5 pytań do… czyli petit-petit schizofrenia

Nikt jakoś wywiadu ze mną przeprowadzać nie chce, więc zrobię to sama! A tak naprawdę to na comiesięczną akcję “W 80 blogów dookoła świata” został wybrany temat “5 pytań do blogera”, także tak jakby nie miałam wyjścia. No już nie mam się co krygować, mogłam nie brać udziału, ale wybrane pytania są tak słodkie, że aż się proszą o odpowiedź.

Na warsztat wybrałam sobie 5 pytań

1.    Mój pierwszy pobyt w Szwajcarii.

Taki pierwszy najpierwsiejszy pobyt w Szwajcarii to naprawdę nie był pobyt, ale transfer przez Lozannę i Genewę do Prowansji, gdzie spędziłam tydzień u katolickiej rodziny goszczącej przy okazji Dni Młodzieży w Paryżu. Tyle, że ja wtedy miałam 15 lat i zamiast spotkania z Papieżem bardziej interesowały mnie włóczęgi po barach i parkach. Papieża i tak spotkałam, jak przejechał swoim papa-mobile jakieś dwa kroki ode mnie. W dodatku było to bardzo intymne spotkanie, bo cała katolicka młodzież była właśnie na katechezie. Wycisnęłam z tej chwili wszystko, co mogłam drąc się jak opętana: „Kochamy Cię Ojcze Święty!”, a Papa się roześmiał i mi pomachał. Czytaj dalej …

Nowy król gaf językowych na mieście!

Zostałam zdetronizowana! Myślałam, że to nikomu nie oddam palmy pierwszeństwa w tragikomicznych pomyłkach językowych, szczególnie od czasu, kiedy zamiast „Merci” za życzenie powodzenia na interview powiedziałam do moich 70-letnich sąsiadów „Merde”. To oni mi tak powinni życzyć, żeby nie zapeszyć – taki francuski zwyczaj. Jednak, jak widzicie, nie było to dla mnie oczywiste pewnego wieczoru podczas małego apero z sąsiadami… Steve świecił za mnie oczami jak lis ciemną nocą, a tuż po zaproponował mi wybranie się na jakiś kurs językowy uświadamiający, żeby nie przeklinać przy sąsiadach staruszkach.

I tak właśnie oto wybrałam się na kurs francuskiego. Co prawda jakośtam już mówię po francusku, ale jakośtam nie znaczy bynajmniej świetnie, także każda dodatkowa wiedza będzie dla mnie błogosławieństwem. I egzamin B2 też by mi się przydał. Czytaj dalej …

O Ricoli, wizerunku krzepkich Szwajcarów, PR helweckich firm i franku szwajcarskim, czyli gdzie mnie zawiedzie dzisiaj mój mózg

„Herbata stygnie, zapada zmrok, a pod piórem ciągle nic…”* pomyślałam przed czystym dokumentem Worda… Pomyślałam zaledwie prawą górną stroną mózgu, bo się czuję pirotechniczno-geograficznie: w głowie z lewej coś mi wybucha, w prawym uchu słyszę odliczanie z kosmodromu, z nosa płynie Ren, a w gardle Sahara… Dlatego wzięłam sobie cukierka Ricola o smaku anyżowo-eukaliptusowym.

Riiicolaaaa!

To jest to, fajny temat na ból gardła, głowy, mięśni, istnienia. Bo przecież wszyscy wiedzą, że produkty szwajcarskie dodają krzepy, zdrowia i stawiają na nogi. Produkty polskie na przykład z tych nóg zwalają ze skutkiem ubocznym ubicia paru komórek mózgowych i kilku pieszych, co się napatoczą. No, nie wszystkie. Czytaj dalej …

Emigranci klasy B, czyli kategoria, o której się głośno nie wspomina

Dzisiejszy temat to kategoryzowanie polskich imigrantów. Temat o tyle ciekawy, że sama nienawidzę szufladek, w których może i mieści się sztampowa większość, ale nieustannie przycina się skrzydełka tej pozaklasowej mniejszości. Ostatnio jednak zostałam zainspirowana rozmową z moją koleżanką:

–       Wiesz co, ja nienawidzę kategoryzacji! (hehehe, jak wszyscy) ALE! Młoda Polonia szwajcarska jest bardzo łatwa do sklasyfikowania i niewiele osób nie mieści w pewnych szufladkach. No bo popatrz:

