Czy można cierpieć w raju?

Kilka tygodni temu na Instagramie opublikowałam post, w którym przeprosiłam za czasową nieobecność spowodowaną, nie owijając w bawełnę, gorszym okresem w życiu. W odpowiedzi oprócz ciepłych życzeń powrotu do lepszej formy otrzymałam sporo wiadomości, z których wynikało, że ich autorzy nie za bardzo mi dowierzają. „Ale dopiero wróciłaś z wakacji”, „Czy w pięknej Szwajcarii w ogóle można mieć depresję?”, „Jedź w góry, pogłaskaj krowy i wszystko będzie dobrze”. No tak, depresja na szarym blokowisku w Łodzi brzmi straszniej niż depresja nad ślicznym Jeziorem Genewskim. Dlaczego mój mózg o tym nie wie? Jezioro Genewskie, helloł, serotonino, obudź się! Endorfiny – Alpy! Czy wasz poziom nie wzrasta na sam dźwięk tego słowa?

Na szczęście, wiem lepiej. Przeszłam już tak wiele etapów, ślizgając się na grzbiecie kapryśnej sinusoidy formy mentalnej, że wiem, że subiektywne poczucie szczęścia nie ma nic do miejsca, gdzie mieszkamy, albo dokąd podróżujemy. Można płakać w Zermacie i cieszyć się w Łodzi, można i odwrotnie. Można też śmiać się ustami, podczas gdy w naszej głowie zieje czarna dziura. Odnosić sukcesy, skutecznie pracować, podróżować, podczas gdy brzęczy w nas pustka. Kiedyś moja koleżanka zapytała mnie, czy polecam jej Sardynię, bo słyszała, że byłam tam na wakacjach. Odpowiedziałam, że w sumie to nie, bo jest tam piekielnie ciemno.

– Ciemno? – krzyknął mój partner, słysząc moją odpowiedź – przecież cały czas świeciło słońce i było chyba z czterdzieści stopni. Gdzie było ciemno w tej Sardynii?

W mojej głowie było ciemno. Chciałam uciec od mroku, a przywiozłam go ze sobą. Łatwo interpretować ciemność fizycznie, jako taką szarość łódzkiego blokowiska, od którego można uciec, wyjeżdżając na przykład do Szwajcarii czy na Sardynię. Trudno zapomnieć, że ta metaforyczna ciemność to choroba. Raka nikt nie próbuje leczyć wyjazdem na wakacje ani emigracją, dlaczego ktoś myśli, że te są świetnym lekiem na depresję?

A jednak ludzie tak myślą. Czy pamiętacie sprawę Marii Peszek, która kiedyś wyznała w wywiadzie do „Polityki”, że podczas wakacji w Tajlandii miała depresję? Jeśli nie, przypomnę najważniejsze słowa. Cytując artystkę: „Fizyczny ból jest taki, że nie można wytrzymać. U mnie ulokował się w kręgu, który bez żadnych powodów wypadał. Bolało tak, że w Bangkoku godzinami leżałam pod prysznicem przekonana, że to się nigdy nie skończy. Wtedy uzmysłowiłam sobie, że mogę zdecydować, czy chcę żyć, czy nie. Świadomość, że żyję – lub nie – bo tak zdecydowałam, była wyzywająca. Pomyślałam: skoro mogę zadecydować, czy żyję, to może mogę też zdecydować, żeby przestało boleć?”.

Dla mnie było to wstrząsające. Doskonale wiedziałam, o czym mówiła, a Tajlandia była dla mnie elementem, który wyłącznie dodawał słowom artystki tragizmu. Uciekła do raju, a raj okazał się piekłem, bo piekło było w jej głowie. Niezły scenariusz na horror. Bo w raju już nie mamy ucieczki do jeszcze lepszego, mitycznego miejsca, które zapewni nam spokój. W raju nie ma już o czym marzyć. W raju musimy się zmierzyć z naszymi demonami.

