Emigranci klasy B, czyli kategoria, o której się głośno nie wspomina

Dzisiejszy temat to kategoryzowanie polskich imigrantów. Temat o tyle ciekawy, że sama nienawidzę szufladek, w których może i mieści się sztampowa większość, ale nieustannie przycina się skrzydełka tej pozaklasowej mniejszości. Ostatnio jednak zostałam zainspirowana rozmową z moją koleżanką:

–       Wiesz co, ja nienawidzę kategoryzacji! (hehehe, jak wszyscy) ALE! Młoda Polonia szwajcarska jest bardzo łatwa do sklasyfikowania i niewiele osób nie mieści w pewnych szufladkach. No bo popatrz:

O, szczęśliwe mamusie i panie domu! Pracujący tatusiowie są w stanie zapewnić byt rodzinie, także nie ma takiego typowo polskiego szarpania pomiędzy pracą a domem. Panie domu są często naprawdę bardzo zajęte, bo Szwajcaria nie jest przyjazna pracującym mamusiom i zapewnia dużo odprowadzania i zaprowadzania i innych atrakcji.

O, szczęśliwi pracownicy korporacji, uniwersytetów i organizacji międzynarodowych zawieszeni wysoko ponad szwajcarską ziemią. Z niezłymi kwalifikacjami, znajomością angielskiego i wcale niekoniecznie języków narodowych, z gotowym kontraktem przed przyjazdem do Szwajcarii i bardzo międzynarodowym towarzystwem, takie osoby rzadko sobie uświadamiają, że mieszkają w Szwajcarii, a nie w jakimś kosmopolitycznym megalopolis. Ich talenty są bardzo szczodrze wynagradzane, a pożary życia codziennego często gaszone przez zapobiegliwe działy kadr.

O, szczęśliwi pracownicy fizyczni! Kelnerki, fryzjerki, rolnicy, mechanicy, nianie i personel sprzątający. W Szwajcarii można sobie tak w bezproblemowy sposób dorobić do drugiej pensji albo po prostu zarobić o wiele więcej niż w Polsce. Może być to także sposób doczekania na ten upragniony moment, kiedy język przestanie być dla nas problemem. Dlatego rzadko na ich twarzach gości grymas smutku, a na czole zmarszczka niepokoju.

O, szczęśliwi (ale często straumatyzowani) pracownicy biurowi, którzy pracują na stanowiskach równorzędnym Szwajcarom. Ta grupa jest najbardziej niejednorodna – składa się i z tych, którzy odebrali szwajcarskie wykształcenie, i  z tych, którzy dobrze wyuczyli się języka w Polsce lub już na emigracji. Zwykle nieustannie porównywani ze Szwajcarami, albo wchodzą „z głową” w szwajcarskie środowisko, albo nieco schizofrenicznie „zakładają inne szatki” do pracy, a inne prywatnie.

I wreszcie: o, nieszczęśliwi zbyt wykształceni, wykształceni nie w tą stronę, co potrzeba, tkwiący w Szwajcarii ze względu na swoją drugą połówkę! To właśnie ta grupa mnie zainspirowała do napisania tego artykułu. Grupa cichociemnych, którzy bardzo niechętnie i tylko przy najbliższych przyjaciołach przyznają się do swojego statusu. W Polsce poważani prawnicy, nauczyciele, logopedzi, psycholodzy, w Szwajcarii nikt. Najczęściej ich druga połówka spełnia się w przynoszącej niezłe profity pracy, dlatego to nie o chleb im chodzi.

„Praaaacy! Bo chleb już mam!” Jakby ktoś rzucił takie hasło Polakom w czasie komuny, to by pewnie powiedzieli, że to natrętna zachodnia propaganda. A tutaj przecież chodzi o ambicje, o spełnianie się, o tworzenie, o wykorzystanie tych długich lat spędzonych na uniwerku przy wkuwaniu durnych teorii. Okazuje się, że ich wykształcenie dużo znaczy, ale w Polsce. W Szwajcarii po nostryfikacji ich dyplomu okazuje się, że swój zawód mogą wykonywać… po powtórce studiów, nauczeniu się języka na poziomie C2, powrocie do szwajcarskiej zawodówki (CFC) i pokonaniu wielu innych barier. Dajmy na to przykład nauczyciela w przedszkolu. Żeby tutaj wykonywać ten zawód należy 1) ukończyć 3-letnie studia w Wyższej Szkole Pedagogicznej w danym kantonie, w którym chcemy szukać pracy, 2) znać język narodowy używany w danym kantonie na poziomie C2, 3) znać drugi język narodowy na poziomie B2 i spędzić przynajmniej pół roku w miejscu, gdzie ten język jest używany. Wystarczy?

