Druga część kosztów życia w Szwajcarii zacznie się od omówienia części pierwszej. Jeśli śledzicie to, co dzieje się na fanpejdżu Facebooka i w komentarzach, to zapewne zauważyliście, jakie kontrowersje wzbudziły kwoty wydatków na zakupy podawane przez moich tajnych informatorów. „Nie da się nie umrzeć z głodu za X na tydzień” – to jeden z najpopularniejszych komentarzy. Zauważcie jednak, że błąd jest po mojej stronie, a nie moich rozmówców. Otóż nie określiłam, czy wydatki zakupowo – chemiczne mają uwzględniać jedzenie poza domem czy nie. Niektórzy jedzą w domu całymi rodzinami śniadanie – obiad – kolacja, a inni tylko przekąszają kanapkę z dżemem i popijają kawą rano, a resztę jedzą w pracy / na mieście. Wiadomo, że jeśli policzyć zakupy sklepowe tych pierwszych, wyjdzie o wiele drożej niż tych drugich. Jeśli by jednak wziąć pod uwagę ile wydają w restauracjach ci drudzy, ci pierwsi staliby się mistrzami oszczędnego życia. Także błąd jest mój. Mea culpa. Postanowiłam jednak zostawić tabelę w tym kształcie, ponieważ uważam, że i tak może dać „nowym na mieście” pewne dane, nawet jeśli nie całkowicie wymierne…
Nauka języka polskiego w nowej odsłonie – Polskie Szkoły Internetowe Libratus
Czy warto uczyć dziecko języka polskiego mieszkając już od wielu lat poza ojczyzną? To pytanie zadaje sobie wielu rodziców, którzy z różnych przyczyn udali się na emigrację i już w nowym kraju układają sobie życie na nowo. Czy umiejętność posługiwania się językiem polskim jest ważna dla dzieci wychowujących się na co dzień w innej kulturze, używających innego języka, który już dla wielu z nich stał się językiem ojczystym?
Koszty życia w Szwajcarii, cz. 1: mieszkanie i zakupy
A teraz długo oczekiwane konkrety! Mniej więcej co tydzień – dwa tygodnie otrzymuję maila lub wiadomość przez Facebooka, która brzmi mniej więcej tak: „Cześć! Dostałem pracę w Szwajcarii. Będę zarabiał X na rękę. Nie wiem, czy się utrzymam. Czy mogę od razu sprowadzać żonę i synka? Czy znajdę mieszkanie z Polski? Jak długo trwa szukanie mieszkania? Ile kosztuje A, B, C, D? Zamierzam żyć oszczędnie, ale…” I w ten deseń.
Odpowiadam zawsze oględnie podając przykładowe ceny, mówiąc żeby nie przeliczał, broń Boże, niczego na złotówki, ale zawsze kończy się na mailu zwrotnym: „No dobrze, ale ile KONKRETNIE to i tamto kosztuje?” Nie da się wytłumaczyć, że to wszystko ZALEŻY od stu czynników.
Esencja szwajcarskości w 7 krótkich historyjkach
W jaki sposób Szwajcarzy różnią się od ich polskich rówieśników? Mówi się, że żyjemy w jednej wielkiej zglobalizowanej wiosce, mamy te same problemy, nasze chrześcijańskie dziedzictwo kulturowe również sprawia, że podobnie reagujemy na gołą babę, dziecko potrzebujące opieki, czy staruszkę. Nic tylko tworzyć wielki biały front przeciwko cywilizacji brudasów i śmieci, która drzwiami i oknami właśnie próbuje się dostać do tego jądra spokoju i dobrobytu (uwaga, ironia Cię właśnie ugryzła w nos, a teraz sprawdza, czy umyłeś zęby). A jednak, im dłużej mieszkam w Szwajcarii, tym więcej różnic pomiędzy nami zauważam. Kiedyś myślałam, że to po prostu kwestia charakteru danej osoby, dziś coraz częściej widzę pewne prawidłowości. Podzielę się nimi z Wami w kilku niewielkich historyjkach.
Przez Szwajcarię Szlakiem Świętego Jakuba
Gdy kilka lat temu mieszkałam w małej wiosce St-Sulpice tuż na brzegu Jeziora Genewskiego, na trasie mojego porannego joggingu dość często spotykałam takie indywidua:
Wieczorem atrybuty spacerującego po promenadzie nad jeziorem to bardziej kluczyki od Porsche i rosyjska laska w futrze, natomiast rankiem krajobraz człowieczy się nieco zmieniał. Kapelusz, muszla Świętego Jakuba, laska (w sensie nie ta rosyjska w futrze, tylko kostur pielgrzymi), wielki plecak i spokój na twarzy.
Ballada o miotle i róży
Jak często przechodzimy obok ich nie widząc. Patrząc na nich jak na ścianę, meble czy część infrastruktury miasta. Ludzie w pomarańczowym stroju z miotłą i wózkiem, ekspedientki, ogrodnicy, sprzątaczki. Im bardziej prozaiczną pracę wykonują, tym mniej widzimy w nich człowieka, a bardziej mundurek. To zdarza się wszystkim. Ile razy patrzyłam na panią w kasie właściwie jej nie widząc i mechanicznie odpowiadając Bonjour, Merci i Au revoir.
