Grubi, starzy i łysi Szwajcarzy, czyli jak wygląda prawdziwa miłość

Dzisiejszy artykuł nie ma prawa bytu bez odpowiedniego kontekstu. Dlatego drogi czytelniku, jeśli nie zapoznałeś się z artykułem o szwajcarskich mężczyznach, to najpierw przejdź TU.

Artykuł, jak sami widzicie raczej nie punktuje ani szwajcarskich chłopaków ani chłopaków polskich. Puenta, którą usiłowałam w nim przeforsować (jakby ktoś nie zauważył) jest taka, żeby podążać za własnym sercem, a nie paszportem, czy portfelem. Przynajmniej wydawało się, że moja teza jest dość jasno i wyraźnie wyłożona i praktycznie nie można po przeczytaniu tego artykułu mieć wątpliwości co do intencji autorki. A jednak.

Stwierdziłam, że wrzucę linka do mojego artykułu na fanpejdż fb Polacy w Szwajcarii, a co, w końcu temat ciekawy, niech sobie poczytają polscy imigranci. I się zaczęło. Niestety dyskusja się nie zaczęła na moim blogu, ani nawet na fanpejdżu mojego bloga, ale właśnie na stronie Polacy w Szwajcarii. Dlatego w ramach dodatkowego kontekstu muszę Wam co-nie-co przytoczyć. Czytaj dalej …

Pani Pomyłka i małe kurczaczki

Według mnie, trzeba mieć naprawdę niezłego nerwa, żeby próbować rozmawiać w języku, którego się nie zna w stopniu zaawansowanym. Zawsze podziwiam tych, którzy nauczą się dwa słowa w jakimś języku i już na ich podstawie są w stanie bez mrugnięcia okiem próbować się dogadywać, nawet jeśli mają w zanadrzu znajomość innego popularnego języka. Ja nie z tych niestety. Jeśli mogę wspomóc się angielskim, zawsze to zrobię. Niestety tak się złożyło, że mieszkam i przebywam wśród Szwajcarów, którzy mimo wielu uśmiechów i prób, angielski znają gorzej niż ja francuski, więc to ja muszę grzać moje dendrony mózgowe.

Ja mam niestety tak, że przez moje roztargnienie zdarza mi się dość często przekręcać wyrazy. Najczęściej po prostu potem albo ktoś mnie poprawia, albo się domyśla i nie ma katastrofy. Czasami jednak w tak dziwny sposób się majtnę, że sąsiedzi mają następną pikantną anegdotkę na temat „tej Polki z białego domku”… i wszyscy są szczęśliwi, oprócz mnie rwącej sobie włosy z głowy, jak ja mogłam coś takiego powiedzieć. Czytaj dalej …

Kompendium wiedzy dla e-dymkowych w Szwajcarii

Jakieś dwa lata temu pewnego majowego ranka podczas naszej wizyty w Krakowie Steve stwierdził: a wiesz co, chodź kupię sobie wersję testową. Szmyk-myk, 20 zł… I tak Steve z palacza z piętnastoletnim stażem 2 paczki dziennie dość płynnie przeszedł na e-palenie. Jakbyśmy wówczas wiedzieli, że wypali wtedy swojego ostatniego tradycyjnego papierosa w życiu, to byśmy odpalili jakiegoś siampona… A tak to nawet nie wiedział, że w tak niepozorny sposób pożegna się ze śmierdzącym nałogiem. Oczywiście, teraz pali e-papierosy, niby też nałóg, ale przynajmniej mniej kłopotliwy towarzysko i, w co wierzę, mniej szkodliwy dla zdrowia.

Czytaj dalej …

Rzecz o mieszanych związkach, czyli jakie są te szwajcarskie chłopaki?

Takie pytania otrzymywałam co jakiś czas w wiadomościach prywatnych. Co tu odpowiedzieć. Nuda, panie. Dialogi jakieś takie kiepskie. No, ale gdy to pytanie otrzymałam po raz trzeci, stwierdziłam, że czas o tym napisać, jakkolwiek dotykałoby to stereotypów, cech personalnych indywidualnych osób i trochę takiej czystej plotki.

