Dlaczego lubimy kopać leżącego?

Ten tekst nie będzie odpowiadał na pytanie, ale je zadawał, po kilkakroć, kilkunastokroć, stokroć. No bo ja nie wiem i mnie to dręczy. To też tekst z serii przemyśleń nieszwajcarskich nigdzie nie linkowanych. Kto przeczyta, ten przeczyta. Przybijam z Wami, czytelnikami, ewentualną piąteczkę, jeśli się tu zaplątaliście.

Mówi się, że media społecznościowe sprzedają nam fałszywy obraz rzeczywistości. Życie według Instagrama jest kolorowe, piękne i pełne sukcesów. Twórcy idą naprzód i nie oglądają się za siebie, od kontraktu, nagrody, wydania książki do cudnej sesji zdjęciowej. Nigdy nikt im nie odmawia, nie zrywa współpracy, rachunki mają zawsze popłacone i ich dzieci chodzą w złotych trampkach. Jeśli się bawią w błotku, to tak instagramowo się bawią z hasztagiem #dzieckobrudnedzieckoszczesliwe. Wiemy, że nie tak wygląda życie, więc apelujemy o prawdziwość, o pokazywanie smutku, niekoniecznie kolorowej codzienności. W końcu eksponowanie również porażek uczy, że żeby usłyszeć jedno „TAK”, trzeba wysłuchać milionów „NIE”, żeby znaleźć pracę marzeń, trzeba znieść tysiące odmów, żeby znaleźć księcia, trzeba pocałować wiele ropuch. Jednym słowem – viva real life, gdzie nie jesteśmy idealni i żeby coś osiągnąć, musimy pracować-pracować-pracować, a porażka nie oznacza, że jesteśmy przegrywami!

Dlaczego więc instynktownie chronimy się przed publicznym roztrząsaniem swoich błędów, ślepych uliczek, wątpliwości i odrzuceń?

Ano mam wrażenie, że odpowiadają nam na to pytanie doświadczenia osób, które starają się być transparentne i równie ochoczo sprzedają swoje sukcesy jak i porażki. Świetnym i bardzo aktualnym przykładem jest instagramerka Mama Ginekolog. Sprawa jest tak znana, że pewnie większość wie, do czego piję. Tym, którzy się starają trzymać z dala od wojenek i katastrof z mediów społecznych, wytłumaczę. Otóż Mama Ginekolog zdawała egzamin na specjalizację z ginekologii. Zdawała go niejako publicznie, bo o przygotowaniach i samym wielkim dniu trąbiła na lewo i na prawo w swoich mediach społecznościowych. I tak o godzinie zero kibicowało jej tysiące fanów i recytowało „skuś baba-dziada” tysiące hejterów. Mama Ginekolog egzamin oblała, co nie jest samo w sobie jakimś wielkim halo, bo egzamin jest trudny i łatwiej go nie zdać niż zdać. To znaczy prawdopodobnie nie byłoby to wielkie halo, gdyby nie te nieznośnie rozbuchane oczekiwania wszystkich dookoła. Przykro mi się obserwowało ten festiwal palenia czarownic. Dowiedziałam się, że Mama Ginekolog powinna się uczyć, a nie siedzieć na Instagramie, że jest taka, śmaka, owaka i że z niej żaden ginekolog, że łapie sto srok za ogon. Sama zainteresowana zresztą dolewała oliwy do ognia, rozwiązując kryzys w jeden z najgorszych sposobów – między innymi dezawuując ważność i sensowność egzaminu. (Nie bronię egzaminów na specjalizacje, ale jeśli decydujemy się grać w jakąś grę, to akceptujemy jej reguły, a nie po dziecięcemu mówimy, że jest głupia, gdy przegrywamy). Nie jest jednak najważniejsze w moim wywodzie, jak starała się ratować swoją reputację, ale to w jaki sposób została zmieszana z błotem.

To nie jedyny kryzys wizerunkowy, który wywołał lawinę hejtu. Praktycznie każde potknięcie osoby publicznej, które wyłazi na wierzch wywołuje nieproporcjonalną reakcję publiki. „Burn the witch!” krzyczy gawiedź pod stosem za to, że dziennikarka przekręciła fakty albo sportowiec zawiódł na turnieju. Wreszcie jest możliwość, żeby gnojowi dowalić, żeby sprowadzić go do naszego poziomu.

Jakie ma to konsekwencje? Otóż takie, że twórcy boją się do tych porażek przyznawać i ogłaszają tylko sukcesy! I dostajemy takie insta-life w nierealnej oprawie, które wpędza w kompleksy każdego normalsa, który szuka pracy i dostaje odmowę za odmową, czy chce wydać swoją książkę, a wydawnictwa milczą. Jestem po prostu zbyt kiepski…

A otóż nie, nie jesteś, tylko nie wiesz, co się dzieje za kulisami sukcesów. A tam dzieją się porażki. Opowiadałam już Wam historię mojej książki „Szwajcaria, czyli jak przeżyć między krowami a bankami. Bilet w jedną stronę”. Książka okazała się takim właśnie insta-sukcesem na każdym poziomie. Minęły już niemal dwa lata od jej premiery, a nadal dobrze się sprzedaje i ma dobre recenzje. Czy było od razu wiadomo, że tak będzie? W żadnym wypadku! Recenzja pierwszych kilku rozdziałów, jaką otrzymałam od wydawnictwa, niezwykle okrutna, brzmiała: „nie warto marnować papieru”. Nie załamało mnie to. Pisałam dalej, nie myśląc nawet o wydaniu tego, co piszę, bo pisanie sprawiało mi przyjemność (to jest najczęstsza rada, którą daję młodym piszącym – pisz tylko, jeśli to Twój narkotyk. Pisz, nie myśląc o rezultacie!). Gdy książka była gotowa, wysłałam ją jeszcze raz i wtedy usłyszałam to „hell yeah”, na które czekałam.