A stałam też po drugiej stronie kasy, więc powinnam pamiętać, jak to jest być przezroczystą. Pamiętam, że kiedyś zarabiałam na rejs na Islandię smażąc frytki w barze nad jeziorem w bardzo wschodniej Polsce. Bardziej na wschód już być nie mogło, bo to było Jezioro Białe przy Włodawie (wtajemniczeni pewnie znają te krokodylsko – bandziorskie klimaty i łapią się za głowę).
Emigracja czyli jak się przyjaźnić… z dala od przyjaciół
Dziś obudziłam się z poczuciem, że czegoś już od dłuższego czasu nie zrobiłam. O joggingu 3 razy w tygodniu pamiętam. Za ubezpieczenie, mieszkanie, prąd i media płacę, nawet czasem się to uda w terminie. O pracy jeszcze nie zdołałam zapomnieć mimo wielu starań. Nawet o blogu pamiętam, co prawda spada mi nieco wydajność, ale nie pracuję tu na akord. Zapomniałam za to całkowicie ostatnio o… przyjaciołach.
Pewnie większości z Was, którzy mieszkacie w jednym miejscu od dłuższego czasu ten problem wydaje się tak sztuczny i wydumany, że aż nieważny wspomnienia. Niejeden pewnie skomentuje: „Przyjaciele mogą się nie widzieć rok, a jak się w końcu zobaczą, to jakby się widzieli wczoraj”. Faktycznie tak jest. Gdy się widzę raz na ruski rok z przyjaciółmi z Krakowa, czy Lublina, Warszawy, Berlina, Hamburga czy Paryża, to nasze rozmowy są głębsze niż Rów Mariański i codzienność nie ma wpływu na nasze relacje.
TCS – najstarszy klub motoryzacyjny Szwajcarii
TCS (Swiss Touring Club) to raczej dosłownie Szwajcarski Klub Turystyczny, jednak najczęściej korzystają z niego osoby zmotoryzowane, a nie wytrawni piechurzy.
![]()
Prawdopodobnie każda osoba mieszkająca przynajmniej przez jakiś czas w Szwajcarzy kojarzy charakterystyczne żółte samochody patrolowe TCS na skraju drogi niosące pomoc nieszczęśnikom, którym cztery kółka odmówiły współpracy. Tak, tak, z tego słynie ten klub motoryzacyjny – ze znakomitej usługi assistance dzięki której, gdy wam się rozkraczy Wasz wehikuł, żółtek przyjedzie i jeśli sprawa będzie prosta, pomoże za darmo od ręki. Jeśli zaś będzie potrzebna dłuższa naprawa, zgarnie go do mechanika.
Wilk jest zły, a czerwony kapturek niewinny, czyli krótka historia o złych Arabach i stereotypach, które czasem są stereotypowe
Historia, którą Wam dzisiaj opowiem zdarzyła się już jakiś czas temu. Potrzebowałam jednak tych kilku miesięcy na zmiędlenie tego w głowie, przetrawienie i wymyślenie morału. I co? I morału nie ma! Bo w zasadzie, jak zwykł mi powtarzać taki jeden profesorek na jednym z moich licznych kierunków studiów – news jest wtedy, gdy to Czerwony Kapturek zje wilka. Gdy wilk zje Czerwonego Kapturka, to nuda, panie…
U mnie właśnie wilk zje Czerwonego Kapturka. Ni ma puenty. Stereotyp jest stereotypowy i nie ma wywrotowego przekazu, który daje do myślenia i frapuje jeszcze po północy. Za to pewnie czeka na mnie milion komentarzy, które będę musiała moderować. Dlatego apeluję, Panie i Panowie, ja jako autorka tego bloga odpowiadam za to, żeby wszystko tutaj się odbywało w granicach obowiązującego prawa. Za komentarze też odpowiadam. Więc jeśli coś będzie miało nawoływało do nienawiści rasowej albo innych takich sympatycznych spraw, to ja będę zmuszona to usunąć. I to nie będzie ani oficjalna deklaracja moich poglądów ani pokaz politycznej poprawności…
Piękno wersus natura, czyli czego możemy się nauczyć od Szwajcarek
Denerwuje mnie ten stereotyp, że Polki są najpiękniejsze na świecie. Mam dziwne wrażenie, że to same Polki tak wymyśliły i jeszcze wmówiły to swoim mężczyznom, którzy teraz jak te zmanipulowane katarynki powtarzają to wszędzie i wszystkim. Bo one, Panie i Panowie, nie są jakieś nadzwyczajnie piękne (ale za to bardzo przekonywujące!). Są przepiękne Polki, są ładne, tak jak wszędzie, są urocze, są też przeciętne i są te… po prostu OK.
Skąd się w takim razie wziął ten stereotyp? No cóż, my Polki jesteśmy mistrzyniami autoprezentacji i wiemy, jak wyciągnąć 200% z naszych walorów. (Niektóre niestety czasami przesadzają i używają 500% i wtedy to jest już trochę niesmaczne.) Na czym polega ta sztuka autoprezentacji? Na umiejętnym przykrywaniu tego, co przykryć trzeba i odkrywaniu tego, co pokazywać warto.