Polskie restauracje w Szwajcarii*

*lub restauracje z polskimi właścicielami

Gdzie na pierogi w Szwajcarii? Gdzie zorganizuję komunię / pogadam po polsku / zabiorę znajomych Szwajcarów, żeby posmakowali polskiej kuchni? Postanowiłam porozmawiać z Polakami, którzy prowadzą restauracje w Szwajcarii. Opisywane restauracje nie serwują wyłącznie dań kuchni polskiej. Niektóre tylko z nią flirtują, spolszczając szwajcarskie i międzynarodowe standardy, inne natomiast bez mrugnięcia okiem proponują Szwajcarom polskie specjalności. Jak im to wychodzi? Przeczytajcie!

Do rozmowy zaprosiłam 4 restauracje: Moją Tawernę w Bellach koło Solury, The Bell Restaurant w Lauterbrunnen, Les Pierogi w Genewie i Grill Haus w Gettnau. Jestem pewna, że to nie jest skończona lista – jeśli jakieś miejsce pominęłam, przypomnij o nim w komentarzach. Osobiście byłam tylko w 2 z 4 wymienionych miejsc: kilka lat temu jadłam pierogi u Moniki i Marka w Genewie, a we wrześniu gościli mnie Piotrek i Ada w Lauterbrunnen. Moją Tawernę Joli i Grill Haus Roberta znam tylko z opowieści i mediów społecznościowych. Wyglądają pysznie, więc gdy tylko nadarzy się okazja, wpadnę na gryza polskości.

Jeszcze tylko odrobinę formalności: restauracje przedstawiam w kolejności alfabetycznej nazw miejscowości, a na końcu mini-wywiadu podaję informacje praktyczne dotyczące lokalu.

Zaczynamy od B jak Bellach, gdzie znajduje się Moja Tawerna, której szefuje Jolanta Poprawa – Matuszak. Muszę przyznać, że ta restauracja jest dla mnie prawdziwym fenomenem. Bo mimo że na wsi (choć kilka kilometrów od Solury) to nazywa się… Moja Tawerna. Jola nie próbowała nawet przypodobać się Szwajcarom niemieckopodobną nazwą ani szwajcarskim menu. W 3-daniowej, zmieniającej się codziennie karcie znajdziecie tylko 1 standard kulinarny typu mięso z frytkami. 2 pozostałe dania to polskie specjalności. Zawsze też poza kartą można zamówić pierogi. Wszystkie dania są świeże i własnej roboty. Jak Jola zdołała przekonać Szwajcarów do polskich dań?

No właśnie Jola, jak Szwajcarzy reagują na polską kuchnię?

Wszyscy na początku straszyli mnie, że to nie ma szansy powodzenia. Nic bardziej błędnego! Szwajcarzy dzielnie próbują i chwalą, choć czasami się zdarza, że ktoś pyta na przykład, czy może zamienić kluski śląskie na puree. Nigdy nie zdarzyła mi się żadna przykrość ze strony klientów restauracji. Co więcej, mam stałych klientów Szwajcarów, którzy tak polubili pewne polskie dania, że doskonale wiem, co zamówią.

Cieszy mnie to, szczególnie, że Moja Tawerna ma tylko rok z okładem! Jak to się stało, że postanowiłaś założyć polską restaurację?

Przyjechałam do Szwajcarii w 2015 roku bez znajomości języka. Zaczęłam od pracy w hotelu w Wallis, co wspominam jako wspaniałą przygodę. Tam poznałam mojego obecnego narzeczonego i postanowiłam przeprowadzić się do niego do kantonu Solura (Solothurn). Znalazłam tam pracę jako kelnerka w restauracji, to tam właściwie nauczyłam się języka. Jednak praca w serwisie jest ciężka, godziny szalone, a wynagrodzenie niewspółmierne do ponoszonego wysiłku. Zmieniłam pracę, ale nic się w zasadzie nie poprawiło. I wtedy zaczęła się rodzić myśl o czymś swoim. Przyznaję, że bardzo mnie do tego namawiał mój narzeczony, któremu nie za bardzo podobało się to, że nie spędzamy razem ani wieczorów, ani weekendów. Ja miałam duże wątpliwości. To zaczęło mieć ręce i nogi, gdy dołączyła do mnie koleżanka kucharka. I zaczęłyśmy!