Ale okazało się, że nie wszyscy podzielali moje zdanie. Wręcz okazało się, że jestem wyjątkiem. Reszta otwarcie drwiła z rozpaczy na hamaku pod palmą. Powstała nawet taka facebookowa grupa „Cierpię jak Maria Peszek w Bangkoku”, która za czasów swojej świetności skupiała kilka tysięcy osób. To było już kilka lat temu i zdawałoby się, że od tego czasu już dojrzeliśmy. W końcu tyle trąbi się o chorobach psychicznych, demitologizuje depresję, oswaja „wariatów”… A tymczasem niekoniecznie: „Przecież niedawno byłaś na wakacjach…”.

Pisząc te słowa, wiem, że w komentarzach odniesiecie się do jednego z popularniejszych mitów o tym, że w Szwajcarii już tak jest, bo przecież Szwajcarzy mają największy odsetek samobójstw i depresji na całym świecie. Otóż jest to nieprawda. Nieważne do jakich statystyk sięgniemy, Szwajcarzy są europejskimi średniakami w tym względzie. Według WHO, licząc ilość samobójstw na 100 tysięcy mieszkańców (dane skorygowane w zależności od wieku), znajdują się całkiem niedaleko Polski, tuż za średnią europejską. Szczyt tego smutnego podium zajmują natomiast kraje byłego ZSRR.

Bez względu na statystyki, w kraju, który zajmuje pierwsze miejsca w rankingach jakości życia i szczęścia mieszkańców można mieć depresję. Ten tekst dedykuję wszystkim, którzy mimo słońca i krów i gór, zmagają się z nią każdego dnia.

30 komentarzy o “Czy można cierpieć w raju?

  • 2 października, 2021 at 10:33 am
    Permalink

    Bardzo dobry i prawdziwy tekst. W samo sedno. Myśle, że (tak jak w wielu sytuacjach) po prostu trzeba coś takiego przeżyć i poczuć się w ten sposób aby zrozumieć. I trzeba o tym pisać, bo ludzie wciąż jeszcze boją/wstydzą się sięgać po pomoc.

    Reply
    • 3 października, 2021 at 10:38 am
      Permalink

      Dzięki!

      Reply
  • 2 października, 2021 at 5:11 pm
    Permalink

    Dziękuję. Od kilku tygodni mam „reemisję”. Szkoła czeka, a ja wegetuję i też się zastanawiam jak jak mogę się tak czuć, będąc tak uprzywilejowaną osobą, zamiast zabrać się do pracy…

    Reply
    • 3 października, 2021 at 10:38 am
      Permalink

      I dlatego mam wrażenie, że tym na metaforycznym łódzkim blokowisku jest lepiej, bo przynajmniej nie obwiniają się tym, że nie powinni się tak czuć…

      Reply
  • 2 października, 2021 at 5:34 pm
    Permalink

    Można….. zawsze są wzloty i upadki. Natomiast ja zmagam się z tym mam wrażenie przez większość życia. Mam lepsze lata i gorsze lata. No cóż tu jestem kobietą po studiach z bardzo dobrym cv , z bardzo dobrym wykształceniem i cóż…… praca byle jaka, ciagle trzeba się czegoś uczyć. Codziennie wstając z łóżka zastanawiam się czy warto. Nikt kto nie przeżył nie ma pojęcia z czym ma odczynienia. To nie zwykła chandra tylko choroba duszy, która tłoczy głowę jak nowotwór ciało

    Reply
    • 3 października, 2021 at 10:37 am
      Permalink

      Ranki są najgorsze, potwierdzam, jak się ranek przetrwa, potem już jakoś idzie.
      Ja nawet unikam jak ognia spotkań wczesną porą, bo wiem, że może być kiepsko.

      Reply
    • 6 października, 2021 at 11:55 am
      Permalink

      Z podobnym problemem (praca) się zmagam, Pani Elwiro. To nie jest spełnienie. Ciągła walka, staranie się podwójnie i konieczność zadowalania się ochłapem. Czy o to w tym chodzi? Czuję, że pewne kwestie są poza moim zasięgiem i choćbym nie wiem co miała wpisane w cv, pewnych rzeczy sama nie przeskoczę.