No bo na przykład jacy są Polacy? Różni. Zależy od człowieka. Jeden cham, drugi całkiem do rzeczy. Różnice między Polakami a Szwajcarami wynikają głównie z wychowania. I są w stanie na początku zauroczyć, ale potem wychodzi „na prowadzenie” charakter tego jednego jedynego. Także bywają trwałe i szczęśliwe polsko-szwajcarskie związki, ale bywają i rozwody. Jak to w życiu, generalizować sobie można, a to co siedzi głęboko w człowieku, wyjdzie z czasem…i bynajmniej nie będzie to zależne od różnic kulturowych, ale od dopasowania. Tej konkretnej dziewczyny i tego konkretnego chłopaka. Czytaj dalej …

Lenie i karierowicze kontra wyrodne matki i dzieci

Rozmowa z kolegą Szwajcarem, młodym tatą:

Ja: – A Twoja rodzina Wam trochę pomaga?

On: – Oczywiście! Mama nawet specjalnie przyjechała na jego urodziny!

Ja: – Aha! Specjalnie przyjechała? To gdzie mieszka?

On: – W Senegalu. Buduje tam szkołę i zajmuje się sierotami.

Ja: – To raczej nie macie pomocy babci?

On: – Jak to nie mamy? Teraz nawet przyjeżdża na pierwsze urodziny. A raz w tygodniu gadamy przez skypa, to mama może zobaczyć małego.

Ja: – A ile Melanie zostaje z dzieckiem w domu?

On: – No, przez cały czas jest w domu.

Ja: – No to przynajmniej zaoszczędzicie na niani.

On: – Nie, no oczywiście mamy nianię! Przecież Mel pracuje na 30% etatu, musi wyjść troszkę z koleżankami, po jakieś zakupy, chodzi też na jogę i jogging.

Ja: – (Kurczak pieczony marynowany w ziołach i papryce!!!)

On: – Chociaż ja mam też kilka wieczorów na naszego małego. Mel ze mną zostaje w domu, albo może sobie gdzieś wyjść. Czytaj dalej …

Odlotowe story

Wiecie już pewnie wszyscy wszystko na temat ostatniego referendum. Tak, tak, nie, nie. Wniosek o wynagrodzeniach minimalnych przepadł (ale – co warto wspomnieć – bardzo wiele firm dobrowolnie się dopasowało do przyjętej stawki minimalnej i obecnie widzi się bardzo wiele ogłoszeń na jobs.ch i jobup.ch, gdzie widnieje stawka 22,50 chf za godzinę), wniosek o zakupie nowych szwedzkich samolotów wojskowych Gripen przepadł. W rezultacie Szwajcaria pozostaje z nieco już przestarzałym systemem lotniczym.

A dlaczego kraj, który zwykle jest chętny do inwestowania w armię, tym razem opowiedział się przeciwko? Dlaczego Szwajcarzy zagłosowali razem z zielonymi, lewymi i pacyfistami? Przecież to tak dla nich nietypowe! Czytaj dalej …

Czy się stoi, czy się leży, 4000 franków się należy

Nie ma co, jutro referendum, kilka dni temu wypełnialiśmy i wysyłaliśmy kartę do głosowania, także jak psu kość należy napisać parę słów.

Więcej gadać mi się nawet nie chce, bo kwestia minimalnego wynagrodzenia 4000 franków wydaje mi się dość oczywista. Wynik referendum na ten temat wydaje się również przesądzony, dlatego nie ma co dłużej przystawać nad tematem. Ale kilka słów się należy.

Otóż większość Polaków włączając w to moją rodzinę uważa, że zarobki w Szwajcarii są tak wysokie, że znalezienie tutaj jakiejkolwiek pracy równa się załapaniu Pana Boga za nogi. Z własnego doświadczenia znam kilka osób, które przyjechały tutaj za pracą żegnani ze łzami zazdrości przez rodzinę i przyjaciół: „Mój syncio będzie zarabiał 7 tysięcy złotych na rękę! Nie darmo wyuczyłam go zajmować się krowami! Teraz to dopiero będzie panisko!” Panisko już w Szwajcarii się dowiaduje, ile są warte jego zarobki w tym kraju. Oczywiście dobra mina do złej gry – co prawda w Szwajcarii będzie mieszkał w baraku z piątką kolegów, ale w Polsce zacznie budować dom i pomyśli wreszcie o hucznym weselu. A co, w końcu panisko! I jego śladem pojadą sąsiedzi, koledzy, koleżanki… Nikt nawet przez moment nie pomyśli, że w Szwajcarii za te 3 tysiące franków nie da się godnie i normalnie przeżyć. Czytaj dalej …

