Ticino – szwajcarska perła wakacyjna z problemami

Liście palm leniwie kołyszą się na ciepłym wietrze. Parzące słońce odbija się od krystalicznej toni jeziora, którą bezszelestnie przecinają białe jak śnieg jachty. W uroczej kafejce na promenadzie eleganccy starsi panowie sączą kawę z miniaturowych filiżanek. Zazielenione południowe zbocza Alp zachęcają do spacerów, podczas których można odkryć kamienne wioski, w których hula tylko wiatr. Przez kogo zostały opuszczone? Przez ludzi czy przez elfy?

Źródło: Unsplash, Autor: Reelika Raspel

Tak, tak, kanton Ticino jest całkiem zasłużenie nazywany szwajcarskim kantonem wakacyjnym. Kto nie chciałby mieszkać i pracować w krainie, gdzie wiecznie świeci słońce, jej mieszkańcy posługują się przepięknym i stosunkowo łatwym dla Polaków językiem włoskim, a zarabia się we frankach szwajcarskich? No właśnie, bardzo wielu… A to tylko szczyt góry lodowej problemów jednego z najpiękniejszych kantonów Szwajcarii. Dziś w cyklu DZIEŃ KANTONÓW opowiem Wam o wielu twarzach Ticino.

Czytaj dalej …

10 najlepszych szwajcarskich reklam świątecznych

Dzisiejszy artykuł będzie nietypowy – więcej w nim będzie oglądania niż czytania. A w dodatku oglądania czego? REKLAM! Przedstawione poniżej reklamy to jednak trochę inna kategoria niż „Indyk z wyskubanym kuprem tylko 9,99!”. Szwajcarskie reklamowe klipy świąteczne to w niektórych przypadkach prawdziwe majstersztyki – mini-filmy z akcją jak z Szybkich i Wściekłych, suspensem jak z Hitchcocka, piosenkami jak z Chicago i zaskakującymi puentami jak z Innych. No może trochę przesadziłam… Ale jeśli macie ochotę sobie popatrzeć na słodkie dzieci, kotki, piosenki, samotne misie i choineczki, klikajcie jak w dym!

Nie, to nie jest szwajcarska reklama… I jakby ktoś miał wątpliwości: nie radzę próbować tego w domu.

Wybrałam 10 najlepszych szwajcarskich świątecznych klipów reklamowych, z czego jeden nie jest szwajcarski, a jeszcze jeszcze jeden nie jest świąteczny… Tak, żeby nie było za słodko!

Czytaj dalej …

Mali Szwajcarzy z wolnego wybiegu

Ile razy przeprowadzałam tę rozmowę ze świeżymi polskimi imigrantami w Szwajcarii…

– Drogie Szwajcarskie Blabliblu! Właśnie otrzymałam list ze szkoły nakazujący mi zaprzestać odprowadzania mojego dziecka do szkoły. Co za absurd! Czy ktoś w ogóle może mi tego zakazać?

– Tak, droga czytelniczko. Może. Jeśli sytuacja będzie się powtarzała, zostaniesz wezwana na rozmowę do dyrektora szkoły. Jeśli się zbuntujesz, wyślą cię z dzieckiem do psychologa. Jakie są dalsze środki, tego sama tego nie wiem. Zakładam, że gdyby ktoś z tego powodu miał problem z uzyskaniem pozwolenia czy szwajcarskiego paszportu, to by się szybko przedostało do mediów, więc raczej tak daleko to nie sięga. Mówię o tych paszportach i pozwoleniach, bo tylko imigranci się buntują. Samodzielne chodzenie do szkoły jest częścią szwajcarskiej kultury…

– Szwajcarskiego czego?!!! Moje dziecko ma X lat. Nie trafi do domu. Po drodze są pedofile, wściekłe psy, nieodpowiedzialni kierowcy i czyhający na rogu dilerzy. W nosie mam taką kulturę! Jeśli trzeba, będę odprowadzała swoje dziecko ukradkiem i chowała się za drzewem pod szkołą…

Samodzielność po szwajcarsku

W dobie polskiej mody na rodzicielstwo helikopterowe, albo instagramowe stawianie dziecka na pierwszym planie, idea, żeby założyć dziecku klucz jak w latach 90-tych i wysłać je samemu do szkoły wydaje się faktycznie zwariowana. A jednak w Szwajcarii jest normą i symbolem szwajcarskiej metody wychowawczej. Metody, która zwykle stanowi prawdziwy szok kulturowy dla nowo przybyłych imigrantów.

