Bo tutaj jest tak…ludzko

Jest jeden fantastyczny aspekt Szwajcarii, o którym chciałabym napisać. Problem jest jednak taki, że brakuje mi słów do nazwania tego po imieniu, ucieka mi sedno sprawy spod klawiatury jak Steve spod prysznica.

Jakiś tydzień temu oglądałam jednak program na RTS1 o tzw. frontalierach – czyli Francuzach codziennie przekraczających granicę w drodze do i z pracy w Szwajcarii. I jeden z nich tak oto odpowiedział na pytanie, dlaczego woli codziennie dojeżdżać po godzinę do pracy: „Oczywiście chodzi o pieniądze. Ale jest coś jeszcze, czego nie można kupić za pieniądze – w Szwajcarii warunki życia i pracy są takie LUDZKIE.”

Po zastanowieniu się, myślę, że to słowo: LUDZKIE, to coś czego szukałam w głowie. Nie brzmi fachowo, ale całkowicie obejmuje ten cudowny aspekt Szwajcarii.

Jestem w szpitalu z podejrzeniem zapalenia wyrostka robaczkowego (to było rok temu, jakby ktoś chciał mi przekazywać wyrazy współczucia). Wprowadza mnie pielęgniarka, która najpierw się przedstawia, tłumaczy mi wszystko, pomaga się przebrać w taką antyseksualną szatę z nagusim tyłeczkiem. Przynosi picie, zaprowadza do toalety, towarzyszy wszystkim lekarzom, którzy też się przedstawiają i przed zrobieniem każdego zabiegu tłumaczą co i jak, od razu przychodzą z wynikami. Mimo niezbyt komfortowej sytuacji, czuję się jak człowiek, a nie jak karczek wieprzowy.

Jestem w autobusie. Jak wsiadam, kierowca czeka, aż zajmę miejsce i dopiero wtedy rusza. Czuję się jak człowiek, a nie jak ziemniak w worze. Kiedyś jak była minusowa temperatura, kierowca mnie podrzucił pod drzwi domu, żebym aby nie zmarzła.

Pomyliłam się w szwajcarskiej papierologii. Oczywiście dostaję karę, jednak po telefonie i oficjalnym liście z wytłumaczeniem, że to mój pierwszy raz i nie wiedziałam jak, kara zostaje uchylona, a ja otrzymuję opasłą kopertę z instrukcją, jak się te wszystkie druczki wypełnia. Mimo wszystko czuję się jak człowiek, który się pomylił, a nie jak przestępca.

W pracy. Szef daje pracę „na wczoraj”. Kołowrotek taki, że postanawiam się trochę poodchudzać w porze lunchu. O 13 wpada zdziwiony szef i każde iść na lunch, bo przecież trzeba jeść, i nic, że jest praca! Może i nie jest to dziwne, ale w Polsce głodówki ze względu na natłok pracy to była dla mnie norma. Czuję się jak człowiek, a nie maszyna.

Tym razem nie moja sytuacja – u mojego kumpla w pracy (bezwzględna i krwiożercza korpo) pracuje jeden chłopak ze stwierdzoną chorobą psychiczną. Każdy o tym wie, gdy chłopak czuje się gorzej lub zachowuje się dziwnie, szef wrzuca na luz i odsyła go do domu, skąd może pracować. Ponoć chłopak może nie pracować i być na rencie, ale lekarz uważa, że praca jest dla niego najlepszym lekarstwem. Chłopak ma ponoć taki prywatny żarcik jak ktoś ma iść na jakieś zewnętrzne rozmowy: „Ja pójdę! Jakby co, łatwo się będzie można wyplątać, powiemy, że byłem niepoczytalny!”. Jest człowiekiem, a nie wariatem.

Teraz już ponoć polskie panie urzędniczki się uśmiechają i chętnie pomagają, ale tylko do tej pory, jak wszystko jest w porządku. Gdy popełnimy gdzieś błąd, ucieknie nam termin, nie złożymy jakiegoś pisma, automatycznie stajemy się w oczach biurokracji przestępcami, złodziejami i oszustami. Pomyłka jest traktowana od razu jako próba nadużycia. I to do nas należy udowodnienie niewinności. Na taką walkę, czasami o psie pieniądze, schodzi nam mnóstwo energii, czasu i poczucia człowieczeństwa. Po wszystkim możemy się czuć jak takie wyplute przez system truchełka.