      Reply
  • 2 października, 2021 at 9:19 pm
    Permalink

    Ja przeprowadziłam się do tego raju 2 lata temu i właściwie poza nielicznymi ‚radosnymi’ ojkresami jestem w dołku. Rozsądnie analizując nie mam na co narzekać: duże mieszkanie, ogródek, dzieci zdrowe i mniej chorująca niż w krakowskim smogu, nauka niemieckiego idzie mi całkiem nieźle, kontakty zawodowe małymi kroczkami do przodu…. A przez pierwszy rok prawie z domu nie wychodziłam. Adoptowałam psa z polskiego schroniska i trochę lepiej funkconuję, bo dużo chodzę na świerzym powietrzu. Znalazłam terapeutę, po 10 miesiącach terapii dostałam zalecenie farmakologii i namiar na psychiatrę. Jestem jakiś czas na lekach i jest lepiej. Teraz byle przetrwać jesień i zimę….

    Reply
    • 3 października, 2021 at 10:35 am
      Permalink

      Farmakologia nie jest zła. Dobrze dobrane leki nowej generacji działają – przetrenowane. Pies także, choć to nie recepta. Pozdrawiam i ściskam!

      Reply
      • 4 października, 2021 at 1:53 pm
        Permalink

        Przestań użalać się nad sobą przed czytelnikami i weź się do roboty. Szukaj pomysłów, a nie pisz byle pisać.
        To drugi z rzędu słaby Twój wpis blogowy jakby na zapchanie dziury byle czym byle potwierdzić „że jestem”. Szwajcaria to żaden raj ( ktoś kto był tam dłużej wie to doskonale), a Szwajcarzy ze swoją mentalnością dalecy są od naszej w Polsce. U nich o zrozumienie „obcego” trudno. Dlatego pewnie szukasz zrozumienia u swoich od których wyjechałaś ( spora część tak dopowie).
        Nie miej mi za złe, że tak piszę ale czasami taki „strzał” pomaga się wybudzić i zebrać do kupy.
        Przecież nie chcesz być bułą jak sama o sobie napisałaś czas jakiś temu.

        Reply
        • 5 października, 2021 at 12:33 pm
          Permalink

          Internet wrze! Autorka bloga w depresji.
          Znajomi z FB, instagrama, czytelnicy ….powiadomieni. Porady od nieznajomych nadchodzą.

          Nie prościej z prawdziwymi przyjaciółmi porozmawiać? Twarzą w twarz? Nie przez media. Udać się do lekarza jak to nie pomaga? Partnera też od czegoś mamy. Chociaż tu już sama nazwa partner chłodna jakaś i mnie depresjonuje.Już wolę określenie konkubent.
          I to tyle z dawką zamierzonej ironii. Serio natomiast wyciągnij z tego komentarza to co istotne i sprawdzone od lat.
          Pozdrawiam Rafał.

          Reply
          • 12 października, 2021 at 11:10 pm
            Permalink

            Partner to już ciężkie słowo, kojarzy się na maksa z polskimi laskami na emigracji – na tym blogu każda gościnnie występująca Polka z emigracji ma partnera – ale ja podczas wizyty na zachodzie, od polskiej znajomej z dawnych lat, słyszałem lepsze: „partner fiskalny”, z wytłumaczeniem wprost, że motywacją było wspólne zakupienie mieszkania. Masakra, przykre, może kiedyś wróci normalność ale najpierw musi się wszystko roz.pierd.olić!

          • 14 października, 2021 at 9:42 am
            Permalink

            A jakie słowo jest lepsze?

        • 6 października, 2021 at 9:48 am
          Permalink

          O, to ja też mam dla Ciebie radę.
          Wyklikaj się stąd, a jeśli poczujesz powrotu, to… nie rób tego 🙂

          Reply
        • 12 października, 2021 at 2:47 pm
          Permalink

          jak juz tak swietnie dedukujesz, jak myslisz czy samobojstwo to wystarczajacy „strzal” ?

          Reply
  • 4 października, 2021 at 3:30 pm
    Permalink

    Hej. Polecam sięgnąć po literaturę takiego pana co też w Szwajcarii mieszkał – Carl Gustav Jung, mnie pomaga 😉 Ewentualnie po Hessego. Myślę, że to nie kwestia kraju w którym żyjemy tylko momentu w życiu, w którym dochodzi do wniosku, że to faktycznie jest „symulacja”.