Znam prawniczkę,  która w Polsce pracowała w kancelarii, a w Szwajcarii nie oszukując się zbyt długo pierwsze co zrobiła, to zapisała się na kurs opieki nad osobami starszymi organizowany przez Czerwony Krzyż. Słyszałam o pani biznesmen pracującej na stacji benzynowej, słyszałam o pani filozof nalewającej piwo w barze. A te wszystkie nianie – wykształciuszki, które mogą uczyć swoich podopiecznych ekonomii – finansów – prawa – etyki – języka polskiego, czy chemii! Od razu mówię, że najczęściej w tej grupie nieszczęśliwych, zbyt wykształconych znajdują się kobiety, chociaż znam 2 mężczyzn. I tutaj na dwoje babka wróżyła – jedna para się rozstała, bo mężczyzna nie mógł znieść tej sytuacji, znalazł sobie dobrą pracę w Polsce i wyjechał. Drugi mężczyzna natomiast zajął się biznesem przez internet i dziećmi nieletnimi chowając w kieszeń stereotyp ojca przynoszącego po pracy zwierzynę do stęsknionej i głodnej małżonki.

Wróćmy do tematu: jak wygląda typowa historia takiej osoby? Wyjeżdża z Polski najczęściej z wielkimi nadziejami i obawami. W Szwajcarii zabiera się za intensywną naukę języka i szukanie pracy. I jest tu kilka możliwości:

1) jeśli pracę znajduje szybko i bezproblemowo, to znaczy, że jej kwalifikacje i znajomość języka nie były w sumie takie nietrafione – czyli nie należy właściwie do tej grupy,

2) uczy się intensywnie języka i szuka pracy zgodnej z jej kwalifikacjami naprawdę długo – rok, dwa, trzy lata. W międzyczasie zalicza depresję, co tydzień pakuje walizki do Polski i je rozpakowuje, zaczyna unikać znajomych z Polski i rodziny, żeby po raz kolejny nie opowiadać, że nadal szuka pracy… Po tym czasie wreszcie udaje jej się znaleźć pracę! Czy jest szczęśliwa? Jest! Bardzo! Ale również bardzo straumatyzowana. Gdy tylko słyszy o zwolnieniach w pracy, zaczynają trząść się jej ręce. Gdy tylko szef powie, że cośtam mu się nie podoba, żołądek podchodzi do gardła. To nie moje wymysły, to kropka w kropkę słowa mojej koleżanki. 1,5 roczne bezrobocie może naprawdę odebrać pewność siebie i poczucie własnej wartości, a proces leczenia traumy może trwać o wiele dłużej, niż okres szukania pracy….

3) rezygnuje ze swoich ambicji i szuka pracy jako niania, sprzątaczka, barmanka, kelnerka, rolniczka, opiekunka osób starszych itd. Tutaj też są dwie drogi: albo traktuje to jako okres przejściowy i intensywnie się dokształca, żeby później ze znajomością języka i lepszymi kwalifikacjami spróbować jeszcze raz. Albo po prostu papiery chowa w kieszeń i swoje ambicje spełnia poza życiem zawodowym. Tutaj bardzo znamiennym i płaczliwym momentem jest usunięcie kilku istotnych faktów ze swojego CV…

4) zapomina o ambicjach i decyduje się spełniać jako matka i żona. To działa! Szwajcaria daje popalić mamusiom organizując im codzienny maraton odprowadzania i zaprowadzania do szkoły i wolnych popołudni w szkole w środy. Tylko co, jak dzieci dorosną? Tylko co, jak małżeństwo przestanie się układać?