Słyszałam wiele dziwnych rzeczy na temat polskiego systemu służby zdrowia od osób, które miały wiele wspólnego ze szwajcarską służbą zdrowia. Mówi się (tak, tak – niesprawdzone), że tutaj są możliwości i technologie, a w Polsce są świetni specjaliści, których tutaj niestety brakuje. I jeśli dzieje się coś poważnego, to tylko do Polski! Ja jednak dziękuję! Wolę umrzeć z godnością traktowana jak człowiek przez gorszego lekarza niż w Polsce przeżyć czołgając się jak robak od jednego gabinetu do drugiego.

No właśnie. W Polsce pojęcie komfortu życia pacjenta dopiero się pojawia wraz z programem „Szpital bez bólu”, czy akcją „Rodzić po ludzku”. W Szwajcarii w edukacji personelu medycznego stawia się zdecydowanie na podejście holistyczne, psychologię i etykę. Lekarze nie wstydzą się dyskutować na przykład na taki temat, czy rak bierze się z negatywnego myślenia i że zwycięstwo psychiczne tutaj może zdecydowanie poprawić stan chorego, co pewnie w Polsce by było potraktowane jako jakieś szarlatańskie gadanie.

W Szwajcarii zwycięstwo nad śmiercią nie jest ostatecznym zwycięstwem. Pacjent jest przede wszystkim człowiekiem, a nie kawałem mięsa.

Traktowani jak przedmioty przez system, lekarzy, urzędników, szefów, swoją frustrację i agresję przenosimy na inne sfery życia, i dlatego życie w Polsce staje się nieznośną walką w każdej dziedzinie: od jazdy po polskich drogach do rozmów na forach internetowych. Czyli: wszystko jest pięknie, ładnie, płynnie i dynamicznie, gdy wszystko idzie dobrze, jednak gdy ktoś się pomyli, co jest ludzkie, dostaje bardzo mocno po głowie, zupełnie nieadekwatnie do stopnia przewiny. Wyzywanie od takich owakich kogoś, kto skręci tam gdzie nie trzeba, czy zapomni o kierunkowskazie to norma. A przecież on wcale nie jest idiotą, tylko nie wiedział, a ona nie jest dziwką, tylko zapomniała.

Jak dobrze, że tu jestem z taką ciszą w głowie. Jestem człowiekiem, mogę popełniać błędy. Jestem człowiekiem, dostałam od szwajcarskiego społeczeństwa kredyt zaufania i nikomu nie muszę udowadniać, że nie jestem przestępcą. Jestem człowiekiem, który ma prawo żyć jak człowiek. Ufffffff….

22 komentarzy o “Bo tutaj jest tak…ludzko

  • 16 marca, 2015 at 11:02 am
    Permalink

    Zgadzam się TAM w Szwajcarii jest ludzko, i widać to nie tylko u lekarza, widać to na ulicach, ludzie uśmiechają się życzliwie, w kolejce do kasy nikt nie „fuka”, „cmoka” jak osoba przy kasie za długo szuka portfela, gdy zbliżasz się do przejścia dla pieszych kierowcy zatrzymują się, gdy spaceruję sobie po jakimś miasteczku ludzie kłaniają mi się z uśmiechem mówiąc „gruetze”, więc odpowiadam tym samym…

    Odnośnie służby zdrowia, jakiś czas żyłem w przekonaniu, że Polska służba zdrowia (NFZ) dostaje mniejsze składki (stąd kolejki i syf w szpitalach), ale wczoraj obliczyłem PIT i zauważyłem, że zapłaciłem za NFZ w 2014 roku tyle ile w Szwajcarii zapłaciłbym za pakiet premium – i krew mnie zalała! 🙂 Co ja mogę, nerwy nic nie zmienią, więc mogę się tylko śmiać 🙂

    Reply
  • 16 marca, 2015 at 11:36 am
    Permalink

    Jeszcze porównanie służby zdrowia (mogę bez końca;-) ). Podobne sytuacje: Polska (moja bliska osoba) /Szwajcaria (bliska osoba mojego dobrego kolegi). Sytuacja: guz w obrębie szyi
    1. Polska – diagnoza w prywatnej placówce medycznej + USG, próba zapisania się do kliniki onkologicznej, czas oczekiwania 3 tygodnie (szczęśliwie zwolniło się miejsce)… Konsultacja u onkologa, skierowanie na biopsje, czas oczekiwania 1.5 miesiąca, po biopsji czas oczekiwania na wyniki miesiąc, kolejna wizyta u specjalisty i skierowanie na operację czas oczekiwania 3 miesiące.
    2. Szwajcaria – diagnoza w czasie wizyty u lekarza rodzinnego, skierowanie do szpitala, wizyta w szpitalu dzień później, wykonane wszystkie potrzebne badania, skierowanie na biopsje, biopsja dzień później, wyniki biopsji po 12 godzinach, skierowanie na operację i operacja dzień później.