    Reply
    • 6 października, 2021 at 9:47 am
      Permalink

      Hesse ma poczytne miejsce na moim Kindelku, a mój romans z Jungiem odbył się dawno temu i nic nie pamiętam 🙂

      Reply
  • 4 października, 2021 at 6:15 pm
    Permalink

    Ha, a ja mogę coś dodać, jako mieszkaniec blokowiska z miasta Łodzi. 🙂

    Śledzę Twojego bloga, insta i FB od czasu, kiedy pierwszy raz miałem okazję zawitać na dłużej do Szwajcarii, do Lozanny, ponad 3 lata temu, na szkoleniu z firmy. Przeżywałem wtedy podobne życiowe rozterki – i wydawało mi się, że taka totalna zmiana otoczenia – ludzi, środowiska, widoków za oknem – rozwiąże moje wszystkie problemy, i znowu będzie mi się chciało wstawać z łóżka. Zacząłem intensywnie rozglądać się za możliwościami przeniesień wewnątrz firmy, nawet zacząłem naukę francuskiego. Wydawało mi się, że jak codziennie rano będę wstawał z widokiem na Alpy po drugiej stronie jeziora genewskiego, a nie w z widokiem na Piotrkowską, zapchane ulice, Manhattan i obskurne kamienice, to cała reszta jakoś się sama ułoży…

    Ale prawda jest taka, że niczego by to nie zmieniło Można być totalnie pogrążonym i nieszczęśliwym w samym środku raju, jestem w stanie w to uwierzyć. Problem polega na tym, że nie ma na to żadnego uniwersalnego lekarstwa, i każdy musi próbować z tym walczyć we własnym zakresie.

    Mnie się udało (albo tak mi się wydaje), i teraz, ponad 3 lata później, przestałem doszukiwać się szczęścia zmianach, a raczej poprawiać to, co już mam. 🙂 Choć nie ukrywam, że mam już od dawna rozpisaną listę miejsc i rzeczy, które chciałbym zrobić i zobaczyć, jak już w końcu uda mi się zorganizować swój własny Grand Tour.

    Pozdrawiam!

    Reply
    • 6 października, 2021 at 9:45 am
      Permalink

      Tak! Oby tak dalej! I niech się realizuje ten osobisty Grand Tour!

      Reply
  • 5 października, 2021 at 3:37 pm
    Permalink

    Temat dobry, jak każdy inny, który zaprasza do refleksji. Mieszkanie w obcym kraju, nawet jak wydaje nam się rajem, według mnie jest raczej czymś, co bardziej obciąża niż dodaje skrzydeł. Na emigracji trzeba sobie radzić z dodatkowymi trudnościami i na pewno nie jest łatwiej niż w ojczyźnie. Depresja to choroba, ale można przechodzić też dłuższe lub krótsze stany depresyjne, stany depresyjno-lękowe, zaburzenia adaptacyjne z obniżonym nastrojem, które są czymś innym niż depresja, a jednak mogą być równie dokuczliwe. Każda choroba ciała wynika z procesu emocjonalno-duchowego w którym jesteśmy. To nie tylko kwestia biologii. Dlatego według mnie warto zachęcać innych do korzystania z pomocy i uświadamiania sobie tego, co się z nimi dzieje i po co, w jakim są procesie. Psychoterapia pozwala odkryć siebie i swoje głębsze poziomy, uleczyć trudne doświadczenia z przeszłości, które zakopaliśmy, a które na nas nadal wpływają i uwolnić energię blokującą nasz dalszy rozwój, nasz proces przemiany i naszą świadomość. W artykule skupiłaś się na stanie tu i teraz (mam depresję) jakby to było coś stałego. Mnie zabrakło w tym perspektywy, bo każdy stan jest przejściowy, choroba też. Ważne co z tym robimy. Przecież Ty też coś z tym robisz…

    Reply
    • 6 października, 2021 at 9:52 am
      Permalink

      To nie książka o depresji od skutków do leczenia, szczególnie że już na ten temat pisałam i w książkach i tu na blogu.

      Po prostu mała impresja.

