Mały disclaimer

Steve całkowicie zaprzecza mojej wersji, jakoby Polacy na siebie warczeli. Według niego, to w Polsce wszyscy się uśmiechają i są dla siebie bardzo mili, a Szwajcarzy to gbury. Hmmmm…

A o Rosjanach w Szwajcarii mam nie mówić źle, bo nas znajdzie mafia i całkowicie przypadkowo popełnimy samobójstwo trzydziestoma sześcioma ciosami noża lub pięcioma strzałami w tył głowy 😀

Także miłego Dnia Dziecka życzę wszystkim, którzy czują się młodo!

Psy psują, ptaki ptają, niemieccy Szwajcarzy niemieckoszwajcarzą…cudooownie, cudooownie!

Nastał wreszcie po trzech tygodniach zlewy i dziesięciu stopni piękny dzień. Dopiero co skończyłam mega trudne, ale cudownie ambitne tłumaczenie dla nowego klienta, więc czas było się rozerwać, wyjść wreszcie na trawkę i wystawić buzię do słońca. Czyli umówiliśmy się ze Stevem na lunch.

Proszę Państwa, myślę, że stopień zeszwajcarszczenia można określić na podstawie godziny, o jakiej człowiek się robi głodny w dzień powszedni. Jeśli czuje się nieprzyjemne ssanie w trzewiach, to znaczy, że wybiła dwunasta. Tu nie potrzeba hejnalisty, ani polskiego radia jedynki. W brzuchu słychać hejnał, więc trzeba wyłączyć komputer kończąc pracę w połowie, rozłączyć ważną rozmowę międzynarodową, udając szszsz na łączach, zamknąć drzwi sklepu przed nosem klientów i udać się na posiłek. I nie ma, że właśnie w tym czasie można mieć najwięcej klientów, bo wszyscy mogą sobie zrobić 40 minutową – 2 godzinną przerwę i wypadałoby zostać w sklepie, banku, czy urzędzie. Nie, bij, zabij, od godziny 12 do 14 wszystko jest zamknięte na cztery spusty, a co więcej – szkoły i przedszkola są też zamykane w tych godzinach i trzeba odebrać swoją pociechę, bo przecież panie opiekunki też ludzie i muszą jeść. Za to restauracje, bary, parki tętnią życiem. O 14 wszystko wraca do normy, tylko bezrobotni i ludzie wolnych zawodów powoli popijają kawę schyleni nad laptopami, a kucharze idą do domu. Czyli proszę Państwa, proszę tylko spróbować zamówić kotleta w porze polskiego obiadu! Oprócz pełnego zdziwienia i oburzenia spojrzenia możecie Państwo tylko otrzymać wskazówki dotarcia do najbliższego maca, ewentualnie, jeśli kelner się zlituje, jakąś sałatkę na zimno, która się ostała gdzieś z lunchu, albo miseczkę chipsów. Czytaj dalej …

Nasza Wieża Babel

Ten artykuł nie będzie jak zwykle o moich zwycięstwach i porażkach z językiem francuskim, ani walką Steva z polskim. Ten artykuł będzie o języku angielskim, którego używamy w codziennej komunikacji, a raczej, szczerze mówiąc, o naszej nowomowie na solidnej bazie języka angielskiego, z wieloma elementami francuskiego, polskiego, niemieckiego, szwajcarsko-niemieckiego, a także tymi o niewiadomym pochodzeniu. Dla naszej dwójki angielski jest językiem obcym, a jednak codziennie posługujemy się nim głównie rozmawiając ze sobą. Niestety, mimo że obydwoje mówimy płynnie i bez zastanowienia, nie zawsze mówimy prawidłowo i z sensem. I niestety nie ma nikogo, kto mógłby nas poprawiać, a spędzamy ze sobą tyle czasu, że się rozumiemy bez zbędnego tłumaczenia. I tym samym nasz angielski zamienia się powoli w dziwną nowomowę zrozumiałą w pełni wyłącznie dla dwóch osób na tej planecie. Czytaj dalej …

Nasze polskie odkrycia

Właśnie wróciłam z Polski, z mojego ukochanego Krakowa. Byłam bliska wrzucenia tutaj stu fotek Wawelu, Wisły i Kościoła Mariackiego, ale coś mi mówi, że Was bardziej interesują Alpy i Jezioro Genewskie. Przywiozłam ze sobą 14 obcokrajowców – Francuzów, Niemców, Palestyńczyka, Gabończyka i Szwajcara (chociaż ten mój Szwajcar jest już trochę spolszczony, więc chyba się nie liczy). Jedliśmy, hulaliśmy po nocach, wypożyczaliśmy samochody, spaliśmy w apartamentach na wynajem, więc Polska powinna mi przynajmniej obniżyć trochę podatki za mój solidny wkład w zwiększenie PKB!