    Coś co u nas trwało miesiącami w Szwajcarii zajęło kilka dni.

    Reply
    • 16 marca, 2015 at 11:52 am
      Permalink

      Ja też mam taki bardzo bliski mi przykład działania szwajcarskiej służby zdrowia. Mój chłopak przez jakiś czas miał problemy ze wzrokiem, nie mógł skupić wzroku w jednym miejscu i przed oczami latały mu takie białe kropki jak przy zepsutym telewizorze (po polsku nazywa się to „wizualny śnieg”). Razu jednego umówił się do lekarza rodzinnego o 8 rano, od którego się dowiedział, że to może być poważne – od lekarza rodzinnego poszedł od razu do okulisty – neurologa – na tomografię mózgu. O 14 tego samego dnia już miał wyniki, że nie – to nie jest guz mózgu. W Polsce po pół roku oczekiwania na wyniki prędzej umrzesz ze stresu niż się dowiesz, że to jednak nie to 😉

      Reply
  • 16 marca, 2015 at 2:37 pm
    Permalink

    Mimo, że nie mieszkam w PL już długo, nadal mam przyjemność bezgraniczną obcować z urzędem skarbowym. Przez dwa lata co najmniej trwało między mną a US przeciąganie liny pod tytułem „udowodnij, że nie jesteś wielbłądem”, czyli udowodnij, iż centrum twoich interesów życiowych znajduje się poza Polską. W końcu musiałam przesłać oświadczenie, coś w stylu „Oświadczam, iż w pełni władz umysłowych i świadoma konsekwencji prawnych oraz groźby chłosty na rynku, że mieszkam zagranicą i tam znajduje się centrum moich interesów życiowych. „

    Reply
  • 16 marca, 2015 at 7:33 pm
    Permalink

    Zachodu się nałykałaś i w głowie Ci się poprzewracało! Polska jest idealna ;))
    Szwajcario, tęsknię…

    Reply
  • 16 marca, 2015 at 11:20 pm
    Permalink

    Aż Ci pozazdrościłam 🙂

    Reply
  • 17 marca, 2015 at 12:43 pm
    Permalink

    Niedawno urodziłam tutaj w Szwajcarii swoje trzecie dziecko. Dwóch synków urodziłam w Polsce i szczerze bałam się jak to tutaj będzie z tym porodem… Okazało się, że będzie potrzebne cesarskie cięcie ze względu na pośladkowe położenie dziecka. Bliżej terminu ciężko zachorowałam i trafiłam na ostry dyżur. Po godzinie badań zadecydowano o przyspieszonym terminie cięcia ze względu na dobro moje i dziecka. Byłam szczegółowo informowana o tym co się ze mną dzieje i co będzie się działo dalej – odwiedził mnie szef ginekologii, anastezjolog, pulmonolog, chirurg i jego asystent, którzy mieli wykonać zabieg.. Pielęgniarki i położne poinformowały kilkakrotnie, że w razie czego mogę wezwać je przyciskając czerwony przycisk alarmowy. W Polsce po przejściu na oddział poporodowy dziewczyny w sali od razu powiedziały – tylko nie wciskaj przycisku alarmowego bo nasza sala będzie na cenzurowanym! Jak Cię boli to poczekaj, aż przyjdzie pielęgniarka, jak cokolwiek innego mów, pomożemy, jakoś sobie poradzimy, odprowadzimy do toalety, podamy picie jeśli nie możesz wstać…
    Po cesarce dostawałam w Szwajcarii leki – sporo tego było ze względu na mój poważny stan. Leki przeciwbólowe też były, z reguły zwykły paracetamol. Jednak gdy bolało cokolwiek bardziej i czułam, że potrzebuję czegoś więcej podawano mi leki, żeby zbić ból łącznie z domięśniową morfiną. W nocy w ataku bólu opłucnej i ogólnego złego samopoczucia podawano mi opiaty w kropelkach, najdelikatniejsze i pytano dlaczego ich nie chcę, przecież boli, a nie może boleć. W tym samym czasie przez cesarskie cięcie rodziła dziecko moja przyjaciółka w Polsce i opowiadała jak to boli bo ma boleć, a Apap jest remedium na wszystkie bóle. jak zwracano się do niej – teraz wstanie, weźmie tę nogę, itp. Podobnie mówiono do mnie podczas wcześniejszych porodów, ale ogólnie nie narzekam, bo chłopcy przyszli na świat szybko i rodziłam dobrze. Nie jedną łzę wylałam myśląc, że tak ma być jak jest, ale okazuje się, że może być inaczej, że pacjent może czuć się jak człowiek.
    Wiem, że służba zdrowia tutaj jest prywatna i niezłe pieniądza wszystko kosztuje, ale to dobre traktowanie pacjenta jest niewymuszone. Oni tutaj naprawdę się interesują, czy czegoś potrzeba, czy boli, pacjent jest na pierwszym miejscu.