Tyle że nikt o tym nie wiedział. Nie „pochwaliłam się” odmową wydawnictwa. Wiedziałam jak to wszystko działa i że oprócz głaskania po główce, dostałabym dobijające „skoro wydawnictwo powiedziało, że to gówno, to to gówno” i „lepiej się wziąć do normalnej pracy”. Pewnie mogłabym zacisnąć zęby i powtarzać sobie w głowie „ja Wam wszystkim pokażę”, ale nie wiem, czy dałabym radę psychicznie. Nie jestem robotem, też mam uczucia. I tak powstała kolejna kolorowa insta-story, z której wyciągnięty został tylko sukces…

Więc gdy następnym razem będziesz chciał podciąć komuś skrzydełka, żeby go sprowadzić na ziemię z nierealnego insta-latania po świecie rzeczy perfekcyjnych, pomyśl, że to wcale nie jest tak. A jeśli zamachniesz nogę, żeby kopnąć tego, kto i tak leży, pomyśl, że właśnie dokładasz się do pięknej rzeczywistości insta, w której nikt już więcej nie przyzna się do porażki ani błędu…

Co myślisz na ten temat? Jak traktujesz szczerość osób publicznych, taką bolesną szczerość, że właśnie nie zdali egzaminu, popełnili największy błąd w życiu (na przykład jechali samochodem po pijaku), ktoś odrzucił ich pomysł albo kandydaturę, albo że coś nie idzie zgodnie z ich planem? Proszę, skomentuj!

7 komentarzy o “Dlaczego lubimy kopać leżącego?

  • 8 listopada, 2021 at 9:04 am
    Permalink

    To jest właśnie typowa polska zawiść.
    Nie chcemy, żeby inni byli od nas lepsi, więc wykorzystujemy każdą możliwość, żeby ich sprowadzić do parteru. Mnie najbardziej razi, jak bardzo jest to zajadłe – że dorośli ludzie wręcz mogą sobie życzyć śmierci, bo ktoś myśli inaczej niż oni. Ale czego się spodziewać w tak spolaryzowanym społeczeństwie jak nasze.

    Reply
  • 8 listopada, 2021 at 10:58 am
    Permalink

    Jak sąsiad złamie nogę to mnie będzie się lepiej chodzić.

    Reply
  • 11 listopada, 2021 at 3:41 pm
    Permalink

    Dobrze powiedziane!

    Reply
  • 16 listopada, 2021 at 10:57 am
    Permalink

    Ta publiczna szczerość to też trochę droga donikąd… Wydaje mi się, że to już ekshibicjonizm mentalny. Przed erą internetu o swoich porażkach rozmawialiśmy w – ograniczonym w gruncie rzeczy – gronie bliskich i przyjaciół. Często w zamian otrzymywaliśmy wsparcie. Teraz dobrowolnie oddajemy swoje tajemnice, przemyślenia pod osąd także obcych i anonimowych osób. Czy powinno nas wówczas irytować to co otrzymujemy w zamian ?
    PS. Dobrze się Ciebie czyta – pisz więcej i nie zrażaj się opiniami wydawnictw!

    Reply
    • 16 listopada, 2021 at 4:43 pm
      Permalink

      Poniekąd się z tym zgadzam. Dążenie do bycia dziewczyną z sąsiedztwa ma swoje konsekwencje. Dobre też, ale w ogólnym rozrachunku nie warto dać sobie ludziom wejść na głowę.

      Reply
  • 30 listopada, 2021 at 10:15 am
    Permalink

    Ponieważ jestem z wykształcenia prawnikiem, a prawnik na każde pytanie odpowiada: „to zależy”, napiszę, że wg mnie – to zależy. Nie posiadam „insta”, ale od wielu lat działam na „fejsie”, mam szerokie grono znajomych, dzielę się tam swoim życiem wg aktualnej ochoty. I cóż, nie raz pisałm tam o sukcesach, nie raz pisałam o porażkach, rozczarowaniach, zdarzyło mi się napisać kilka dłuższych esejów na okoliczności np. strajku kobiet czy mojej ciąży… nie spotkałam się ani z hejtem ani z wielkimi oklaskami… podejrzewam, że dlatego iż nie jestem właśnie tym „INSTA”. jestem, po prostu Marysią z Lublina.
    Jeśli ktoś wchodzi na pewnien lewel popularności, wypływa na szersze wody niż tylko standartowe +- 500 znajomych na fejsie, podejmuje decyzję o „sprzedaży” swojej intymności – to jest ok, tak działa świat, wiem! – jednak powinien się liczyć z tym, że po prostu prędzej czy później spotka go niebywała przyjemność brodzenia w hejcie i pocieszania się lajkami/serduszkami/heheszkami. To nie chodzi o to, że w społeczeństwie jest obecnie jad – hej, czy 50 lat temu gdy nie było fejsa ludzie nie prawili sobie kąśliwych uwag np na temat statusu meterialnego czy wyglądu? no soryy… – chodzi raczej o to, że ten jad obecnie ma miejsce gdzie może się zmaterializować. Im więcej dajemy mu przestrzeni, tym więcej go będzie.

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.