Żałujesz?

Nie, ale to nie znaczy, że było i jest łatwo. Restauracja daje mi wiele radości, a kontakt z klientami jest nieoceniony. Dzięki Mojej Tawernie poznałam wielu przyjaciół, którzy pomagają mi jak mogą. Szwajcarzy przychodzą, przyprowadzają znajomych. Czasami częstuję ich ot tak sobie kawą i ciastem, a oni zawsze się jakoś odwdzięczają. Polacy za to przyjeżdżają ze wszystkich zakątków Szwajcarii. Na otwarciu miałam nawet Polaków z Berna, którzy rozlewali klientom domowy bimberek. Pojawili się też na rocznicy otwarcia restauracji, również z bimberkiem. Teraz stoi w ozdobnej butelce na półce, tak piękny, że szkoda go otworzyć.

Czuję w tym jakieś „ale”. W końcu, jak powiedziałaś „to nie znaczy, że było i jest łatwo”. Czy chodzi o koronawirusa?

Koronawirus to tylko jeden z problemów. Faktycznie, pierwszy rok Mojej Tawerny był bardzo trudny. Po pierwsze, rozeszły się nasze drogi ze wspólniczką i praktycznie z miesiąca na miesiąc zostałam sama. Znalazłam w końcu kucharza, który przyjechał do Szwajcarii w przeddzień zamknięcia restauracji ze względu na pandemię. Nie poddaliśmy się i zaczęliśmy sprzedawać obiady na wynos. Niestety, szybko się okazało, że kucharz ma problem z alkoholem i znowu musiałam szukać nowego pracownika. Tym razem się udało. Od czerwca jest z nami Polka, która mimo 50-tki z okładem na karku nigdy się nie skarży, że jest ciężko. Lepi pyszne pierogi tak szybko, jak nie wiem co, piecze ciasta i sama wymyśla, co by tu można zrobić nowego. To skarb!

Czyli jednak historia ma pozytywne zakończenie?

Tak, ale musicie wiedzieć, że bycie restauratorem nie jest usłane różami. Wstaję o świcie i kończę pracę o 22, 23. Na razie mnie nie stać, żeby zatrudnić kolejną osobę do pomocy…

Moja Tawerna ma dość nietypowe godziny otwarcia, bo nastawiasz się głównie na obiady. W weekend otwierasz restaurację tylko w razie rezerwacji.

W piątek restauracja jest otwarta dłużej i wtedy przygotowujemy specjalne długie menu, które zmienia się co tydzień. Na weekend przyjmuję rezerwacje. I jeśli takie się odpowiednio wcześniej pojawią, Moja Tawerna działa, więc zachęcam do tego, żeby po prostu do nas zadzwonić!

Moja Tawerna

Gärischstrasse 18,

4512 Bellach

Parking koło restauracji, pociag: stacja Bellach, potem pieszo ok 2,3 km

Godziny otwarcia: pon. – czw.: 8:30 – 17:00, pt. 8:30 – 22:00

W weekendy na rezerwacje od 6 – 8 osób.

Z Bellach przenosimy się do Genewy do restauracji Moniki Kaczmarek i Marka Domiszewskiego – Les Pierogi. Co prawda Marek mówi, że „trudno to nazwać restauracją z prawdziwego zdarzenia”, ale jak dla mnie biorąc pod uwagę posiadane warunki, Monika i Marek urządzili sobie całkiem przyjemny skrawek gastronomicznego raju. Les Pierogi, nomen omen, serwuje pierogi i inne polskie przysmaki. Czasem wymyślne pierogi – na przykład z sarną lub malutkie pierożki z mięsem w sosie chrzanowym. Komu? Głównie Szwajcarom.