5) idzie na studia, kurs, do szwajcarskiej szkoły, żeby przecierpieć te wszystkie egzaminy, wykłady i ćwiczenia i zdobyć szwajcarskie wykształcenie. Najczęściej musi na to poświęcić kolejne 3 – 5 lat, ale czego się nie robi dla lepszej przyszłości!

Czy zgadzacie się z tym okropnie stereotypowym stereotypem?

 

Jak pewnie zauważyliście, w tym tygodniu miałam możliwość opublikowania nowego artykułu dopiero w piątek! To nie znaczy, że mnie nie było – codziennie publikowałam krótkie i często śmieszne „coś” na stronie Szwajcarskiego Blabliblu na facebooku:

https://www.facebook.com/szwajcarskieblabliblu

Nie wiem, czy kiedykolwiek odwiedziliście to miejsce. Polubił go zaledwie maluśki procent realnej liczby czytelników bloga, co może znaczyć, że moi czytelnicy albo nie mają facebooka, albo bardzo oszczędnie rozporządzają swoimi lajkami. Albo po prostu nigdy nie zachęcałam Was do zajrzenia?

Na profilu fb Szwajcarskiego Blabliblu planuję cotygodniowy cykl – zagadkę. Otóż co tydzień będę publikowała 1 zdjęcie z jakiegoś miejsca w Szwajcarii z pytaniem – gdzie to jest i co przedstawia zdjęcie. Chciałabym tylko publikować zdjęcia nie z internetu, ale z moich archiwów prywatnych lub archiwów prywatnych moich czytelników. Dlatego jest prośba – przesyłajcie mi przez fb lub gmaila swoje zdjęcia ze Szwajcarii. Tylko błagam pojedyncze fotki, a nie całe albumy! Zdjęcie musi przedstawiać coś charakterystycznego – nie po prostu piękną górę, bo takich ci w Szwajcarii w bród, ale coś, co da się rozpoznać. Z góry wielkie, wielkie dzięki!

35 komentarzy o “Emigranci klasy B, czyli kategoria, o której się głośno nie wspomina

  • 16 stycznia, 2015 at 3:35 pm
    Permalink

    To samo przerabiam w Anglii. Mój mąż Anglik ma absolutnie rewelacyjną pracę, a ja…. tłumaczka i nauczycielka angielskiego, niemieckiego i hiszpańskiego nie znalazłam pracy w zawodzie, bo po pierwsze, mieszkamy w małym mieście i nie ma tu szkół językowych, a po drugie, jeśli szukają kogoś do „zwykłej” szkoły, to albo native’ów, albo Brytyjczyków, a nie jakiejś tam Polki. Z jednej strony to rozumiem, z drugiej – jest mi zwyczajnie przykro, bo uwielbiam uczyć i jestem w tym dobra. Miałam szczęście, bo po paru miesiącach szukania udało mi się znaleźć pracę, w której codziennie używam niemieckiego i hiszpańskiego – co prawda długie dojazdy czasami doprowadzają mnie do szału, ale trudno, staram się nie narzekać, cieszę się tym, co mam.

    Reply
    • 16 stycznia, 2015 at 5:26 pm
      Permalink

      No proszę! A miałam wrażenie, że ta historia nie dotyczy krajów anglojęzycznych i to w dodatku z takim świetnym i wydaje się, bardzo trafionym wykształceniem… A tu jednak niestety okazuje się, że jak zwykle mój artykuł może dotyczyć wszystkich emigrantów…

      Reply
    • 26 stycznia, 2015 at 8:13 pm
      Permalink

      Przykro czytać ale zapewne to cała prawda. Szkoda !

