Nowy król gaf językowych na mieście!

Zostałam zdetronizowana! Myślałam, że to nikomu nie oddam palmy pierwszeństwa w tragikomicznych pomyłkach językowych, szczególnie od czasu, kiedy zamiast „Merci” za życzenie powodzenia na interview powiedziałam do moich 70-letnich sąsiadów „Merde”. To oni mi tak powinni życzyć, żeby nie zapeszyć – taki francuski zwyczaj. Jednak, jak widzicie, nie było to dla mnie oczywiste pewnego wieczoru podczas małego apero z sąsiadami… Steve świecił za mnie oczami jak lis ciemną nocą, a tuż po zaproponował mi wybranie się na jakiś kurs językowy uświadamiający, żeby nie przeklinać przy sąsiadach staruszkach.

I tak właśnie oto wybrałam się na kurs francuskiego. Co prawda jakośtam już mówię po francusku, ale jakośtam nie znaczy bynajmniej świetnie, także każda dodatkowa wiedza będzie dla mnie błogosławieństwem. I egzamin B2 też by mi się przydał.

Dlatego zgodnie z prawdą na pytanie lektora „Dlaczego postanowiliście wybrać się na kurs francuskiego?” odpowiedziałam: „A tam, taka kara za przeklinanie” i opowiedziałam moją historię. Na to jeden współmęczennik – Afrykańczyk Segu: „To jeszcze nic!…”

I opowiedział nam swoją…

Ale zanim opowiem Wam pomyłkę językową Segu, muszę Wam nieco nakreślić jego postać, żeby historia nabrała barw. Segu jest czarny jak antracyt, tak, że jego rysy twarzy są aksamitnie rozmyte, a jedyna rzecz, która przyciąga uwagę to jego wielkie oczy i śliczne, białe jak śnieg zęby. Oprócz tego Segu jest cały kolorowy. Nosi zwykle motyle, tradycyjne, afrykańskie szaty jakby na przekrój szwajcarskiej zimie i piękne czerwone, długie dredy. Kolorytu dodaje również kieł jakiegoś dzikusa w uchu.

Segu mówi wspaniale po francusku, ale pisze jak czteroletnie dziecko. Na początku trochę tak rasistowsko sobie nawet pomyślałam, że przecież francuski jest na pewno jego językiem narodowym, a pisać po prostu nigdy się nie nauczył w szkole i dlatego ten kurs, ale to nie jest prawda – przynajmniej według historii, którą nam opowiedział.

Segu przyjechał kilka lat temu do Szwajcarii w celu rozkręcania swojego biznesu. Import-eksport, niestety nie za bardzo załapałam czego, na pewno jednak jest to związane z afrykańską żywnością. Import żywności z Afryki do Szwajcarii jednak jest dość skomplikowany i –według historii jaką opowiedział nam Segu – wymaga wielu pozwoleń, papierków, certyfikatów i deklaracji. Tyle, że gdy Segu rozkręcał swój biznes, nie mówił ani w ząb po francusku i wypełnianie mnóstwa druczków wymagało nieustannego korzystania z pomocy swoich krajan. I tak jednej rubryki Segu całkowicie nie zrozumiał. Rubryka nazywała się „Le goût” – Smak. Co tu w zasadzie wpisać? Jaki smak mają kurze nóżki, prosowe czipsy, czy co tam on sprzedaje? Pomocny krajan podpowiedział Segu: „Tutaj trzeba wpisać, czy ten produkt jest przeznaczony do jedzenia przez ludzi, czy przez zwierzęta”. No więc Segu w rubrykę „Smak” wpisał „L’homme” – człowiek. Zabrał dokumenty pod pachę i w swojej pięknej kolorowej szacie wybrał się do urzędu.

Pani urzędniczka przeglądała dokument przed jego przyjęciem, żeby dać możliwość oryginalnemu Afrykańczykowi do wprowadzenia ewentualnych poprawek. I nagle Segu patrzy, a Szwajcarka wytrzeszcza oczy, odjeżdża gwałtownie krzesłem pod ścianę i mówi przerażona:

–       Ale my w Szwajcarii nie jemy ludzi!

Segu zorientował się o co chodzi i próbuje jej tłumaczyć swoim kulawym francuskim:

–       Ale to jest dobre dla ludzi!

–       Ludzina nie jest dobra dla ludzi!

I tak dalej, możecie sobie wyobrazić całą sytuację!

Teraz jednak, jak już to opisałam, oprócz wyraźnego aspektu komicznego sytuacji dostrzegam jednak o wiele więcej: uprzedzenia i rasizm tej urzędniczki. Jak można być w końcu sobie pomyśleć, że ten egzotyczny barwny ptak, który wyraźnie ma problemy z francuskim deklaruje, że chce do Szwajcarii importować marynowane pośladki czy policzki w sosie własnym?

 

12 komentarzy o “Nowy król gaf językowych na mieście!

  • 22 stycznia, 2015 at 6:01 pm
    Permalink

    Ja się wybieram od lutego na kurs niemieckiego od podstaw. Teraz to ja z kulawą nogą błąkam się po tej Szwajcarii, dosłownie.
    Z opisu ten Segu prezentuje się w mojej wyobraźnie fantastycznie. Lubię takich ludzi, co są barwną plamką na tle szarości.
    Historie jak nie z tej Ziemi, a jednak – z życia.
    Zastanawiało mnie zawsze, jak wyglądają lekcje dla ludzi, którzy naprawdę bardzo kiepsko mówią w języku, na którego lekcje pragną uczęszczać.