Dlaczego właściwie „trudno to nazwać restauracją z prawdziwego zdarzenia”? Gdy jadłam Wasze pierogi, to przysięgłabym, że zdarzenie było bardzo prawdziwe, wręcz kosmiczne, takie były dobre…

Jesteśmy częścią stadionu Richemont, więc możemy działać tylko w godzinach otwarcia stadionu, a te są nieprzewidywalne. Czasem na stadionie ćwiczą szkolne grupy i wtedy jesteśmy zmuszeni serwować tylko i wyłącznie im ze względów na COVID. W dodatku mamy tylko 3 stoliki, w tym jeden na zewnątrz. I na koniec – nie oszukujmy się, to „akwarium”, więc latem w środku jest gorąco. Na szczęście mamy taras. A jeśli chodzi o pierogi, to już słyszeliśmy wiele komplementów. Ktoś kiedyś nas nazwał, trochę w żartach, najlepszą pierogarnią na zachód od Wisły…

I Szwajcarzy jedzą te pierogi?

Aż im się uszy trzęsą! Największe powodzenie mają pierogi z kapustą i grzybami i żurek, choć gdy słyszą, z czego to jest zrobione, oczy mają okrągłe jak spodki. Za to najbardziej problematyczne są pierogi ruskie, dżem ze świni, jak nazywamy smalec, i bigos, który za bardzo kojarzy im się z alzackim choucroutte. Szwajcarzy i ekspaci uczą się szybko nazw potraw, zapamiętują, polecają sobie nawzajem i przychodzą po więcej.

A Polacy?

Polacy częściej biorą na wynos, organizują u nas polskie imprezy lub zamawiają polski catering. Ale tutaj ciągle jest pewien problem mentalności. Bywa, że Polacy nie są w stanie zaakceptować szwajcarskich cen pierogów, podczas gdy Szwajcarzy dziwią się, że tak tanio…

Skąd się wzięły Les Pierogi?

Marek: Przyjechałem do Szwajcarii jako 20-latek i przez ponad 26 lat pracowałem jako barman i kelner. Taki z prawdziwego zdarzenia, z pięciogwiazdkowym doświadczeniem. Monika dojechała do mnie do Szwajcarii. W Genewie łapała małe pracki, żeby tylko dorzucić do domowego budżetu. W pewnym momencie straciłem pracę. Chciałem zatrudnić się u znajomego, który przejął buvette de stade, czyli taki stadionowy bar, ale okazało się, że znajomy sam nie wie „z czym to się je”. I tak pojawiła się okazja, żeby prowadzić coś swojego. Na początku nie było łatwo, bo to była zwykła brudna, brzydka buda z kanapkami i daniem dnia. Dołączyła do mnie Monika i przez pierwsze dwa lata serwowaliśmy standardy kuchni szwajcarskiej. Dopiero potem zaczęliśmy eksperymentować z kuchnią polską. Z sukcesem! Na wiosnę przed koronawirusem mieliśmy prawdziwy boom…

Czy pandemia mocno Wam pomieszała szyki?

Tak. Byliśmy zamknięci tak jak stadion, czyli od marca aż do czerwca. Nie mieliśmy pozwolenia na sprzedaż na wynos, więc chcąc-nie chcąc zorganizowaliśmy pierogowe podziemie. Ale po czerwcowym otwarciu też nie jest idealnie. W końcu biurowce, które nas otaczają są nadal niemal puste, a nasz lokal jest mały, więc konieczność zachowania dystansu sprawia, że musimy odmawiać wielu klientom. Dlatego, Kochani, dzwońcie i rezerwujcie!

O czym marzycie?

Marzy nam się swoja polska restauracja taka z prawdziwego zdarzenia, gdzie byśmy karmili Polonię i kusili naszymi smakami Szwajcarów. Ale odstępne w Genewie to 100 – 150 tysięcy chf za lokal, więc na razie pozostaje to w strefie marzeń.

Ale tego Wam właśnie życzę!

Les Pierogi Buvette Stade de Richemont

Route de Frontenex 70

1208 Geneve

Parking podziemny pod stadionem bezpłatny na dwie godziny z niebieskim dyskiem. Autobus 1,9,A przystanek: Eaux-Vives Gare Vadier

Godziny otwarcia: wt. – pt. 12-14.30

To są „pewne” godziny. Pozostałe – trzeba dzwonić, dowiadywać się i koniecznie rezerwować.