Czytaj dalej …

Operacja Czerwony Nos – Nez Rouge

Okres świąteczny i noworoczny to wyjątkowy czas w roku. Długie wieczory rozświetlone ogniem z kominka, jarmarki świąteczne, przepięknie oświetlone miasta, tradycja okien adwentowych, wigilie w pracy, w szkole, wśród przyjaciół… Nie muszę chyba dodawać, że większość tych okazji podlewana jest pachnącym grzańcem z goździkami, gorącym ponczem lub grogiem. Łatwo dać się skusić, nawet jeśli się przyjechało samochodem. Nie muszę pewnie wspominać, że samochód i alkohol to niebezpieczna kombinacja.

Pragmatyczni Szwajcarzy już od 28 lat w tym najbardziej alkoholowo newralgicznym czasie prowadzą Operację Czerwony Nos (Operation Nez Rouge), czyli bezpłatne przejazdy i przewóz samochodu do domu balowicza. Operacja Czerwony Nos działa pod hasłem „A l’éternité préférez la sécurité”, czyli „Wybierzcie bezpieczeństwo zamiast wieczności”.

Czytaj dalej …

Polak potrafi, czyli o bardzo polskim jedzeniu w bardzo niepolskich okolicznościach (wyniki konkursu)

Zgodnie z obietnicą dziś dowiemy się, kto najbardziej mnie przekonał swoją historią o tym, jak Polacy potrafią sobie kreatywnie radzić z tęsknotą za polskimi produktami. 3 zwycięzców otrzyma kupon na 50 chf do Polish Shopu, gdzie sobie będą mogli nakupić śledzi i ogórków kiszonych i przynajmniej na moment zapomną o uporczywych ciągotach żurkowo – bigosowych. Już po otrzymaniu trzeciej historii byłam całkiem zdecydowana, kto będzie zwycięzcą, po czwartej wiedziałam, że będzie ciężko, po piątej drapałam się z zakłopotaniem po głowie, a potem po prostu oklapłam z żalu. Wszystkich nie dało się nagrodzić. Jakoś musiałam wybrać 3 osoby!

Źródło: Unsplash

Wybór był oczywiście bardzo subiektywny i nie zdziwiłabym się, gdybyście na moim miejscu zdecydowali inaczej. Przeczytajcie 3 historie, których autorzy dostaną voucher na 50 chf do Polish Shopu:

  1. Magdalena Zofia S. (historia z facebooka):

Zabawna historia jedzeniowa… Moja ulubiona bardziej nostalgiczna niż zabawna i nie związana z emigracja to nasz rodzinny wynalazek na kolacje. W okresie przemian ustrojowych było ciężko. Baardzo ciężko. Moja mama pięknie ukrywała fakt że kolacje dla całej rodziny musiała zrobić za 3 zł. Robiła nam te pyszne kanapki z koncentratem pomidorowym, cebulą pokrojona w kosteczkę i świeżo zmielonym pieprzem.
Do dziś z bratem jak przyjeżdżamy z naszych metropolii, lodówka ugina się od sopockiej, grujerow i innych burżuizmów, my spokojnie robimy sobie te koncentratowe kanapki. Myślę, że każdy w domu ma takie comfort food, które naszym rodzicom kojarzą się z ekonomicznym dramatem, a nam ze słodkim dzieciństwem 🙂

Czytaj dalej …

O szwajcarskim Janosiku, co kochał wino, kobiety i śpiew – Joseph-Samuel Farinet

Wszyscy kochamy buntowników. Czarne charaktery, nie takie smoliście czarne, ale bardziej w odcieniach szarości często są lepiej wspominane niż te krystalicznie czyste. Czy chodzi o to, że są bardziej ludzkie? Łatwiej jest nam się z nimi utożsamić? Mieszkańcy szwajcarskiego górskiego kantonu Valais poszli w swojej sympatii do czarujących przestępców jeszcze dalej – i nadali swojej lokalnej walucie miano, które nosił najsłynniejszy fałszerz Szwajcarii – Joseph-Samuel Farinet.