      Reply
    • 27 stycznia, 2015 at 8:40 am
      Permalink

      Mam podobnie. Mieszkam w UK, jestem pielęgniarką. W Polsce skończyłam pięcioletnie Liceum
      Medyczne (których już dzisiaj nie ma), dziewięć lat pracowałam na bloku operacyjnym jako instrumetariuszka. Po przyjeździe do UK okazało się, że moje lata nauki i praktyki zawodowej nie znaczą nic, bo skończyłam Liceum, a nie studia pielęgniarskie i żeby pacować w zawodzie musiałabym „uczyć” się swojego zawodu od początku, co trwałoby ładnych parę lat. Szkoda mi już na to czasu, a tak lubiłam mój zawód…

      Reply
      • 27 stycznia, 2015 at 2:21 pm
        Permalink

        A nie latwiej wrocic do Polski, „dorobic” studia (wiem, ze po liceum medycznym trwalo to dwa lata obok zwyczajnej pracy, wiec gdybys sie w 100 % temu poswiecila, to by to max dwa semestry potrwalo) i wracac do UK juz z dyplomem ukonczenia studiow wyzszych w zakresie pielegniarstwa? Nie jest tak, ze po prostu latwiej nic nie zrobic i tylko narzekac? A w sumie 5 lat szkoly sredniej, to nic. Niektorzy robia liceum, studia, doktorat/spacjalizacje, i dopiero wtedy zaczynaja zarabiac porzadne pieniadze. A Tobie sie wydaje, ze piec lat uczenia sie w szkole sredniej to juz wystarczy?

        Reply
        • 27 stycznia, 2015 at 6:22 pm
          Permalink

          Po pierwsze: nie uważam, że pięć lat uczenia się w szkole to już wstarczy. Przykro mi było po prostu, że nic w UK nie znaczą.
          Po drugie: niestety z różnych względów nie skoczę sobie do Polski „dorobić” studia.
          Po trzecie: rzeczywiście łatwiej nic nie robić i sobie ponarzekać (pozwalam sobie czasem) ale pracuję, zawód zmieniłam dawno temu, bo w UK jestem od wielu lat.
          Dlatego napisałam, że szkoda mi już na to czasu więc popluj sobie jadem na kogoś innego.

          Reply
          • 27 stycznia, 2015 at 9:25 pm
            Permalink

            Znam Hinduske, ma ponad 70 lat. Do UK przyjechala pewnie z 50 lat temu. Nostryfikacja dyplomu z Indii nie byla zbyt trudna. Znam Polke, wiek nieco ponad 50 lat – jest szefowa dzialu pielegniarek. Obecnie, po ukonczonych studiach, uzyskanie uprawnien jest jeszcze latwiejsze, niz lata temu. Dlatego uwazam, ze po prostu Ci sie nie chcialo i nie ma co teraz zalowac/narzekac.

          • 27 stycznia, 2015 at 9:29 pm
            Permalink

            Nie chce, nie chciało…. To bardzo łatwe ocenianie bez znajomości osoby ani jej sytuacji życiowej. Co zrobić jak masz całą rodzinę w UK? Wracać do Polski na studia na 2 lata? Dzieci zabierać, czy nie? A co jeśli jedna pensja przez te 2 lata studiów nie starcza?….

          • 27 stycznia, 2015 at 10:46 pm
            Permalink

            Po pierwsze, na dzien dzisiejszy (bo to sytuacja sprzed lat) trwaloby to z rok, a nie dwa (oczywiscie, jesli zasady, po raz kolejny, sie nie zmienily…). Po drugie, dzieci kiedys osiagaja taki wiek, ze moga zostac same z Ojcem? Po trzecie, opcja dorobienia dyplomu w Pl jest jedna z wielu. Wspomniane Hinduska i Polka robily to juz na emigracji. Po czwarte, prawdziwa walke (chodzi o stosunki rodzinne, a nie formalna strone) musiala stoczyc wspomniana Hinduska lat dziesiat temu. Jej dyplom byl dla rodziny tylko ozdobnikiem, co by dobrze na rynku matrymonialnym wygladala. Nie miala wiec zadnego wsparcia, czy pomocy w opiece nad dziecmi. Nikt tez jej nic nie sfinansowal, bo i po co, skoro i tak w odczuciu rodziny pracowac nie miala, a jej chec pracy byla traktowana jako fanaberie, a przez tesciowa jako zaniedbywanie rodziny 😀 (sama mi to opowiadala). Sama, na przekor wielu przeszkodom, musiala do wszystkiego dojsc. Po prostu latwiej powiedziec, ze sie nie dalo, niz powalczyc o swoje. Mam taki przyklad pod nosem – ale nie w UK. Rehabilitantka po studiach wyzszych, ma pretensje, ze nie moze pracowac w zawodzie, ale nie chce jej sie spedzic 6 miesiecy na uzupelnianiu roznic programowych w wyksztalceniu, plus troche czasu (moglaby to robic rownolegle), zeby zrobic dyplom jezykowy na poziomie B2. Bo sie nie da, a tak w ogole, to po co?