O, szczęśliwe mamusie i panie domu! Pracujący tatusiowie są w stanie zapewnić byt rodzinie, także nie ma takiego typowo polskiego szarpania pomiędzy pracą a domem. Panie domu są często naprawdę bardzo zajęte, bo Szwajcaria nie jest przyjazna pracującym mamusiom i zapewnia dużo odprowadzania i zaprowadzania i innych atrakcji. Czytaj dalej …

Szwajcarskie dzwony i dzwoneczki czyli cisza nocna, która nie obowiązuje kościołów

Kościół w mojej wiosce jest zamknięty na głucho i nabożeństwa odbywają się w nim tylko kilka dni w roku. Niemniej jednak o każdej pełnej godzinie w dzień czy w nocy bije dzwon. Co więcej, o pewnych godzinach dzwon bije co piętnaście minut przez kilka minut, a o północy bije dwa razy po dwanaście uderzeń – pięć minut przed i o godzinie zero.

Dla mnie brzmi to jak wspaniała muzyka – czysta i głęboka pośród ciemnej nocy. No tak. Ale ja mieszkam 800 metrów od kościoła, na samym skraju wioski. Co natomiast myślą o tym sąsiedzi kościoła?

Oczywiście, wiele osób protestuje, nie będę nikomu mydliła oczu, że jest inaczej. Ale większość Szwajcarów jest do tego przyzwyczajona od dzieciństwa. Podam przykład. Znajoma para mieszka dosłownie 20 metrów od wielkiego dzwonu kościoła w Aubonne – dokładnie na jego wysokości. Gdy bije dzwon, cały dom się trzęsie włącznie z szybami, a nieprzyzwyczajeni goście podskakują ze strachu. Kilka miesięcy temu para powiła szwajcarskie niemowlę. Myślicie, że dziecko budzi się co godzina wraz z wybiciem pełnej godziny? Całkiem odwrotnie! Kilka dni temu byłam świadkiem tego, jak niemowlak na przeraźliwy dźwięk dzwonu po pół godzinie niemożliwych wrzasków rozluźnił się i zasnął (może tak bardzo się przestraszył?) Para przekonuje, że prawdziwe problemy z uśpieniem dziecka się zaczynają, gdy maluch śpi poza domem. Tak jakby ten dźwięk, który dzidziuś już słyszał w brzuchu mamy informował go, że przecież wszystko jest ok… Czytaj dalej …

Gdzie w Szwajcarii mieszka Święty Mikołaj?

Szwajcarski Święty Mikołaj, Piękne Panie i Grzeczni Panowie, mieszka w Chiasso we włoskojęzycznej części Szwajcarii! To tam trafiają wszystkie piękne, dziecięce, szwajcarskie listy zaadresowane do Père Noel, Pôle Nord, Santa Claus in Cloudland, Liebes Christkind im Himmel, czy Gesu Bambino, Paradiso. I nieważne, czy mają znaczek, czy nie…

Specjalna 5-osobowa załoga szwajcarskiej poczty w Chiasso odpowiada w imieniu Świętego Mikołaja na każdy list w jednym z języków narodowych Szwajcarii, a także w języku angielskim dołączając do listu piękną wigilijną opowieść i jakąś niewielką zabawkę, ornament świąteczny, czy puzzle. Czytaj dalej …

Trzymaj się z daleka od Polaków za granicą???

Przy wyjeździe na obczyznę, każdy zapewne słyszał taką radę: „trzymaj się z daleka od Polaków za granicą”. Ja tak również usłyszałam nie raz i nie dwa razy. Jak bym się do tego odniosła po kilku latach w Szwajcarii?

Polacy za granicą są tacy sami jak w Polsce – idealnie taki sam przekrój społeczeństwa, ni mniej ni więcej, zmienia się tylko jedna rzecz. Zauważcie, że w Polsce spotykamy się w 95% ze „swoim towarzystwem” dopasowanym do nas intelektualnie, pod względem zainteresowań, ambicji i tła społecznego. W takim środowisku czujemy się najpewniej i nieświadomie rozciągamy tą warstwę społeczną, w której się poruszamy na całą resztę społeczeństwa. W tych 5%, gdy mamy kontakt z kimś z innej warstwy przeżywamy szok. W spotkaniu nerda z hydraulikiem, jeden myśli o drugim: „co za dziwny chudzielec, pokonałbym go lewym palcem stopy”, a drugi o jednym: „co za burak, nie wie pewnie nawet, kto jest naszym prezydentem”. Czytaj dalej …

Jak rozbić bank i znaleźć przyjaciół w Szwajcarii?

