O Ricoli, wizerunku krzepkich Szwajcarów, PR helweckich firm i franku szwajcarskim, czyli gdzie mnie zawiedzie dzisiaj mój mózg

„Herbata stygnie, zapada zmrok, a pod piórem ciągle nic…”* pomyślałam przed czystym dokumentem Worda… Pomyślałam zaledwie prawą górną stroną mózgu, bo się czuję pirotechniczno-geograficznie: w głowie z lewej coś mi wybucha, w prawym uchu słyszę odliczanie z kosmodromu, z nosa płynie Ren, a w gardle Sahara… Dlatego wzięłam sobie cukierka Ricola o smaku anyżowo-eukaliptusowym.

Riiicolaaaa!

 

To jest to, fajny temat na ból gardła, głowy, mięśni, istnienia. Bo przecież wszyscy wiedzą, że produkty szwajcarskie dodają krzepy, zdrowia i stawiają na nogi. Produkty polskie na przykład z tych nóg zwalają ze skutkiem ubocznym ubicia paru komórek mózgowych i kilku pieszych, co się napatoczą. No, nie wszystkie.

Ale wróćmy do panny zdrowaśki, czyli Ricoli. Kto nie zna tych ziołowych cukierków na gardło, chrypę, świeży oddech i zepsute zęby?

Skąd się wzięła Ricola? W 1930 roku w Laufen niedaleko Bazylei Emil Richterich zakłada firmę, która produkuje ziołowe pastylki. Dziesięć lat później farmaceuta opracowuje słynną recepturę oryginalnych, żółtych cukierków Ricola. Przepis składa się między innymi z 13 alpejskich ziół i roślin w kolejności od najłatwiejszych do najtrudniejszych (tych których znałam nazwę, do tych których musiałam się dogrzebać w słowniku): czarny bez, mięta pieprzowa, szałwia, tymianek, babka zwyczajna, pierwiosnek, prawoślaz lekarski, przywrotnik pospolity, szanta zwyczajna, biebrzeniec mniejszy, krwawnik pospolity i przetacznik leśny. Ha haaa! Jak widzicie, wszystkie składniki są “zwyczajne” i “pospolite”, a produkt “oryginalny”.

W latach 70-tych poprzedniego wieku Ricola zyskuje swoją chwytliwą nazwę i zaczyna eksportować swoje produkty za granicę. Obecnie produkty Ricoli są dostępne w 50 krajach, a firma zatrudnia ponad 400 osób.

O czym nas chce przekonać Ricola? Zdaje mi się, że wszystkie szwajcarskie firmy korzystają z jednej i tej samej firmy PR-owej, która zresztą za bardzo się nie wysila. Jaka jest Ricola? Zdrowa, ekologiczna, organiczna, bez cukru, dla sportowców i dzieci. Mówimy o Ovo, Rivelli, czy Ricoli? No właśnie… Z drugiej strony, tak właśnie siebie widzą Szwajcarzy według rezultatów badań statystycznych. I to do nich zwracają się marketingowcy szwajcarskich firm: pij codziennie Ovomaltine, a będziesz wytrzymały jak Szwajcar! Jedz cukierki Ricola, żeby być zdrowy jak Szwajcar! Pij codziennie Rivellę, żeby być wysportowany jak Szwajcar!

Co ciekawe, co jeszcze podkreślają szwajcarskie firmy? Bardzo dobre warunki dla swoich pracowników, dodatkowy urlop na żądanie, dodatkowe programy socjalne, motywacyjne, elastyczne godziny pracy…. A to wszystko opisane nie tylko w ofertach pracy, ale również w reklamach szwajcarskich produktów. Kupujcie moje produkty, bo ja nie wykorzystuję swoich pracowników! Kupujcie moje produkty, bo opłacam dodatkowy urlop wychowawczy dla wszystkich młodych tatusiów! To jest coś nowego dla nas Polaków, którzy i tak będą kupować w supermarkecie, w którym jest taniej, mimo doniesień prasowych o połamanych kręgosłupach od dźwigania tam towarów… Czyżby nas jako społeczeństwa zwyczajnie nie byłoby stać na bojkot firmy, która źle traktuje swoich pracowników? Czy po prostu większość firm traktuje źle pracowników i żaden bojkot nie miałby sensu.

Co jeszcze jest synonimem szwajcarskich marek? Ekologia, zrównoważony rozwój i organiczne pochodzenie produktów. Weźmy na to Ricolę, nad którą się dzisiaj pastwię. Firma informuje, że jej zioła, z których produkowane są cukierki, uprawiane są organicznie bez pestycydów, herbicydów i wszelkich innych sztucznych –cydów. Oprócz tego chwali się, że uprawa jest ekstensywna, a firma robi wszystko, żeby każdego roku zmniejszać (a nie zwiększać) swój ślad węglowy. To zdaje się być kolejnym „widzimisię” bogatych Szwajcarów. To nie cena jest argumentem stojącym za zakupem danego produktu.