          • 28 stycznia, 2015 at 8:04 am
            Permalink

            Dobra, ~Ja, wiem o co Ci chodzi. Według Ciebie, dowiedziawszy się, że nie mogę pracować w zawodzie, powinnam z szaleństwem w oczach rzucić wszystko i pobiec do Polski robić studia. Wtedy byłaby to według Ciebie „walka o swoje”. Tylko, że dróg i sposobów walki o swoje jest wiele. Dla mnie na przykład była to zmiana zawodu. Na zasadzie: nie mogę pracować w swoim zawodzie – to będę robić coś innego, i już. I nad czym tu debatować? Nie możesz, nie znając sytuacji oceniać czy komuś się chciało czy nie, bo idąc Twoim tokiem rozumowania każdy z nas mógł pójść na Psychologię Drobiu, zrobić doktorat, habilitację, profesurę ale mu się nie chciało.
            Zakończmy więc już tę dyskusję, bo to nie miejsce na to.
            Miłego dnia.

  • 16 stycznia, 2015 at 8:58 pm
    Permalink

    6) Wolontariat. Przetestowane osobiście w Uk. W Anglii nie mogłam dostać pracy w zawodzie bo nie miałam doświadczenia, przez 6 miesięcy rano szłam do firmy pracować za darmo, po południu do sklepu jako sprzedawca.
    7) Kontynuacja punktu 6, w liście motywacyjnym napisać „Praaaacy! Bo chleb już mam!”, czyli będę pracować za najniższą krajową
    8) Nie poddawać się 🙂 drążyć do skutku

    Reply
  • 16 stycznia, 2015 at 10:12 pm
    Permalink

    czasami o tym myślę i mnie to przeraża, wróciłam do Polski zrobić studia, aby potem wrócić i znaleźć pracę na jakimś tam poziomie, boję się, że jak w najlepszym wypadku nie zostanę korpoludkiem to pozostanie mi wrócić do opieki nad dziećmi i ta cała męczarnia w nadziei o przyszłość pójdzie na marne… eh, zobaczymy za 2 lata 😉

    Reply
  • 16 stycznia, 2015 at 11:35 pm
    Permalink

    Ciekawy artykul, szkoda ze zakonczenie niesmaczne: zenujace zebranie o lajka. Jeszcze bardziej zenujace blaganie „zostancie ze mna” i tlumaczenie sie ze strachu z nieobecnosci. A co jest smiesznego w dzwonach czy frankach? Ech!

    Reply
    • 17 stycznia, 2015 at 10:21 am
      Permalink

      Nie biorę udziału w żadnym konkursie piękności, nie szukam ani nie mam sponsora, brak czy posiadanie lajków nie zmienią w istotny sposób mojej rzeczywistości. Natomiast faktycznie ostatnio otrzymuję zapytania, czy prowadzę jakiś newsletter, lub gdzie można otrzymać informację o nowych artykułach. Czyli to takie oczywiste nie jest.
      Swoje artykuły piszę z myślą o ludziach inteligentnych, z poczuciem humoru i dystansem do siebie, innych i rzeczywistości. Co ciekawe, właśnie tacy czytelnicy „lubią” mojego bloga. Czyli ten blog nie jest dla wszystkich, a nawet, powiedziałabym, jest dla tego niewielkiego procenta osób, które posiadają te cechy. Nie wymieniłam tutaj wspólnoty poglądów – bynajmniej – każdy z moich dotychczasowych czytelników ma swoje poglądy – łączy nas to, że potrafimy dyskutować nawet na najbardziej kontrowersyjne tematy bez obrażania i podśmiewać się z siebie i innych bez ranienia ich uczuć. Ten blog nie jest dla wszystkich. Blogosfera jest duża, Agnieszko, na pewno się znajdzie coś dla Ciebie. Powodzenia!

