona do kogoś tylko dlatego, że się urodził w takim, a nie innym kraju…

Czytaj dalej …

Śmierć Polaka na emigracji w Szwajcarii – co robić?

Nikt się tego nie spodziewa i nikt prawdopodobnie tego ot tak sobie nie przeczyta, ponieważ będzie uważał, że ta kwestia go nie dotyczy. Wynajem mieszkania, podatki, szkoła dla dzieci – tak, ale śmierć – niemożliwe… A jednak. Podejrzewam, że do tego artykułu będą docierać osoby, które faktycznie będą potrzebowały tych informacji – i z szacunku dla ich żałoby porzucę dziś mój zwykły czarny humor.

W przypadku śmierci Polaka w Szwajcarii jego rodzina będzie musiała się zmierzyć z przywozem zwłok do Polski i wieloma formalnościami, które mogą być utrudnione ze względu na nieznajomość języka. Dlatego postaram się wyjaśnić krok po kroku, jak należy postąpić w takim wypadku.

  1. Sporządzenie aktu zgonu – międzynarodowy akt zgonu sporządza lekarz. Gdy śmierć nastąpiła w innym miejscu niż szpital, dom starców lub więzienie, musi zostać powiadomiona policja. W przypadku, gdy ciało zmarłego ma być przetransportowane do Polski, potrzebne jest zaświadczenie, że śmierć nie nastąpiła z powodu choroby zakaźnej lub epidemicznej.
  2. Powiadomienie rodziny – powiadomieniem rodziny powinna zająć się policja szwajcarska, a w razie trudności z odszukaniem najbliższych – konsulat.
  3. Świadectwo zgonu – świadectwo wystawia kantonalny Office de l’Etat Civil/Zivilstandsamt, właściwy dla miejsca, w którym nastąpił zgon, po przedstawieniu odpowiednich dokumentów (paszport, pozwolenie na pobyt itd.). O ten dokument może się ubiegać małżonka, dziecko lub najbliższy krewny mieszkający w okolicy, ale także mieszkaniec tego samego gospodarstwa domowego i świadek śmierci. Jeśli śmierć nastąpiła w państwowej jednostce organizacyjnej (np. szpitalu), wystawienie takiego świadectwa należy do jej obowiązków. Śmierć należy zgłosić w urzędzie w terminie do dwóch dni.

Czytaj dalej …

Mięso! czyli poradnik dla mięsożerców w Szwajcarii

Zapraszam na gościnny, męski, mięsny artykuł. Michał vel. Rocky Mountains w mięsnej formie życia!

———————————————————-

Szwajcaria jest krajem gdzie ograniczenie spożycia mięsa należy do wartości narodowych. Narodową, oficjalną ideologią jest również wegetarianizm. Produkcja rolna ma zabezpieczyć samowystarczalność żywnościową. Rolnicy i ich etos stworzyli to piękne państwo, więc należy im się za to uczciwa zapłata. Krowy są święte. Krowy się doi a nie zjada. Jedzenie ma być najwyższej jakości i warto za takie wiele zapłacić.

Dlatego też w kulturze Szwajcarii mięso ma specjalne miejsce.

* Mięso jest drogie. Kosztuje średnio trzy razy tyle ile w Niemczech, Francji czy Włoszech. Sześć razy tyle co w Polsce. To głównie wynik ceł chroniących własny rynek i ograniczeń importowych.

* Na raz można wwieźć z zagranicy tylko jeden kilogram mięsa czy produktów mięsnych. Jest to bardzo często kontrolowane przez celników na granicy. Za posiadanie większej, niezadeklarowanej ilości mięsa naliczana jest kara. Mięso powyżej kilograma należy zadeklarować i słono oclić.  Jak sprawdziłem kiedyś sam, na przykład taka kaszanka też liczy się jako produkt mięsny. Włącznie z karą za pół kilo powyżej limitu była to kaszanka droższa od najlepszej polędwicy.

* Szmugiel mięsa jest obrazą prawa nawet gorszą niż inne rodzaje przemytu. W zuryskiej gazecie raz stało: „Złapano przemytnika. Miał ze sobą 5 kilo marihuany, 20 litrów mocnego alkoholu i aż 10 kilo mięsa!”

* Mięso szwajcarskie jest oczywiście droższe. Wynika to z kosztów produkcji ale i z konieczności zapewnienia wysokiej jakości. Krowy pasą się na alpejskich łąkach pełnych soczystej trawy i aromatycznych ziół. Kury mają piękne wybiegi. Podejrzewamy z żoną, że każda świnia ma obowiązkowo hamak, by była szczęśliwa jak należy. W efekcie np. kilo piersi z kurczaka ze Słowenii kosztuje 20 franków (80 zł), zaś kilo piersi z kurczaka szwajcarskiego 32 franki (130 zł). Tania szynka to 30fr za kilo. Szwajcarska szynka suszona (Bundnerfleisch) potrafi kosztować i 100fr za kilo.

Czytaj dalej …

Naturalizacja czyli jak zostać Szwajcarem

Od razu zaznaczam – szwajcarski paszport nie wzbudza we mnie żadnych cieplejszych uczuć. Mój polski jest śliczny. Do Stanów się nie wybieram i jeszcze nigdy nie czułam się traktowana gorzej ze względu na to, że jestem Polką a nie Szwajcarką. Odwrotnie, jako że mój prywatny Szwajcar wygląda jak terrorysta, zwykle jestem traktowana lepiej. A zresztą taka ze mnie Szwajcarka jak z koziej trąbki dupa.

Nie wnikam jednak w motywacje emigrantów. Kiedyś mój kolega wyliczył, że się to opłaca. Przyznaję jednak, że kolega jest z RPA, dlatego nie przedstawię jego skomplikowanych rachunków, bo polskim emigrantom, członkom UE, nie będą one przydatne do niczego. Ale nawet jego wyliczenia mnie nie przekonały. Cała procedura jest tak droga, długa i bolesna i wymaga dużo samozaparcia, poświęcenia i nakładów finansowych. Oczywiście – świetna sprawa jest taka, że ze szwajcarskim paszportem uzyskuje się prawo głosu i można w pełni brać udział w życiu politycznym Szwajcarii.

Czytaj dalej …