Pomnik Farineta w Saillon

Farinet kochał wino, kobiety i śpiew, ale przede wszystkim hojnie płacił wszystkim tym, którzy go ukrywali i pomagali mu na jego przestępczym szlaku. Płacił oczywiście fałszywymi monetami, które sam wybijał. W alpejskich wioskach bieda aż piszczała i nikt nie gardził pieniędzmi, prawdziwymi czy fałszywymi. Wiele walijskich rodzin dzięki fałszerzowi wyszło z biedy i długów i dlatego po dziś dzień Joseph-Samuel Farinet nazywany jest w Alpach szwajcarskim Robin Hoodem (choć my możemy go nazywać po naszemu – Janosikiem!).

Czytaj dalej …

Dzikie tańce dookoła polskiego śledzia na szwajcarskim stole. Polish Shop + KONKURS!

Dzisiejszy artykuł, konkurs i nagrody sponsorowane są przez Polish Shop.

Czytelników tego artykułu można podzielić na dwie grupy. Niektórzy spojrzą na poniższe zdjęcie, zrobią zdziwioną minę i z myślą „kto normalny chwali się w Internecie zrobionymi zakupami” przejdą do kursów walut lub filmików z zabawnymi kotkami. Inni klikną na to zdjęcie, przeanalizują je pięć razy od prawej do lewej i od dołu do góry, a potem skomentują „a jadłaś to nowe Ptasie Mleczko o smaku kokosowym?” albo „zjadłabym pasztet!” albo „lepsze śledzie są od X!”.

Polskie łupy na szwajcarskim stole!

Przyznaj się, do której grupy należysz!

Jeśli należysz do pierwszej grupy, najprawdopodobniej mieszkasz w Polsce lub często tam bywasz. Jeśli należysz do grupy numer dwa, mieszkasz za granicą, gdzie marzycielskie rozmowy o najwłaściwszym przepisie na domowy bigos zastępują z czasem dyskusje o tym, gdzie zjeść najlepsze sushi. Czy Blabliblu ma rację? No bo tak to jest. Syty nie zrozumie głodnego. Gdy wpadam do Polski, znajomi wyciągają mnie do nowej francuskiej restauracji, która jest top, szał i hip, i zerkają z niejakim politowaniem, gdy sugeruję nieśmiało, że zjadłabym takie zwykłe domowe pierogi…

Czytaj dalej …

Jacy są ci Szwajcarzy tak naprawdę?

Rzadko się zdarza na tym etapie Blabliblu, że powstają artykuły, które zawierają więcej pytań niż odpowiedzi. Jako „pani Szwajcaria” nawykłam raczej do tego, że bardziej wiem albo przynajmniej mogę przedstawić swoją opinię niż nie wiem i rozkładam ręce w zdumieniu. Tymczasem jest temat, którego nie potrafię zsyntetyzować i się do niego odnieść.