      Reply
      • 27 stycznia, 2015 at 8:14 am
        Permalink

        Jestem inteligentny, mam poczucie humoru, a dystans moge mierzyc w latach swietlnych… i stwierdzam, ze twoj blog jest kiepsciuchny, a ty – pretensjonalna.

        Reply
        • 27 stycznia, 2015 at 2:13 pm
          Permalink

          och! Ales dal popalic Autorce bloga! Az jej w piety poszlo! I wcale sie przy tym nie napuszyles, o nie! Brawo, zuch z Ciebie pelna geba!

          Reply
  • 17 stycznia, 2015 at 2:45 pm
    Permalink

    Haters gonna hate…

    Reply
    • 17 stycznia, 2015 at 3:05 pm
      Permalink

      W sumie to się czuję mile podłechtana. W brudnym świecie sioł byznesu, jak Cię nikt nie hejtuje znaczy, że nie istniejesz!

      Reply
      • 18 stycznia, 2015 at 10:14 pm
        Permalink

        No… gwiazda z ciebie będzie :).

        Reply
  • 18 stycznia, 2015 at 11:09 pm
    Permalink

    Dzięki za ten wpis, jakoś tak mi milej, że takich niedostosowanych jest więcej. Problem jest poważny i wielowarstwowy (jak cebula, nie jak tort), a łatwych rozwiązań niestety brak. Czasem mam wrażenie, że rozwiązania w ogóle nie ma i że pozostaje jedynie trwanie w próżni i czekanie na rozwój wypadków- korzystny lub nie. Bo przecież nie jest źle, choć dobrze też nie jest. A tak w ogóle to przecież może być gorzej:P Overthinking to poważne schorzenie, które niezwykle przeszkadza w życiu.

    Reply
    • 19 stycznia, 2015 at 10:52 am
      Permalink

      Overthinking to moje drugie imię!

      Reply
  • 21 stycznia, 2015 at 1:50 am
    Permalink

    Bardzo ciekawy wpis. Sama mam znajomych, którzy w Polsce pracowali na produkcji, po czym wyjechali za granicę by zacząć nowe życie i… pracują na produkcji! Tyle, że za inną walutę. Jedyne co ciśnie mi się na język to „jak żyć?!” 🙂
    Zapraszam do siebie- już niedługo pojawi się wpis o tym jak żyje się w Polsce prowadząc małą firmę.
    Napiszę wszystko czego doświadczyłam na własnej skórze 🙂
    http://blogrodzinny.blog.pl/

    Reply
    • 26 stycznia, 2015 at 6:36 pm
      Permalink

      „w Polsce pracowali na produkcji,” jak żyć pytanie każdego młodego polaka
      za granicą „pracują na produkcji! Tyle, że za inną walutę.” i o to chodzi o kasę. Po to się idzie do pracy by zarabiać kasę.

      Do autorki ” W Polsce poważani prawnicy, nauczyciele, logopedzi, psycholodzy, w Szwajcarii nikt. ” na jakiej podstawie oceniasz, ze ktoś jest nikim? Leczysz swoje kompleksy. Kim byłaś w PL a kim jesteś w Szwajcarii?

      Reply
      • 26 stycznia, 2015 at 7:06 pm
        Permalink

        „Leczę swoje kompleksy”, a w jaki sposób leczę?

        Reply
  • 26 stycznia, 2015 at 8:48 pm
    Permalink

    Imigranci? W naszym kraju można zauważyć te same ” historyjki”

    Reply
  • 27 stycznia, 2015 at 5:56 am
    Permalink

    Jak można kogoś określić mianem NIKT? Cały ten tekst jest przesiąknięty brakiem szacunku dla ludzi. Autorce można pogratulować nieszczęśliwego życia…a ta strona opisująca emigrantów w krzywym zwierciadle jest tego dowodem. I gdzie tu jest dystans do samego siebie i poszanowanie uczuć? No chyba ze autorka szczerze szanuje swoje poglądy co zresztą także widać w odpowiedzi do Agnieszki, ktora sorry ale miala racje….Największym trollem na tym blogu jest sama blogerka. TROLL LUDZI PRACY I EMIGRANTÓW.