I znowu G! Ale tym razem nie jak Genewa, ale jak Gettnau. Przenosimy się do prawdopodobnie najpopularniejszej polskiej restauracji w Szwajcarii – Grill Haus, któremu szefuje Robert Jagiełło. Robert stworzył jedyne w swoim rodzaju miejsce na mapie Szwajcarii. Bo jego restauracja ma 2 karty: szwajcarską i weekendową polską. Ale to nie wszystko, bo dania wegetariańskie i przystawki są nepalskie, a raz w miesiącu w Grill Haus odbywa się tradycyjny nepalski bufet. Dziwi Was ten multikulturowy kocioł w sercu konserwatywnej Szwajcarii, w Gettnau, które przecież nie jest metropolią? Już wyjaśniam tę tajemnicę – Robert prowadzi restaurację wraz ze swoją partnerką, która pochodzi z Nepalu. Specjalności tamtejszej kuchni to oczywiście jej sprawka. Chcecie się dowiedzieć, jak Robert sobie radzi?

No właśnie, Robert, jak Ty sobie z tym wszystkim radzisz?

Całkiem nieźle! Tuż przed nadejściem pandemii mieliśmy naprawdę świetny sezon. W weekendy restauracja pękała w szwach. Polacy przyjeżdżali do nas z całej Szwajcarii po 100 – 200 kilometrów. W czasie pierwszej fali pandemii musieliśmy zamknąć restaurację aż na 7 tygodni. Gettnau to mała miejscowość, więc take-away nie miało sensu. Żeby starczyło na rachunki musiałem wprowadzić tzw. koronabony. Klienci kupowali te bony w czasie pandemii i mogli nimi zapłacić po jej zakończeniu. Muszę przyznać, że całkiem nieźle to działało, nasi goście okazali się bardzo solidarni. Natomiast bardzo obawiałem się ponownego otwarcia, tego czy wrócą do nas klienci. Okazało się, że nie musiałem się martwić. Znowu jesteśmy pełni.

Przyjechałeś do Szwajcarii z myślą o własnej restauracji?

Zupełnie nie. Owszem, z zawodu jestem kucharzem, ale…

Więc to Ty gotujesz?

Tak, ja gotuję. Ale do Szwajcarii przyjechałem do pracy na budowie. Regipsy, sufity podwieszane. Pracowałem tak przez 2 lata do czasu kryzysu w budowlance. Wtedy znalazłem pracę w szwajcarskiej restauracji. Zacząłem od zera, od zmywaka, ale już po 18 miesiącach przyrządzałem mięso. To tam poznałem moją partnerkę i postanowiliśmy stworzyć coś razem. Stąd Grill Haus.

Od początku podawaliście polskie przysmaki?

Nie. Przez 2 lata mieliśmy tylko szwajcarską kartę z dodatkami nepalskimi. Ale przychodzili do nas Polacy. Najpierw moi znajomi, potem znajomi przyprowadzali znajomych i tak się jakoś rozeszło. I pomyślałem: dlaczego nie? Polskie specjalności okazały się hitem, więc teraz w każdy weekend mamy kilka polskich propozycji. Nasze standardy to pierogi, flaki, żeberka…

Szwajcarzy też jedzą nasze polskie dania?

To jest troszkę inaczej. Bo do wszystkich Polaków, który wchodzą do naszej restauracji staram się podchodzić osobiście i wtedy im opowiadam, co mogą zjeść po naszemu. Czyli można powiedzieć, że polską kartę mam w głowie. Staram się każdemu poświęcić chociaż chwilę, zrobić sobie z gośćmi zdjęcia. Wiem, że to jest dla ludzi ważne, a mnie to też cieszy.

Czyli myślisz, że niektórzy do Ciebie przyjeżdżają nie tylko na polskie jedzenie, ale też, żeby sobie po prostu po polsku pogadać?

Dokładnie!