    Reply
    • 22 stycznia, 2015 at 10:12 pm
      Permalink

      Ja tak zaczęłam: najpierw w Polsce byłam na 3 miesięcznym kursie na poziomie A0, a potem poszłam na intensywny 6-tygodniowy kurs wakacyjny już w Szwajcarii. I trafiłam do grupy, gdzie nikt nie mówił po angielsku. Wstydziłam się, robiłam koszmarne błędy po francusku, ale skok na głęboką wodę się bardzo przydał! Dzięki temu naprawdę szybko się można nauczyć – bo trzeba!

      Reply
      • 23 stycznia, 2015 at 7:34 am
        Permalink

        Ja jestem już tutaj, i teraz zaczynam od zera na kursie i boję się, że może być problem. Kiedy podjęłam decyzję o wyjeździe, początkowo chciałam się zapisać w Polsce na kurs, ale nie udało się niestety i chop, czas minął, jestem tu. Życie zweryfikuje, co dalej.
        Sądzę, że to i tak o niebo lepsze rozwiązanie, niż próbować nauczyć się samemu, bo to może mi zająć ruski rok. Owszem, mam materiały, przesłuchuję je, ale ale…

        Reply
        • 23 stycznia, 2015 at 4:17 pm
          Permalink

          Nie martw się! Nauczyciel w końcu będzie świadomy tego, że jego grupa będzie początkująca i nie będzie wymagał od Was nie wiadomo czego. Ani się nie obejrzysz i z wyłącznie niemieckojęzyczną grupą szybko załapiesz!

          Reply
  • 22 stycznia, 2015 at 6:12 pm
    Permalink

    haha świetna historyjka 🙂 myślę, że większość z nas próbujących się wtopić w otoczenie, nauczyć języka w praktyce przeżył taką mniej czy bardziej zabawną sytuację, ja na przykład na pytanie „gdzie jest moja córka” *9-latka* odpowiedziałam jej ojcu: „szuka biustu” (die Brust) zamiast szuka szczotki do włosów (die Bürste)… nie wiem, która z nas miała ostateczie bardziej przechlapane ;))

    Reply
    • 22 stycznia, 2015 at 10:10 pm
      Permalink

      Hehe! Dobre!

      Reply
  • 24 stycznia, 2015 at 4:29 pm
    Permalink

    Francuski to straszny język do pisania. Wymawia się coś w rodzaju siurlemła, a w pisowni to są trzy zdania 😉

    Reply
  • 25 stycznia, 2015 at 1:13 am
    Permalink

    Mieszkam w Niemczech od wielu lat, ale na poczatku, jak zaczynalam z moim niemieckim wychodzic do ludzi, to tez zdarzaly mi sie rozne wpadki. Jednej nie zapomnie nigdy. Pracowalam w sklepie i szefowa kazala mi nadmuchac taki worek jakby treningowy do boksu dla dzieci. Sama poszla poszukac pompki, ale mi kazala dmuchac. A ja jej na to (moim „cudownym niemieckim”), ze nie lubie dmuchac, bo mi sie od tego kreci w glowie. Z tym ze „dmuchac” w sensie cos nadmuchac, to jest „aufblasen”, a ja uzylam tylko „blasen” co znaczy „zadowalac ustami mezczyzne” 😉 Musze opowiadac jaki mieli ze mnie ubaw? Na wszystkich dzialach sklepu, na wszystkich pietrach przez tydzien opowiadali sobie, ze ta mala z Polski, to nie lubi „dmuchac”…

    Reply
  • 25 stycznia, 2015 at 11:48 am
    Permalink

    Też przed laty miałem taką przygodę językową – tylko trochę bliżej – w Czechosłowacji.
    Byłem przez miesiąc kierownikiem grup polskich pracowników zatrudnionych na takim młodzieżowym wakacyjnym hufcu pracy (oczywiście młodzieży pełnoletniej). Któregoś dnia potrzebowałem porozmawiać z majstrem, więc idę na produkcję, pytam jedną, drugą, trzecią osobę – ale nikt go nie widział. W końcu jakaś Czeszka mówi; zajrzyj do biura. Biuro – to był taki pokój, gdzie siedziały dwie dziewczyny i czasem majster.
    Idę więc do biura, pukam, wchodzę i od drzwi mówię: Dzień dobry, szukam majstra! Dziewczyny zbladły, zesztywniały, patrzą na mnie przestraszone – w tym momencie zaskoczyłem, o co chodzi. Więc mówię: Przepraszam, zapomniałem, żeby się u was nie wyrażać. Hledam majstra! – I od razu napięcie opadło.
    Różnica była drobna: polskie ‚szukać’ – to po czesku ‚hledać’. A czeskie ‚szukać’ – to po polsku ‚pier…ć’

    Reply
  • 7 sierpnia, 2016 at 7:55 pm
    Permalink

    Ja kiedyś w Chorwacji zamiast nożykiem chciałem posmarować kromkę… nóżką 😉

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.