O tęsknocie, czyli o niczym

Ostatnio byłam w Polsce w lutym. Więcej grzechów nie pamiętam, za to bardzo tęsknię. Tęsknię za tą dzięcieliną, która pała panieńskim rumieńcem. Za tą gryką, jak śnieg białą. Za tym wszystkim przedzielonym jakby miedzą, na której ciche grusze (?) siedzą. (Tyle by było mojej wiedzy o Panie Tadeuszu, sorko.) Tęsknię za tymi szarymi dniami, nawet za polskimi komarami, za pierogami ruskimi i słodziutkim barszczem ukraińskim à la moja mama. Jeżu kolczasty, bessa zaatakowała moje konto bankowe, także na pewno nie da rady się wybrać. Najgorzej, że wszędzie jest taniej niż do Polski, wszędzie dookoła bilety za grosze oprócz Genewa – Polska, tak żeby można było napić się Ciechana i Piwa na Miodzie, zjeść zapiekankę na Placu Nowym i kiełbaskę z Nyski spod Hali Targowej, żurek w Polanowskim i wrócić następnego dnia.

Założę się, że w Krakowie powstało w czasie mojej nieobecności z 5 knajpeczek, które mogłyby być moimi ulubionymi, w Lublinie otworzyli z 5 metrów nowej nawierzchni dróg, a w Krasnymstawie, jak melduje moja mama, jabłonie kwitną jak wściekłe, także będzie dużo jabłek. Pysznych polskich jabłek, soczystych i kwaśnawych jak poranna rosa na trawie. Zjadłabym też zielonego groszku. Ech… koniecznie trzeba będzie przyjechać na Chmielaki w sierpniu. Na święto piwa założę się, że Steve będzie pierwszy w kolejce, żeby się wybrać, a ja może dostanę medal za promowanie polskiej zaściankowej kultury w Szwajcarii. Ech… tęsknię. Czytaj dalej …

Stereotypowo o szwajcarskich wieśniakach i bankierach

Stereotypy mają to do siebie, że w 99% są krzywdzące. Patrząc przez pryzmat stereotypu, nie zauważymy żywej osoby wraz z jej wadami, zaletami i unikalną osobowością, ale na przykład patrząc na Joannę L.  – cycastą wieśniaczkę, która ubija masło jak nikt inny. Co akurat bardzo mi pasuje. Wolę to, niż żeby każdy się zastanawiał, czy w spodniach mam akurat to, a nie nic innego, a brody nie mam tylko dlatego, że się wyjątkowo z rana ogoliłam.

Niemniej jednak, należy pamiętać, że z czegoś te stereotypy wynikają, gdzieś istnieje jakiś ułamek prawdy. Nad tym ułamkiem dzisiaj się będę rozwodzić, ale nie w kontekście stereotypów dotyczących narodowości, ale że tak powiem stereotypów funkcjonujących „wewnątrz” Szwajcarii – Szwajcarów o Szwajcarach…z innych kantonów. Czytaj dalej …

Znów będą wakacje!

I po wakacjach!… Ale jak myślicie, że dzisiaj skupię się na polityce, geografii i historii Szwajcarii to się grubo mylicie. Wybaczcie najmocniej, ale jakimś sposobem zamiast majestatycznych Alp wciąż mi w głowie pola ryżowe, a Jezioro Genewskie w moich oczach wygląda całkiem jak niespokojny Ocean Indyjski. Ci, którzy chcą poczytać o referendum odnośnie płacy minimalnej i otwarcia rynku pracy Szwajcarii odsyłam do bardziej ogarniętych blogerów. Szwajcarskie blabliblu jest dzisiaj Indonezyjskim glugluglu, i tyle. Następnym razem postaram się trochę obudzić w helweckim świecie realnym, co pewnie będzie trochę bolało.

Wiecie, okazało się, żeby chyba niezbyt uważnie czytałam „Eat, pray, love”, bo tak naprawdę się zupełnie tego nie spodziewałam po Bali. Myślałam, że to kolejny egzotyczny i tani kierunek wakacyjny z przepięknymi plażami i oryginalną kulturą, a napotkałam jeszcze niezepsutą prawdziwą azjatycką wyspę bogów. Jeszcze niezepsutą, bo wielkie, ekskluzywne sieci hotelowe intensywnie pracują nad zabezpieczeniem swoich gości przed kolorowymi, przyjaznymi Balijczykami, z którymi najbliższy kontakt mają przez szybę klimatyzowanego autokaru wożeni od jednej świątyni do drugiej. Na szczęście bozia mi dała na tyle zwichrowaną psychikę, że na samą myśl o zorganizowanej wycieczce autokarowej chce mi się siusiać, pić i wymiotować, niekoniecznie w podanej kolejności. Czytaj dalej …