Restaurant Grill Haus

Züntihausmatte 2

6142 Gettnau

Telefon: 041 970 16 07

Godziny otwarcia: pon, czw, pt, sb 9 – 22, nd 9 – 20, wt, śr – zamknięte

I wisienka na deser z samego miasta elfów – Lauterbrunnen w sercu Berneńskiego Oberlandu. W tym przepięknym miejscu znajduje się The Bell Restaurant, a kilkanaście kroków od niej – Base Cafe i hostel prowadzone przez Piotrka i Adę. Do niedawna The Bell Restaurant serwowała standardy międzynarodowe i szwajcarskie z polskim twistem. Dopiero ostatnio Piotrek i Ada stwierdzili, że polskie dania w karcie to świetny pomysł. I – uwaga, uwaga – od października w karcie The Bell Restaurant pierogi ruskie i żurek. W planach również wysyłka polskich produktów przygotowywanych na miejscu: kiełbasy, szynki, baleronu, boczku wędzonego i wędzonych pstrągów, a w okresie przedświątecznym specjałów bożonarodzeniowych.

Dlaczego dopiero teraz polskie dania?

Ze względu na położenie w centralnym miejscu turystycznego Lauterbrunnen jesteśmy bardzo specyficzną restauracją i 90% naszych klientów to turyści z całego świata. Owszem, pandemia wszystko to wywróciła do góry nogami i w tym sezonie gościli u nas głównie Szwajcarzy z innych części kraju. Coraz częściej zaglądają do nas miejscowi, co nas bardzo cieszy, bo to oznacza, że zostaliśmy zaakceptowani przez lokalną społeczność, ale nadal The Bell to restauracja turystyczna. Nasi goście spodziewają się dań kuchni szwajcarskiej i międzynarodowych standardów. Co nie zmienia faktu, że polskie dania to faktycznie świetny pomysł!

A obsługa? Zatrudniacie Polaków czy Szwajcarów?

I tych, i tych. Kucharze są z Polski, serwis 50/50. Jako ukłon w stronę miejscowych staramy się, żeby na każdej zmianie była przynajmniej jedna osoba ze Szwajcarii.

Skąd to się wszystko wzięło? Marzyła Wam się restauracja w Szwajcarii?

Piotrek: Wszystko zaczęło się od kawiarni i baru Base Cafe. A właściwie nie, wszystko zaczęło się od tego, że jako basejumper bardzo często przyjeżdżałem do Lauterbrunnen. Bywały takie lata, że byłem tu nawet 8 razy. Ada czasem przyjeżdżała ze mną, czasem zostawała w Polsce. Zaprzyjaźniłem się wtedy z Francuzem, który prowadził Base Cafe. I któregoś razu, gdy powiedziałem „do zobaczenia następnym razem”, on odpowiedział „ale nie tu, bo rezygnuję”. Tak trochę dla żartu powiedziałem, żeby mi dał numer telefonu do właściciela. A potem wszystko potoczyło się szybko. I to nie było tak, że musieliśmy wyjeżdżać – w Polsce obydwoje prowadziliśmy małe biznesy. Natomiast w przeddzień wyjazdu Ada oznajmiła mi, że jest w ciąży…

Kumulacja!

To nie wszystko. Gdy tu przyjechaliśmy, okazało się, że nie możemy od razu zacząć działalności, bo bar musi być remontowany. I tak to się zaczęło: zamknęliśmy nasze działalności w Polsce, w Szwajcarii jeszcze nie mieliśmy źródła dochodu, Ada była w ciąży, a ja zrezygnowałem ze skakania, dla którego chciałem przyjechać do Szwajcarii.

Zbyt niebezpieczne?

Nie oszukujmy się. Zbyt często widziałem poważne wypadki moich znajomych, przyjaciół. Base Cafe urządziliśmy jako kafejkę – bar z małą gastronomią. Podajemy tam śniadania, naleśniki, hamburgery, sałatki…

Byłam, byłam… W sensie – byliśmy! Mojemu psu najbardziej podobało się to, że Base Bar (zresztą hostel i The Bell też) są przyjazne psom, więc mógł tam spotkać wiele czworonożnych koleżków.

A jak to się stało z restauracją?

