Szwajcarzy vs. medycyna naturalna

Dzisiejszy artykuł powstał właściwie przypadkowo podczas szukania informacji do artykułu pt. „X symptomów, że stajesz się Szwajcarem”. Siedząc przy piwku ze znajomymi Szwajcarami dopytywałam się, co według nich jest takim typowo szwajcarskim przyzwyczajeniem / zachowaniem. Co ciekawe, odpowiedziała mi Brazylijka, żona Szwajcara:

–       Stajesz się powoli Szwajcarem, jeśli masz swojego naturopatę / kinezjologa / osteopatę / kręgarza, regularnie chodzisz na zabiegi akupunktury i refleksologii i w razie przeziębienia leczysz się homeopatią…

Szwajcarzy – konsternacja:

–       Co Ty opowiadasz, to na pewno nie jest takie szwajcarskie!

–       A byliście kiedyś u kinezjologa?

–       Tak!

–       Yyyy idę w środę…

–       Ja też byłem!

–       A u osteopaty?

–       Pewnie! Każdy przecież chodzi! W końcu pracujemy przed komputerem, plecy nas tak łupią….

–       A u naturopaty?

–       No, ja byłem, ale tylko raz…

To bardzo dziwne, prawda? W Polsce medycyna naturalna jest uważana za ciemnotę, homeopatia za szarlatanerię, a przyznać się teraz do wizyty u bioenergoterapeuty to jak podpisać sobie pod zdjęciem „Wariat”. I nie dziwne. Co jakiś czas w końcu wybuchają skandale, gdzie na przykład umiera na niedożywienie dziecko wykształconej pary, która je leczyła u znachora.

W Szwajcarii nie słyszałam jeszcze o czymś podobnym, co oczywiście nie znaczy, że się nie zdarza. Natomiast różnica w podejściu świata medycyny jest znacząca – kilka razy zdarzało mi się, że lekarz medycyny proponował mi środki homeopatyczne, wyciągi roślinne i inne dziwne konkokty niewiele mające wspólnego z nauką. Cała wielka półka w każdej aptece jest przeznaczona na leki medycyny naturalnej. Znajdziesz tam leki homeopatyczne na wszystko, co możliwe, naturalne wyciągi roślinne Spagyrie Phylak doktora Zimpela, esencje kwiatowe doktora Bacha, olejki aromaterapeutyczne i wiele innych substancji, których działania jeszcze nie udało mi się odkryć.

Co lepsza, wszystkie prywatne i pół-prywatne towarzystwa ubezpieczeniowe refundują wizyty u tych wszystkich terapeutów.

Sama również miałam okazję kilka razy skorzystać z pomocy kinezjologa i osteopaty, co chyba mi dodaje kilka ważnych punktów do stopnia zeszwajcarszczenia. Mam też również w torebce niezbędne kropelki Rescue dr. Bacha (to jest chyba tak w ogóle kolejna oznaka każdej porządnej Szwajcarki – kropelki Bacha jako niezbędnik w torebce) i wiecie co? Wiem, że to czary-mary i wedle wszelkich prawideł nauki, to nie powinno działać, a działa! I to działa, bez względu na to, czy się w to wierzy, czy nie!

Kolejna rzecz z dziedziny medycyny, która różni Szwajcarów i Polaków – podejście do suplementów diety. Obiegowa opinia Szwajcarów na temat tych uwielbianych przez Polaków witamin i minerałów jest taka, że są to pigułki dla biedoty z krajów trzeciego świata, które nie mogą sobie pozwolić na owoce i warzywa. Druga opinia jest taka, że są to niebezpieczne, toksyczne środki. Także w Szwajcarii – państwie  korporacji farmaceutycznych, spożywanie pigułek na wzmocnienie, niedobory różnych dziwnych składników, ujędrnienie biustu, gazy, wzdęcia, wątrobę, żołądek, nawodnienie skóry, piękne włosy i paznokcie, energię i inne „całkowicie niezbędne” sprawy jest bardzo niepopularne. A niedobór np. magnezu stwierdza lekarz i przepisuje magnez medyczny, a nie taki „super oferta w kapsułkach pssssst z 5 witaminami, wyciągiem z selera i żeń – szeniem 5 kapsułek gratis!”