      Reply
  • 12 października, 2021 at 1:45 pm
    Permalink

    Mam 36 lat, dwojkę zdrowych uroczych dzieciaczków i męża. Jak każda baba mam swoje depresyjki, depresję. Moim powiernikiem jest mąż. Reszcie głowy moimi problemami nie zawracam.
    Jak dla większości z nas poranki i poranne patrzenie w lustro łatwe nie jest;) Upływający czas swoje robi i refleksje do głowy wprowadza.
    Zawsze mam jakiś cel na horyzoncie do którego zmierzam. To pomaga. Mieć cel!!!
    Patrzę po moich znajomych rówieśnikach, wykształconych, samodzielnych, od nikogo niezaleznych ( a może tak się im wydaje) i ciągle z dołka na górkę i od nowa.
    Czyli często w towarzystwie depresji.
    Siadły mi do nich słowa piosenki:
    „Marzymy pod kocami o miłości
    Bo żadne z nas nie umie w nią grać”
    A miłość tak pięknie tłumaczy i pomaga żyć.
    😘

    Reply
    • 2 listopada, 2021 at 5:57 pm
      Permalink

      Dzięki za ten wpis..
      Tyle bym tu chciała napisać o tym jakie to dla mnie ważne, i jak bardzo z tym tekstem rezonuję ale chyba dziś nie mam siły tego poskładać w polszczyznę. Ściskam

      Reply
      • 4 listopada, 2021 at 9:52 am
        Permalink

        Ja też mocno ściskam!

        Reply
  • 12 października, 2021 at 2:44 pm
    Permalink

    Niby ludzie wiedza coraz wiecej na temat depresji, jednak w komentarzach ewidentnie widac ze nadal myla chwilowy spadek nastroju z choroba.

    Otoczenie ma wplyw na samopoczucie, mam nadzieje ze Szwajcaria da Ci czas i mozliwosci na lepsze funkcjonowanie
    Powodzenia.

    Reply
    • 16 października, 2021 at 8:13 am
      Permalink

      Mi bardzo trudno było przyznać się komukolwiek do tego, że mam depresję, chodzę na terapię i zażywam leki. Chylę czoła za odwagę, na jaką się zdobyłaś pisząc ten tekst. Pozdrawiam i życzę dużo słońca w pochmurne dni.
      PS. Nie jesteś sama, jest nas wielu 🙂

      Reply
  • 16 października, 2021 at 8:14 am
    Permalink

    Mi bardzo trudno było przyznać się komukolwiek do tego, że mam depresję, chodzę na terapię i zażywam leki. Chylę czoła za odwagę, na jaką się zdobyłaś pisząc ten tekst. Pozdrawiam i życzę dużo słońca w pochmurne dni.
    PS. Nie jesteś sama, jest nas wielu 🙂

    Reply
    • 4 listopada, 2021 at 9:57 am
      Permalink

      Ściskam mocno! Pamiętam jak było za pierwszym razem – było źle i bardzo poszukiwałam takiego tekstu na internecie. Szczególnie takiego, który dawałby mi nadzieję, że z tego wyjdę. O dziwo, znajdowałam same dołujące o niekończącej się spirali farmakologii, uzależnienia od leków i pogłębiającej się depresji. Nie było nic, że z tego się wychodzi. A wychodzi się! Mocniejszym!

      Reply
  • 23 października, 2021 at 10:32 pm
    Permalink

    Witam. Od kilku lat interesuje się tym pięknym krajem jakim jest Szwajcaria. To może zabrzmi trochę dziwnie ale wszystko zaczęło się od serialu kryminalnego „Der Bestatter” (swoją drogą Mike Müller to mój ulubiony aktor i komik) Jestem zaciekawiony ich kulturą, obyczajami, językiem, przyrodą. Bardzo lubię czytać Pani bloga. Dużo informacji, ciekawostek, i przemyśleń. Świetna robota. Pozdrawiam

    Reply
    • 27 listopada, 2021 at 12:38 pm
      Permalink

      Warto dodać, że to właśnie nieudana emigracja i rozczarowanie z powodu tego, jak miało być, a jak jest, może być przyczyną depresji.
      Swoją drogą, współczuję tym, którzy emigrowali w czasach covidu i w dodatku trafili na beznadziejną pracę. Zero zalet, same wady!

      Reply

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.