O winie francuskim, winie chilijskim i winie Tuska

To dla mnie będzie wina Tuska, rocznik 2010, silwuple!

Bo inne rodzaje, miejsca pochodzenia, szczepy i roczniki to ja nie bardzo. Wino ma być smaczne i nie za dużo, bo się nim jak prawdziwa Polka z krwi i kości upijam już przy drugim kieliszku, a głowa boli następnego dnia tak, że słyszę, jak te przysłowiowe kury tupią.

Jestem jednak w takim miejscu i z taką osobą, że problematyka winna jest mi chcąc – nie chcąc bardzo bliska. Mój Szwajcar, jak sam mówi, nie jest żadnym specjalistą. Ale to oznacza, że dla niego jest oczywiste, że Bordeaux z 2005 roku to grand cru, a Cotes du Rhone z 2002 to nie halo.* Ja staram się skrzętnie omijać temat pijanych przeze mnie win w czasie studiów. A gdy nawet pomyślę o winie o smaku toffi, to się krztuszę, czerwienię i zaczynam pasjonującą dyskusję o komputerach. Nie mówię o Wiśniowym Dzbanie, którego wcale przecież nie sączyłam słomką z plastikowej torebki. Wtajemniczeni mówią też o Jagodowym Dzbanie, ale tu na szczęście nie muszę się czerwienić, bo nie próbowałam (tym razem serio!).

Moja ignorancja nie ma jednak na co dzień większego znaczenia, bo każdy market jest bardzo dobrze wyposażony i jak Steve wybiera wina, ja po prostu idę do działu z piwem (tu gorzej: pół półki w tym w większości piwa belgijskie i niemieckie). A do obiadu, czy raczej kolacji wybieram losowo z piwniczki (pewnie bóg wina właśnie wypadł z bahanaliowego korowodu słysząc moje słowa).

Gorzej jak idziemy do restauracji. Wino oczywiście zamawia Steve, albo ktoś z jego znajomych. Ktoś jednak to wino musi spróbować, bo zwykle zamawiamy butelkę. Oczywiście najlepszy żarcik dla wszystkich to jest wskazanie mnie jako testera. Moje umiejętności jako testera określiłabym tak: ostatnio wychłeptałam ze smakiem butelkę takiego wina, które Steve chciał wyrzucić, bo ponoć korek się zepsuł. Ponoć – jak dla mnie smakowało jak wino, normalne, czerwone, płynne; ani korka tam nie było w smaku ani niczego szczególnego. No więc o so chozi?… Więc ocaliłam tą nieszczęsną butelkę od wyrzucenia, ofiarując się jako tania i oszczędna utylizacja zepsutych trunków alkoholowych. Steve patrzył ze zgrozą oferując inną butelkę Merlota, ale nie. Nie odpuściłam. Nawet porównywałam te dwa wina w smaku i żadnych negatywnych wrażeń. Czy ze mną jest aż tak źle?

Ale wracając do testowania wina w restauracji. Wyfrakowany kelner patrzy na mnie z atencją, całe towarzystwo patrzy na mnie „na rybkę” – powstrzymując się od „prych-huhuhuhu”, a ja modlę się, żeby wino było dobre. Oczywiście mówię z pełną powagą „Oui, parfait” oglądając z uwagą prezentowaną butelkę. I chwila prawdy. Na szczęście ani razu mi się nie zdarzyła wpadka. Uuuuuf…

Z tego, co widzę, cały artykuł jest w stylu „nie znam się, więc się wypowiem”, także może dodam coś pożytecznego, żeby drodzy czytelnicy coś wynieśli z tej lektury. Bardzo dobre czerwone wino to Amarone, które charakteryzuje się bogatym posmakiem czerwonych porzeczek i tym, że „płacze”, jak się obraca kieliszek („przylepia” się do kieliszka i zostają malutkie kropelki). Tylko, że Amarone płacze, i ja płaczę, gdy płacę, bo jest cholernie drogie. Jeśli chodzi o białe, to bardzo polecam wino Amigne. Nieco słodkie, ale pyszne. Takie w sam raz dla amatorów – zapoznałam się z nim na targach wina, kiedy poprosiłam ładnie winiarza o to, żeby mi coś polecił. Popatrzył na moje słowiańskie oblicze pełnym wyrozumiałości wzrokiem i nalał napój bogów, który według niego Madame będzie smakować. Mniam!