Podczas pisania tego artykułu pojawiło mi się w głowie bardzo wiele przemyśleń na temat schematu podejmowania decyzji przez Szwajcarów. To jest niesamowite, że Szwajcarzy są w stanie poświęcić wspaniałe dzisiaj dla jeszcze wspanialszego jutra. To jest niesamowite, że wszystkie decyzje jakie są podejmowane, i w polityce i w biznesie, podejmowane są długofalowo. Co z tego, że sprzedam teraz świetny teren tuż nad jeziorem i zarobię kilkanaście milionów franków, skoro moje wnuki nie znajdą już jeziora, tylko wysokie ogrodzenie. Co z tego, że teraz brakuje rąk do pracy. Jeśli teraz zaprosimy tak jak niegdyś Francja miliony imigrantów, to później, jeśli sytuacja miałaby się zmienić pozostaną nam tylko bezrobocie, przestępczość i problemy socjalne. Co z tego, że będziemy sadzić intensywnie na jednym płachetku pola i przez kilka lat będziemy osiągać wielkie zyski, jak za tych kilka lat pozostanie nam tylko wyjałowiona gleba. I tak dalej.

 

Szwajcaria jest jak woźnica, który świadomie nie poluzowuje lejców konia, nieco hamując jego pęd, żeby dać mu szansę późniejszego rozwinięcia pełnej prędkości. Przy tym biedna Europa jest jak woźnica żyłujący biedną spływającą potem chabetę.

Czy tak samo wygląda decyzja Narodowego Banku Szwajcarii odnośnie franka szwajcarskiego? Wiadomo, że ta decyzja w krótkim okresie czasu ma same negatywne konsekwencje dla gospodarki Szwajcarii. Już pierwszego dnia szwajcarskie firmy straciły kilka miliardów franków. Natomiast w dłuższym okresie czasu? Czyżby Szwajcaria jak zwykle poświęcała swoje „dzisiaj” dla „jutra”? Nie chciała ścigać się na drukowania pieniędzy z Europą? Nie chciała razem ze swoimi sąsiadami iść na dno?

*Kasia Nosowska „Teksański”

 

6 komentarzy o “O Ricoli, wizerunku krzepkich Szwajcarów, PR helweckich firm i franku szwajcarskim, czyli gdzie mnie zawiedzie dzisiaj mój mózg

  • 20 stycznia, 2015 at 12:57 pm
    Permalink

    Skusiłam się w zeszłym roku na żurawinową Ricolę, trochę się bałam ten ziołowej, bo jakoś fanką ziół nie jestem :P.

    To ciekawe, co piszesz o długofalowych planach Szwajcarów, o patrzeniu dalej niż czubek własnego nosa. Wiadomo skąd to się w ogóle wzięło? Dlaczego Szwajcaria jest w sumie ewenementem chyba nie tylko na skale europejską, ale i światową? Niemcy też tacy trochę są, ale Szwajcarzy są dużo bardziej: dobre bo nasze, dbamy o naszych pracowników, środowisko naturalne jest bardzo ważne itp.

    Reply
    • 20 stycznia, 2015 at 1:38 pm
      Permalink

      Ja uwielbiam Ricolę o smaku czarnego bzu! Ale chyba ją trochę ostatnio przedawkowałam, bo zaczyna mi się przejadać…
      Mnie Szwajcarzy nieodmiennie fascynują (chyba to zresztą widać). Ich polityka i podejmowane decyzje nie mają precedensu, a oni i tak mają odwagę je podejmować.

      Reply
    • 21 stycznia, 2015 at 7:12 pm
      Permalink

      Diana, mnie się wydaje, że to się wzięło z jakiś historycznych uwarunkowań. Ale teraz nie przypomnę sobie, gdzie o tym czytałam. A szkoda.

      Reply
  • 24 stycznia, 2015 at 1:01 am
    Permalink

    A ja po tych cukierkach od razu biegne do toalety. Chyba jedyne, co powoduje u mnie rozwolnienie natychmiast po zjedzeniu 😛
    Moze mam uczulenie na te ziola.

    Reply
  • 25 stycznia, 2015 at 12:57 pm
    Permalink

    Od kilku dni widuję w TV reklamy Ricoli. chyba ją już wprowadzili na polski rynek.

    Reply
  • 4 marca, 2020 at 3:51 pm
    Permalink

    Czytam z zainteresowaniem Twojego bloga.
    Tak sobie myślę, że owa neutralność Szwajcarii podczas obu wojen, zwłaszcza owe przyczajenie się podczas ostatniej, „drugiej światowej” i nie zawsze zachowania „fair” (sprawa zamrożonych kont ofiar Holokaustu), były decyzjami na wskroś długofalowymi. Miały na celu ocalić potencjał biologiczny i finansowy Szwajcarii. Wyobraźcie sobie, co by było, gdyby Szwajcaria opowiedziała się po któreś ze stron: aneksja, okupacja, Holokaust, a może i wzięcie w nim udziału, zagarnięcie zasobów finansowych, marznięcie żołnierzy szwajcarskich gdzieś pod Stalingradem, zaliczenie do grona kolaborantów, odszkodowania, deptanie pięknego kraju przez miliony żołnierskich butów, bombardowania, gwałty, przewrót polityczny a nawet zagrożenie komunizmem. Specjalnie mieszam wszystkie wersje wydarzeń, bo każde „wyjście myszy spod miotły” kończyłoby się tragicznie. A tak Szwajcaria, umiejętnie lawirując między gorszym a „bardziej gorszym” złem, ocaliła swoje piękno, obywateli i bogactwa.

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.