Mieszkam w Szwajcarii od ponad 6 lat i poznałam tu wielu ludzi: Szwajcarów, ekspatów, Polaków na emigracji. I nigdy nie spotkała mnie żadna przykrość z powodu mojej narodowości. Nigdy nie czułam się dyskryminowana. Owszem, spotykały mnie epizodyczne konflikty. Ktoś na mnie burknął na poczcie, więc w akcie przypadkowej zemsty nieświadomie świsnęłam pocztowy długopis. Pani w urzędzie nie raz przewróciła oczami na moje dziwne pytania albo uśmiechnęła się z ząbkami (ostrymi!), gdy coś źle wbiłam w maszynie do wysyłania listów. Ktoś mnie zapytał, czy moi rodzice mają potrójne okna albo czy mam dużo rodzeństwa. Akurat takie pytania uwielbiam, ponieważ dzięki nim mogę nieco pofantazjować o tym, że polskie dzieci uwielbiają siłować się z białymi niedźwiedziami w zamieci. Jak przeżyją, to będą żyć. Szeroko otwarte z przerażenia oczy moich rozmówców sprawiają, że mój wewnętrzny złośliwiec zaciera ręce. Jak widzicie, nikt mnie nigdy nie chciał ze Szwajcarii wyrzucić. Nikt nie sugerował, że miejsce Polek jest w Polsce. Fakt – językowo to raczej ja się musiałam dopasowywać do innych, a nie oni do mnie, ale taka specyfika Romandii – Szwajcarzy francuskojęzyczni raczej kiepsko mówią po angielsku.

Czytaj dalej …

Szlakiem szwajcarskich tajemnic wojskowych

Szwajcaria niewątpliwie zajmuje poczytne miejsce na liście każdego, kto interesuje się wojskowością i historią. A dlaczego? W końcu w ostatnim konflikcie, który odbywał się na jej terytorium, jakieś 150 lat temu, zginęło tylko kilkanaście osób. Jak można Szwajcarię porównywać na przykład z Polską, która cierpi na aż nazbyt interesującą historię wojenną. Szwajcaria jest jednak jednym wielkim unikatem. Precedensem na skalę światową.

Znajdźcie mi inny kraj, który byłby realnie neutralny i jednocześnie uzbrojony po zęby z armią typu milicyjnego, która od wieków odstraszała o wiele silniejszych sąsiadów. Szwajcaria została podbita tylko raz w swojej historii – przez armię napoleońską, której potem nieźle napsuła krwi wojną partyzancką. Szwajcaria przetrwała nietknięta I wojnę światową znajdując się pomiędzy wrogimi siłami. Potem w czasie II wojny światowej, mimo że znalazła się w kompletnym otoczeniu państw Osi nie podzieliła losu innych państw neutralnych. Oczywiście, wiele różnych teorii krąży na ten temat, ale Szwajcarskie Blabliblu zajmuje się prawdą historyczną a nie mądrościami ludowymi. Jeśli ktoś ma ochotę poczytać na ten temat, może kliknąć TU, TU i TU, a TU znajdziecie nieco więcej na temat szwajcarskiej neutralności.

Czytaj dalej …

Czy krowy powinny mieć rogi, czyli malutki cud demokracji bezpośredniej…

25 listopada 2018 roku Szwajcarzy odpowiedzą na to jakże frapujące pytanie w ogólnonarodowym referendum. Inicjodawcy tłumaczą, że operacja usunięcia rogów jest niezwykle bolesna. Przeciwnicy argumentują, że bez rogów krowy się mniej ranią. Osoby z zewnątrz dziwią się, że tak ogórkowy jakby się zdawało temat trafił pod strzechy Szwajcarów. A ja? A mnie nie przestaje fascynować, że nikt wpływowy – zwykły rolnik z Berneńskiego Oberlandu może mieć wpływ na regulacje na poziomie krajowym.

O co chodzi z tymi rogami?

Mimo, że na pocztówkach ze Szwajcarii widnieją zadbane, wyczesane krowy z rogami, tylko co dziesiąta szwajcarska krowa faktycznie posiada rogi. Ten krowi atrybut usuwa się zwykle u cieląt młodszych niż 3 tygodnie. W tym celu przykłada się rozgrzane żelazo do zawiązków rogów. Zabieg ten wykonywany jest najczęściej przy znieczuleniu ogólnym, a potem cielakowi podawane są środki przeciwbólowe. Jednak według badań zleconych przez inicjodawców, aż 20% cieląt odczuwa skutki usunięcia rogów. Jak argumentują zwolennicy inicjatywy, rogi to nieodłączna część krowy – pełnią ważną rolę w regulacji temperatury ciała, komunikacji między zwierzętami, a nawet trawieniu pokarmów.

Czytaj dalej …