Oczywiście mogę o tym zapomnieć, więc skupię się na moich polskich odkryciach, a właściwie naszych polskich odkryciach, bo Steve i inni mają tu też coś do powiedzenia. Jak zawsze mówię, największą zaletą Krakowa jest to, że mnie zawsze czymś zaskakuje. Możesz tam mieszkać kilka dobrych lat, a i tak codziennie odkrywasz nową klimatyczną kafejkę za rogiem, przepiękny ogród za kamienicą, przed którą przechodzisz dwa razy dziennie, czy przerażającego gargulca, jak tylko podniesiesz głowę siedząc na swoim ulubionym miejscu na kawie. Czy też – jak tym razem, absurdy naszej cudownej rzeczywistości. Czytaj dalej …

O winie francuskim, winie chilijskim i winie Tuska

To dla mnie będzie wina Tuska, rocznik 2010, silwuple!

Bo inne rodzaje, miejsca pochodzenia, szczepy i roczniki to ja nie bardzo. Wino ma być smaczne i nie za dużo, bo się nim jak prawdziwa Polka z krwi i kości upijam już przy drugim kieliszku, a głowa boli następnego dnia tak, że słyszę, jak te przysłowiowe kury tupią.

Jestem jednak w takim miejscu i z taką osobą, że problematyka winna jest mi chcąc – nie chcąc bardzo bliska. Mój Szwajcar, jak sam mówi, nie jest żadnym specjalistą. Ale to oznacza, że dla niego jest oczywiste, że Bordeaux z 2005 roku to grand cru, a Cotes du Rhone z 2002 to nie halo.* Ja staram się skrzętnie omijać temat pijanych przeze mnie win w czasie studiów. A gdy nawet pomyślę o winie o smaku toffi, to się krztuszę, czerwienię i zaczynam pasjonującą dyskusję o komputerach. Nie mówię o Wiśniowym Dzbanie, którego wcale przecież nie sączyłam słomką z plastikowej torebki. Wtajemniczeni mówią też o Jagodowym Dzbanie, ale tu na szczęście nie muszę się czerwienić, bo nie próbowałam (tym razem serio!). Czytaj dalej …

Fatalnie kurwa

Steve zapisał się na polski. Marudząc, narzekając, rwąc sobie z głowy, ale przyjmując do siebie całkowicie logiczny argument, że jakby jakieś dziecko całkowicie niechcący się wykluło, to nie da rady, żeby on nie huhu. Po pierwszej lekcji waruję przed drzwiami z szalonym biciem serca, czegoż on się tam nauczył, czy mu się podobało?
– Dzień dobry! Jak się masz?
I co słyszę?
– Fatalnie, kurwa.
Moje serce przestało bić. Co lepsza, zachowałam się jak każda przeciętna mamusia wobec swojego niepokornego przedszkolaka używającego nagle słowa na k:
– Kto cię tego nauczył?
– Nie wiem.
– Nauczycielka?
– Nie.
– Kolega z klasy?
– Nie wiem. Czytaj dalej …

Francuska języka trudna języka

Nigdy przez te 30 lat życia nie przypuszczałam, że zacznę się kiedyś uczyć francuskiego. Angielski przerabiałam od przedszkola, niemiecki od podstawówki, był jeszcze romans z hiszpańskim (Dos cervezas!) i małe tete-a-tete z rosyjskim (Pażałsta!). Natomiast francuski zawsze mi się kojarzył z czymś, co już dawno przebrzmiało, trudne toto, nie da się przeczytać, żeby ktoś na Ciebie nie spojrzał jak na ignorantkę, a jak już chcesz zapisać czyjąś złotą myśl, to się okazuje, że żeby było poprawnie trzeba dołożyć z pięć samogłosek w dziesięciu różnych miejscach.

Dlatego też nawet, jak wszystkie znaki na niebie i ziemi zaczęły wskazywać na to, że napotkany raz na krakowskim Kazimierzu pięknooki Szwajcar to raczej nie jednonocna przygoda ( a i nie półroczna), trzeba było się powoli powolutku zacząć uczyć. Byłam tym niezwykle podekscytowana, cóż, w końcu język miłości i sztuki. Wyobrażałam sobie, że po pierwszej lekcji jak wychrypię pierwsze zdanie niskim głosem „Je n’ai regretté rien…” to wszyscy padną, włącznie z moim. Jak się okazało, na pierwszej lekcji nie przerabia się słownictwa do wyrażenia tych ważkich uczuć ino „Bonjour” i „Je m’appelle Joanna”, co po mojemu brzmiało: „Bąyyyyyyyyyyyyyyżurrrr”, „Żeyyyyyyyymayyyyyyypeleyyyyyya-nie!yyyyyyyyyyyżemapelyyyyyyyyyżoana”. Czyli zdechły słoń, proszę Państwa, a jak nawet nie zdechły, to zdychający, taki już z lekka podsmrodywujący.

Wracając do opowiadania o moich walkach: Wybrałam kurs dla początkujących, gdzie jak się oczywiście okazało, jedyną początkującą byłam ja. I tak:

– A Pani miała jakiś kontakt z językiem?

– Nie, w ogóle. W sumie to pięć lat i pisałam z niego maturę, ale tak to w ogóle, w ogóle…

(Yyyyyyy…)

– A Pani?

– A nie, nie, jaki francuski, wcale, że-ną-pli-cer-tę-mą-u-wła-la-bla-la-la

(Że-ną-coooo?) Czytaj dalej …