    Reply
    • 27 stycznia, 2015 at 2:57 pm
      Permalink

      Czy ty w ogóle przeczytałaś ten artykuł? Gdzie autorka okazała pogardę dla jakichkolwiek emigrantów?
      Aśka, po co ty akceptujesz takie bzdurne komentarze?

      Reply
      • 27 stycznia, 2015 at 3:05 pm
        Permalink

        Ja bardzo, bardzo rzadko kasuję komentarze. Muszą naprawdę jechać po bandzie, żebym ich nie publikowała. A że Mon tak myśli, no to cóż, coś wyczytała z tego artykułu, czego nie było. Wydaje mi się, że w żadnym momencie nie pojechałam po żadnej z moich „kategorii”. Ja też jestem w końcu emigrantką…

        Reply
  • 27 stycznia, 2015 at 12:23 pm
    Permalink

    W RPA widze tylko pierwsza i druga grupe (chodzi mi o osiedlonych tutaj Polakow) moze jeszcz wlasciciele biznesow. No ale to inny rynek 😉 Bardzo mi jednak te kategorie pasuja do wiekszoesci emigrantow (nie tylko Polakow) w krajach rozwinietych 😉

    Reply
  • 9 marca, 2015 at 6:36 pm
    Permalink

    Kurczę, parę dni temu czytałam starsze wpisy na tym blogu i wiecie co mnie urzekło ?
    Czytam komentarze i myślę sobie „wow, zero hejterów. Chyba mało Polaków czyta ten blog.”

    Przy nowszych wpisach okazuje się, że blog zyskał na popularności, bo napatoczyły się tu prawdziwie rozkrzyczane, zapewne 16-letnie, hejty…

    Nic tylko gratulować! 😉

    Reply
    • 9 marca, 2015 at 8:29 pm
      Permalink

      Jest ich trochę więcej, ale tą część bez rzeczowych argumentów staram się wycinać. Bo co właściwie można odpowiedzieć na „Jesteś głupia”? Ale konstruktywna krytyka, taka dzięki której wprowadzam poprawki do artykułów to coś, co jest niezwykle cenne. W końcu co kilkaset głów, to nie jedna 😉

      Reply
  • 22 marca, 2015 at 12:59 am
    Permalink

    Ja mialam szczescie niestety malo rozumu kiedy znalazlam sie w Szwajcarii we Fribourgu w 1973 roku. Dostalam prace po kilku dniach od przyjazdu jako laborantka / czas probny/ w szpitalu kantonalnym a wiec w swoim zawodzie. Znalazlam sie w odpowiednim miejscu / w odpowiednim czasie. Z miejsca Otrzymalam pozwolenie pracy ” B”. Moj blad: wrocilam w 1975 roku do Polski. Teraz mieszkam w Kanadzie/ skonczylam tutaj studia / teraz na emeryturze. Kanada / przyjazni ludzie ale swoje serce zostawilam na zawsze tam w Szwajcarii. Anna

    Reply
  • 19 września, 2015 at 3:12 pm
    Permalink

    a ja za brak prawa do wykonywania zawodu nauczyciela w Niemczech zaplacilam zdrowiem
    namawiam kobiety wyksztalcone ktore w imie milosci do swojego meza, partnera , stracily prawo do pracy w zawodzie do pisania do mnie, moze udaloby nam sie stworzyc wspolna ksiazke naszych historii lub bloga ,

    to nie wstyd, ze nam sie zawodowo nie udalo, czesto nie jestesmy w stanie pokonac biurokracji danego kraju, jestesmy jakby skazane na bycie kura domowa lub sprzataczka, choruje czesto przez to, moze powinnysmy zwrocic uwage na siebie europejskich wladz !!!! tak wiele mowi sie o integracji , a my jestesmy wyksztalcone i latami lub do konca zycia zyjemy w cieniu mezczyzn , bez wlasngeo zycia zawodowego

    prosze pisac jesl ktos chce sie czyms podzielic lub nawiazac kontakt na dres

    misiak58@gazeta.pl

    pozdrawiam wszystkie wspaniale madre piekne Polki mieszkajace na calym swiecie :-))

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.