Polska 4: 1 Szwajcaria w naszej lodówce

*Jeśli coś przekręciłam, to bardzo przepraszam, ale nigdy nie rościłam sobie prawa do miana specjalisty.

7 komentarzy o “O winie francuskim, winie chilijskim i winie Tuska

  • 8 września, 2013 at 10:18 am
    Permalink

    hahahahaha…. padłam ze śmiechu!! Ja też się nie przyznaję do trunków pijanych w czasach studiów. Zawsze mówię, że piliśmy bułgarskie wina… Miłej niedzieli!!

    Reply
  • 14 września, 2013 at 10:57 pm
    Permalink

    CZytam ten blog od niedawna i przyznam, że jest świetny.

    Co do próbowania wina, i tego „Oui, parfait”, to podobno zawsze się akceptuje wino, chyba, że kelner przyniesie zepsute, co się nie powinno zdarzyć w dobrej restauracji. Więc śmiało można akceptować za każdym razem :).

    Reply
  • 13 grudnia, 2013 at 2:02 pm
    Permalink

    Kiedy wchodzę w markecie na dział „Wina” zlewa mnie pot, trzęsą się ręce, i nie jest to objaw choroby alkoholowej, bynajmniej, tylko stresu – co wybrać. Więc chodzę niczym koneser, biorę do ręki, czytam… coś tam pinot noir, coś chardonnay ( to pamiętam z Pamiętników Briget Jones), roczniki nic mi nie mówią. Po czym z czystym sumieniem i radosnym krokiem zmierzam na dział „Piwa” i tu już jestem u siebie w domu. Na studiach win nie pijałam, skończyłam politechnikę – opcje były dwie, albo 12 piw na twarz, albo pół litra… Kac beznadziejny i po jednym i po drugim. Szefowa ma bardzo dobrze zaopatrzoną piwniczkę, a i tak wybiera wodę z kranu. No i jak ja mam żyć? Ostatnio kupiłam mocniejszy trunek „Kirlch Hafelibrand” ( sorry nie mam w klawiaturze umlałtów ) czyli fine eau-de-vie de cerises. Myślę, wódka z wiśni? Może zbliżona do wiśniówki choć przeźroczysta? Spróbowałam… chyba zostawię dla nielubianych gości, jak się tacy nawiną. Nie ma to jak nasza czysta „Wiborowa” z akcentem na wa 🙂

    Reply
    • 16 grudnia, 2013 at 12:15 pm
      Permalink

      Hej Marzena, ja nawet nie wiedziałam, że Kirsch się da pić! To zwykły składnik fondue serowego, raczej nie polecam częstowania nawet nielubianych gości! 🙂

      Reply
      • 20 grudnia, 2013 at 9:38 pm
        Permalink

        Teraz też już wiem, że pić się nie da, tzn d, ale to wypiciu wielu kieliszków wódki jedynie, jak już smak jest kompletnie zobojętniony. Tak więc teraz czeka na przyjazd mojej przyjaciółki i będzie dodany prawidłowo do fondue.

        Reply
  • 1 czerwca, 2014 at 4:15 pm
    Permalink

    Haha jak bym czytał o sobie i moich kolegach szwajcarach.
    A co do kirschu to ten bimber z wiśni jak jest dobrej jakości to bajka. Jeśli z coop to tylko do czyszczenia styków się nadaje.

    Reply
  • 14 października, 2014 at 3:30 pm
    Permalink

    Z zainteresowaniem poczytałam o szwajcarskich produktach. Tego serka w skrzynce i szwajcarskiej coca coli nie znałam. Myślę, że powinnaś do listy dorzucić też Ovomaltinę. Poznałam ją dopiero kilka miesięcy temu i gdybym mogła, piłabym codziennie. Tylko cholerka, cena jest zaporowa….

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.