Okazja przejęcia restauracji pojawiła się w czerwcu 2019 roku. To był środek sezonu, więc nie mogliśmy nic w niej radykalnie zmienić. Przez cały sezon letni podawaliśmy to co przedtem, to co wszyscy w okolicznych restauracjach, nie wyróżnialiśmy się niczym. W grudniu i styczniu zrobiliśmy remont restauracji, znaleźliśmy kucharzy z doświadczeniem ze świetnych restauracji, stworzyliśmy taką kartę, jaka nam się marzyła i… przyszedł koronawirus.

Aż tak źle?

Źle. Świeżo po remoncie, który trochę kosztował obcięło nam wszystkie źródła dochodu. Z tego kryzysu powstała idea cateringu dietetycznego tzw. diety pudełkowej, którą teraz rozwijamy (jeśli chcecie poczytać o Eat Fit, zapraszam TU).

Dobrze, Piotrek, opowiedz o swojej restauracji. Ja najmilej z niej wspominam spektakularny widok z ogródka i sałatkę inspirowaną polską mizerią, która była tak dobra, że zjadłam swoją, a potem wyjadłam resztę z talerza mojego protestującego chłopaka…

Widok, faktycznie, mamy najlepszy w całym Lauterbrunnen. Z naszego tarasu widzimy najwyższy w Szwajcarii wodospad Staubach spadający z pionowej ściany skalnej. A mizeria? Dziękuję, przekażę kucharzom. To właściwie polski twist sałatki ziemniaczanej z dodatkiem ogórków. Natomiast na co dzień używamy świeżych lokalnych produktów. Sery mamy od sąsiada, ryby ze wsi obok, mamy swoją wędzarnię, gdzie wędzimy kiełbasy, wędliny i pstrągi, sami pieczemy chleb, sami robimy twaróg. Teraz wprowadzamy kartę jesienno – zimową z daniami z dziczyzny, którą kucharze przyrządzają na prawdziwym ogniu. No i polskie dania i polski catering! To jest plan na następne miesiące.

I tego Wam właśnie życzę!

A to ja w restauracji The Bell z widokiem!

The Bell Restaurant Lauterbrunnen

Fuhren 432

3822 Lauterbrunnen

Bezpłatny parking pod restauracją, dworzec kolejowy 400 m od restauracji

Godziny otwarcia

pon – śr : 12.00 – 20.00, czw zamknięte, pt 12.00 – 21.00, sb – nd : 12.00 – 22.00

rezerwacja wskazana – 077 523 61 16 lub na FB

The BASE Café

Fuhren 460B

3822 Lauterbrunnen

Godziny otwarcia: codziennie 10.00 – 18.00

Wszystkie zdjęcia z tego artykułu należą do prowadzących restauracje.

5 komentarzy o “Polskie restauracje w Szwajcarii*

  • 2 października, 2020 at 10:25 am
    Permalink

    Swietny artykul Asia, ja bylam tylko u Joli w Bellach na pierogach i musze przyznac, ze sa pyszne. Miejsce tez przyjemne, urzadzone z sercem , przytul

    Reply
  • 2 października, 2020 at 11:17 am
    Permalink

    No, kochana, o Ostschweiz ani słowa…wiem, nie twoje regiony 😉 Stein Grill Romanshorn, Przed pandemią w każdy wtorek były polskie obiady, teraz nie wiem, ale już są otwarci i Pfeffermuhle w Bronschofen, koło Wil. Ci chyba 2 razy do roku robią polski weekend. No i ja w sezonie letnim na PickNickJazz am See w Arbon serwuję polskie specyjały 😉 Nie restauracja, a stały catering już od 8 lat. Pozdrawiam 🙂

    Reply
    • 2 października, 2020 at 12:02 pm
      Permalink

      O Tobie oczywiście wiem, natomiast o tych dwóch nie miałam pojęcia, więc dziękuję, że napisałaś!

      Reply
  • 2 października, 2020 at 11:21 am
    Permalink

    Świetny pomysł na artykuł i świetny artykuł. Dzięki za adresy ☺️ Pozdrawiam serdecznie.

    Reply
    • 2 października, 2020 at 12:03 pm
      Permalink

      Dzięki i pozdrawiam!

      Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.