    Reply
  • 17 marca, 2015 at 7:21 pm
    Permalink

    Wzruszył mnie Twój wpis w pewnym sensie. Czasami człowiek nie zastanawia się nad otaczającą go rzeczywistością – po prostu tak już jest i koniec. A okazuje się, że niekoniecznie trzeba się na to godzić. Szwajcaria to kraj, który mnie zachwyca już od kilku lat. Wszystko wydaje się tam zupełnie inne chociaż to nadal Europa 😉 Pozdrawiam zazdraszczając 🙂

    Reply
  • 17 marca, 2015 at 9:47 pm
    Permalink

    Właśnie wróciłam ze spotkania ze szwajcarską nauczycielką mojego syna. Pani przez bite pół godziny opowiadała nam o naszym dziecku. O jego postępach w szkole, kontaktach z rówieśnikami, podkreśliła mocne strony i powiedziała o problemach, nad którymi trzeba popracować. Kiedy zapytaliśmy jak moglibyśmy pomóc naszemu obcojęzycznemu dziecku, spokojnie stwierdziła, żebyśmy się nie martwili ponieważ to jest rola szkoły. Wyszłam ze spotkania podbudowana i pod olbrzymim wrażeniem tej młodej osoby. Syn chodzi do szkoły chętnie a jednocześnie nie jest emocjonalnym niewolnikiem „pani”. Dodam jeszcze, że to jest szkoła publiczna, a (co niedopuszczalne w Polsce) nauczycielka nie ma wyższego wykształcenia. „Podobne” spotkania odbywałam w Polsce z nauczycielką mojej starszej córki. Tu też szkoła publiczna, ale nauczycielka z wieloletnim stażem i stosownym wyższym (a jakże!) wykształceniem. Różnic jest wiele, ale podstawowa jest taka, że zawsze wychodziłam z tych spotkań podłamana i z poczuciem winy, że czegoś nie dostrzegłam, mogłam coś więcej, mocniej… Po latach została mi w głowie jedna z uwag wychowawczyni „trzeba uniegrzecznić (dotychczas nie wiedziałam, że istnieje takie słowo) wasze dziecko” lub „kto dzisiaj tak wychowuje dziecko, że nie umie przepychać się łokciami”. Mogłabym godzinami pisać o różnicach. Niestety to niewiele zmienia w kraju nad Wisłą.

    Reply
  • 20 marca, 2015 at 9:31 pm
    Permalink

    „Traktowani jak przedmioty przez system, lekarzy, urzędników, szefów, swoją frustrację i agresję przenosimy na inne sfery życia…”. I właśnie dlatego poprawę każdy z nas może zacząć od samego siebie i najbliższego sobie podwórka. Zacznijmy od niewyzywania innych, uśmiechania się do siebie nawzajem; gdzieś ten przeklęty krąg trzeba przerwać!

    Reply
    • 20 marca, 2015 at 10:07 pm
      Permalink

      Mój dawny promotor pracy magisterskiej parę lat spędził w Japonii. Podobno po przyjeździe do kraju do wszystkich się uśmiechał i kłaniał w pas. Podobno przeszło mu już po trzech miesiącach 😀

      Reply
      • 22 marca, 2015 at 10:31 am
        Permalink

        Bo nawykł tym tylko zewnętrznie. A chodzi to, żeby zmiana wypływała od nas ze środka.

        Reply
        • 22 marca, 2015 at 8:21 pm
          Permalink

          Pięknie, tak filozoficznie 😀

          Reply
        • 23 marca, 2015 at 11:25 am
          Permalink

          Trudno mi ocenić czy tylko zewnętrznie, chłop coś tam pozmieniał, pootwierał nowe kierunki międzywydziałowe i do tego po angielsku, co w skostniałym systemie budziło pomruk niezadowolenia. Koniec końców wywalili go z zarządu tych międzywydziałowych studiów :/

          Reply
  • 22 marca, 2015 at 9:11 pm
    Permalink

    Prawda prawda najprawdziwsza! Ja tymi samymi wnioskami „zamęczam” nieustannie swoich znajomych i rodzinę w Polsce, teraz – dzięki temu tekstowi – mam niejakie wsparcie ;-). Łatwiej mi będzie się tłumaczyć, że to nie tylko ja tak mam mieszkając w Szwajcarii…Pozdrawiam!