Nawet mam wrażenie, że w Szwajcarii jest o wiele mniejszy wybór suplementów diety i o wiele mniej reklam leków, chociaż nie ma jakiś szczególnych ograniczeń odnośnie reklamowania środków medycznych. Szwajcarzy wybierają raczej herbatę z miodem i czosnek zamiast antybiotyków i garści innych specyfików na przeziębienie. A lekarze w wielu przypadków zamiast lekarstw przepisują wakacje!

Mamy tu więc duży paradoks – Szwajcarzy, którzy nie wierzą tak jak my w koncerny farmaceutyczne, ale wierzą w osiągnięcia medycyny naturalnej. Witamina C jest beeee, ale wyciąg z Angelica Archangelica – czemu nie! Z drugiej strony syntetyczna witamina C produkowana w Chinach w cenie 6 dolarów za 1 kg tabletek prawdopodobnie może wyrządzić więcej złego niż ekologiczna esencja kwiatowa. A uwzględniając fakt, że te wszystkie wyciągi są przyrządzane na czystym spirytusie, to może mamy odpowiedź na pytanie, dlaczego to tak właściwie działa, szczególnie wśród Słowian!

7 komentarzy o “Szwajcarzy vs. medycyna naturalna

  • 1 lutego, 2015 at 10:31 am
    Permalink

    W takim razie jestem Szwajcarem od pokoleń 🙂 Choć niedługo zdmuchnę 40 świeczek, antybiotyki zażyłam kilka razy w życiu. Moja mama zazwyczaj stosowała tajemne receptury mojej prababci, które ja nadal stosuję u mojego syna. Jeśli chodzi o suplementy diety, może wynika to z wiedzy. Mam wykształcenie medyczne i wiem jaka jest ich wchlanialność w porównaniu z owocami i warzywami. Ach moja ukochana Szwajcario, może pasujemy do siebie bardziej niż mi się wydaje…

    Reply
    • 1 lutego, 2015 at 10:49 am
      Permalink

      Ja się przyznaję, że jeszcze jak mieszkałam w Polsce to się leczyłam garściami jakiś dziwnych pigułek na wszelkie problemy tego świata. Przestałam właśnie w Szwajcarii – i co dziwne jak by to się zdawało – czuję się o niebo lepiej…. To jeszcze był ten czas, kiedy się głośno nie mówiło o szkodliwości suplementów diety.

      Reply
  • 1 lutego, 2015 at 10:41 am
    Permalink

    Byłam nawet kiedyś u bioenergoterapeuty, i ziołolecznictwo nie jest mi obce. Nie lubię farmakologii. Oho, chyba dogadam się z tubylcami 😀

    Reply
  • 1 lutego, 2015 at 12:33 pm
    Permalink

    A ja całkiem odwrotnie zupełnie nie wierzę w homeopatię i medycynę alternatywną. Naście lat męczyłam się z nawracającymi zapaleniami gardła odwiedzając przeróżnych laryngologów, homeopatów, szamanów i innych magików. Zmarnowane pieniądze, czas i nadzieje. W końcu kumpela się zlitowała i dała namiary na profesora laryngologii, który zajrzał, zrobił badania i odesłał do gastrologa :D:D:D. Pokłony biję mu do dziś.

    Reply
  • 1 lutego, 2015 at 1:08 pm
    Permalink

    Ziołolecznictwo – tak, i to jak najbardziej tak. Ziołami w końcu ludzie leczą się od dawna. Bioenergoterapia – nie. Dla mnie to szarlataństwo i igranie ze zlem.
    Taki jest mój punkt widzenia.

    Reply
  • 12 marca, 2015 at 2:30 pm
    Permalink

    Ziołolecznictwo wraca do łask. Obok antybiotyków warto też stosować troszkę lżejsze środki, które nie obciążą wątroby a również pomogą. Mają jedynie to do siebie, że na efekty trzeba niestety trochę poczekać. Bardzo fajny blog 🙂

    Reply
  • 28 kwietnia, 2017 at 8:27 am
    Permalink

    Witam, tak to prawda co piszecie o suplementach diety, te różne witaminy w tabletkach kapsułkach to wszystko chemia, a naturalnych składników leczących jest tyle Co kot napłakał, o ile one są w tych suplementach, wiem coś na ten temat, jestem z zawodu naturopatą specjalność ziołolecznictwo z 25 letnią praktyką, Gratuluję Szwajcarskim lekarzą, takiego leczenia metodami naturalnymi

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.