W sumie to będzie dziś na temat znajdowania przyjaciół w Szwajcarii, ale ustawiłam te problemy koło siebie, ponieważ jeśli komuś się uda napaść na bank, to przyjaciół w Szwajcarii też pewnie uda mu się odnaleźć. Jak to się mówi: podobny ciężar gatunkowy czynu.

No ale my tu haha hihi, a problem jest. Nie wszyscy mają tę przyjemność przyjazdu do Szwajcarii na kontrakt do międzynarodowej firmy pełnej gotowych na nowe znajomości ekspatów. Takie osoby mogą przepracować w Szwajcarii lat dziesięć i ze Szwajcarami mieć kontakt tylko podczas zakupów, a z języków narodowych to znać tylko Bonjour, opcjonalnie Gruezi. I najczęściej takie osoby nie cierpią na brak znajomych, tylko po trzech latach pytają się refleksyjnie małżonka: „Tadzik, a czy ty kiedyś na oczy widziałeś jakiegoś Szwajcara? Może my pojedźmy kiedyś w Alpy, cooo? Dzieciaki krowę zobaczą, a my wreszcie oryginalnego Szwajcara!” Czytaj dalej …

Odrodzeni po śmierci w drzewie czy w szumie wiatru?

Czy wyobrażaliście sobie kiedyś, że po Waszej śmierci bliscy rozsypią Wasze prochy na wszystkie cztery strony świata i wiatr je poniesie gdzieś daleko w niedostępne góry i łagodne doliny, rwące potoki i że staniecie się częścią natury? A może, że Wasze prochy zostaną wysypane do korzeni młodego drzewka, żeby rosnąć wraz z nim tworząc żywy pomnik, w którego cieniu będą mogli dumać Wasi bliscy? Jeśli nie, to gratuluję – jesteście zdrowi psychicznie.

Jeśli jednak czasem w Waszej głowie pojawia się myśl, że fajnie by było zamiast na zatłoczonym smętarzu leżeć w lesie pod omszałym kamieniem, to wiedzcie, że w Polsce i w większości krajów EU jest to nielegalne. Ciało ma się znaleźć na cmentarzu, albo w postaci prochu szczelnie zamkniętego w urnie, która zamiast nad kominkiem ma być przechowywana w kolumbarium. Zero miejsca na romantyczne pochówki na szczycie pięknego wzgórza wśród wrzosów, rozsypywanie prochów w lesie wraz z płatkami róż, czy do wzburzonego oceanu. Na szczęście, jak zwykle, mamy Szwajcarię!

Czytaj dalej …

Na wojnie w Ferney-Voltaire, czyli cosobotnie szwajcarskie zakupy we Francji

W sumie w tytule jest małe przekłamanie. Tak naprawdę nie jeździmy co sobota do Francji na zakupy. Do Francji wybieramy się, jak trzeba nam kupić coś naprawdę konkretnego (rower, opony zimowe, dywan itp.). Tym razem padło na nowe okulary. A dlaczego?

Otóż w piątkowy wieczór wybraliśmy się na festiwal alternatywnych filmów LUFF do Lozanny, gdzie notabene natrafiliśmy na nigdy nie spotykane wcześniej skupisko hipsterów w Szwajcarii. Tyle że podczas filmu ja nie byłam w stanie dostrzec napisów. „Cooo?”, „Dlaczego się wszyscy śmieją?”, „Ej, przesiadamy się do pierwszego rzędu, nic nie widzę!”. Steve w tym względzie jest niestety typowym Szwajcarem i po przeproszeniu wszystkich dookoła i podeptaniu czterdziestu syczących kostek i palców u stóp, wściekły jak kogut na ringu zapowiedział scenicznym szeptem: „Jutro! Francja! Nowe! Okulary! Ty! Ślepoto!” Czytaj dalej …