    Reply
  • 30 marca, 2015 at 7:38 pm
    Permalink

    Smutne jest to, że będąc w Polsce, opowiadam, rozmawiam, wyrażam swoją opinię i poglądy powołując się na przykłady ze Szwajcarii, a wtedy słyszę od znajomych, w Polsce to niemożliwe, nie mów głośno i tak nie da się nic zmienić !

    Reply
  • 7 czerwca, 2015 at 9:50 am
    Permalink

    W naszym kraju oboje partnerem pracujemy
    (mamy wyższe- a jakże!),mieszkamy w małej miejscowości z dwójka dzieci i nie dajemy rady NORMALNIE ŻYĆ! Dziękuję temu czemuś najwyższemu i najwspanialszemu, że nie chorujemy:)nie ma dnia, żebym nie myślała jak stąd uciec…….

    Reply
  • 28 sierpnia, 2015 at 10:06 pm
    Permalink

    Płakać mi się chce, bo Anglia takim rajem nie jest.
    Ostatnio, w związku z wyprowadzką na deszczową wyspę, usłyszałam od znajomej, że niestety mieli przygody składając wniosek o zasiłek na dzieci. Nie dostarczyli wszystkich dokumentów, bo na tamtą chwilę ich nie mieli i Brytyjczycy postraszyli ich sądem, za próbę wyłudzenia. Strasznie mi to Polske przypomina, aj :/

    Ach ta Szwajcaria….
    Asiu, a jak jest z parami „czysto” polskimi w Szwajcarii? Bo widzę, że Szwajcarzy chcą się odgrodzić od emigrantów, uciekać ze strefy Schengen… ?

    Reply
    • 29 sierpnia, 2015 at 7:35 pm
      Permalink

      Jak ktoś pracuje w Szwajcarii i płaci podatki, to nie ma problemu. W ogóle to ja się tutaj nigdy nie spotkałam z dyskryminacja, ale też faktycznie obracam się w szwajcarsko-międzynarodowym środowisko – może dlatego…

      Reply
  • 9 marca, 2016 at 6:43 pm
    Permalink

    Hej 😀 Czytam twojego bloga juz bardzo dlugo . Znalazlam go kiedys przypadkiem poglebiajac moja wieloletnia milosc do szwajcarii do ktorej zamierzam sie wyprowadzic po studiach . Masz niesamowite poczucie humoru . A Twoj blog zwraca uwage na najbardziej interesujace aspekty . Co do artykulu o tym ludzikm traktowaniu … zgadzam sie w 100 % Bylam w tym roku w Szwajcarii (po tylu latach marzenia o tym) i bylam az zdziwiona ludzka zyczliwoscia (a nawet wspanialomyslnoscia – facet z wycieczki zgubil sie w Interlaken -i wycieczka musiala jechac bez niego bo spoznilaby sie na Jungfrau … no i ostatecznie po rozmowie przewodnika szwajcarzy oddali kasa za tego faceta – bo ostatecznie nie byl na tym Jungfrau – a to byly straszne pieniadze ) Natomiast jesli chodzi o polska medycyne i traktowanie pacjenta jak kawal miesa , ktory pochorowal sie po to zeby biedny lekarz na dyzurze mial przerabane to wynika to z tego ze sa czesto oplacani niewspolmiernie do odpowiedzialnosci i wyzysku -ale to moje zdanie … pozdrawiam i czekam z niecierpliwoscia na nowy wpis

    Reply
  • 7 listopada, 2016 at 3:58 pm
    Permalink

    Absolutnie z idealistyczna i idylliczna postawa się nie zgadzam, bo…
    pracujemy wszyscy dla pieniędzy,
    moja zona jest lekarzem, ja również,

    problem miałbym za nie wpisanie czegoś do Rechnungu a nie złe leczenie

    Po drugie to cale psychologiczne bla bla bla z pacjentem to jest Facharztliche Konsultation – erste 5 Minuten, weitere 5 Minuten – o ile macie swoje Franchise 300CHF to nie przeszkadza…

    Za usługi sie tutaj płaci. Ta różnica – odczuwalna. Overtreatment rowniez.

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.