Heineken Open’er Gdynia kontra Paléo Festival Nyon czyli jak wypada Polska w świecie wielkich festiwali, część 1

Wczoraj zakończył się  Paléo Festiwal. I ja tam byłam, festiwalowe piwo piłam i na Blur tańczyłam. Jestem muszę przyznać, że jednak typową Polką, pełną polskich kompleksów i nie mogłam wygonić sobie z głowy porównań z naszym polskim Open’erem. My to chyba już tak mamy, że wiecznie się porównujemy z Zachodem i szukamy potwierdzenia własnej wartości, jakości, sprawności obsługi klienta, smaku potraw i gościnności gospodarzy. I tak się składa, że dzięki tej naszej ambicji jesteśmy piekielnie dobrzy. Bo uśmiech bardziej się pamięta niż krzywe krawężniki, a staranie obsługi bardziej ceni niż przypaloną rybę. Ech, te kompleksy…

Pamiętam, jak byłam mała i wraz z rodzicami i siostrą wybraliśmy się naszym bordowym maluchem do Wenecji. Wyposażeni obowiązkowo w kanapki na całą drogę, pieczonego kurczaka i herbatę w termosie, bo rodzice oczywiście stwierdzili, że przecież nas nie stać na jedzenie w restauracji. Inni turyści leniwie przeglądali karty menu wystawione przed lokalami, a my wsuwaliśmy kanapki pod jakąś fantastyczną fontanną, zagryzając pomidorem, który lądował oczywiście na naszych wykrochmalonych, białych sukienkach ku zgrozie mamy. (Co ludzie powiedzą? Że Polacy to brudasy?)

Wtedy zupełnie nie czułam tego żalu, że nas nie stać. Byłam mała i nikt z moich znajomych nie był nigdzie za granicą, maluch to było coś, a tak w ogóle mieliśmy chyba pierwszy model w Polsce automatycznego aparatu fotograficznego, który przeraźliwie rzęził, jak się nagrzewał. Bardziej zajmowało mnie pozowanie do zdjęć, które później pokazywało się w wielkim albumie wszystkim znajomym i rodzinie niż zastanawianie się nad tym, dlaczego wszyscy wchodzą do restauracji, a my wsuwamy te kanapiory, które na upale nieco zwiędły.

Pamiętam, jak chodziliśmy do Ikei w Wiedniu w celu nurkowania w kulkach. My z siorą się wściekałyśmy na całego, a mama nabożnie oglądała te wszystkie meble. (Jezu, jakie piękne, a jakie drogie… Ech…) Chyba właśnie to jest dla mnie najbardziej uderzające. To porównanie z Ikeą. Dzisiaj meble z Ikei to synonim meblowego fast-foodu. (- Oj, sorki, obiłam Ci tą szafkę torbą. – Stara, co się przejmujesz, to Ikea. Postoi rok, kupię sobie nową!). I moja mama, przyzwyczajona wtedy do siermiężnego PRL’owskiego stylu, tak się tym zachwycała i przeliczała z żalem, ile swoich kierowniczych pensji musiałaby przeznaczyć na taką zwykłą szafkę nocną. I jak by to zrobić, żeby do malucha upchać dwoje dzieci, męża, bagaże na całe wakacje i jeszcze ten niezbędny mebel.

Po jakimś czasie otworzyły się granice i… Zobaczyliśmy, że za zewnątrz jest tak kolorowo i pięknie, ale my jesteśmy tak biedni. Ze mną to było trochę inaczej, bo ja bardzo późno zauważyłam, że coś jest na rzeczy. Po pierwsze dorastałam na bardzo biednym osiedlu i moi znajomi byli najczęściej ode mnie mniej zamożni. Po drugie – byłam harcerką i taką trochę hipiską. Czyli po co płacić za pociąg, jak można jechać stopem. Po co w ogóle brać pieniądze na jakieś wyjazdy, przecież na drzewach rosną jakieś owoce, albo i nie, zawsze można zarobić śpiewając na ulicach.

Pierwszy raz zauważyłam, że coś jest nie tak, jak wyruszyłam w pierwszy rejs na morze, jeszcze w liceum. I po tygodniu wcinania okropnych czerwonych sosów ze słoików stwierdziłam, że jak nie zjem czegoś normalnego, to padnę. Wybraliśmy się na miasto do jakiegoś baru szybkiej obsługi i…zostałam tylko ja na placu boju, bo cała reszta przeprosiła się z sosami słodko-kwaśnym i pulpetami w sosie pomidorowym. Zapodałam sobie jakiegoś burgera, który wyczyścił mój portfel i miałam nawet ochotę na colę, ale niestety zabrakło dzieńgów. I wtedy poczułam po raz pierwszy ten żal – dlaczego nie stać mnie jak normalnego człowieka na zamówienie jakiś lokalnych klopsików czy innego renifera (bo to było w Szwecji)…

Na szczęście nigdy za granicą nie spotkałam się z dyskryminacją i nikt nigdy nie potraktował mnie gorzej mimo mojego bardzo słowiańskiego wyglądu i czasami dość kiepskiego ogarnięcia w rzeczywistości. Ale pod skórą  zawsze siedziały mi te kanapki wsuwane pod fontanną w Wenecji. Myślę, że podobne doświadczenia ma 99% Polaków pamiętających chude lata i dlatego tak bardzo chcemy się sprawdzić i poczuć się takimi stuprocentowymi obywatelami świata. Brniemy w tym tak daleko, że czasami stajemy się bardziej europejscy niż Europa i bardziej papiescy od Papieża.

Wyluzujcie, Polacy! Nie jest z nami tak źle – posługujemy się bez problemu językami, Polska jest piękna i zadbana, jest bardzo dużo inwestycji. Nie trzeba co pięć minut się upewniać, czy aby na pewno wszystkim dookoła się podobamy, ani zaperzać się jeśli ktoś wyznaje szczerze: „Polska? A gdzie to? A po co tam mam jechać skoro cieplej jest na Ibizie?”

Trzy razy byłam na naszym gdyńskim Open’erze, dwa razy na Paléo Festiwal – jednym z największych festiwali europejskich, który się odbywa niedaleko Nyon – pomiędzy Genewą a Lozanną. I niestety ja – typowa przedstawicielka naszej narodowości nie mogłam się zupełnie obyć bez porównywania – czy aby naprawdę Open’er zasługiwał dwukrotnie na miano najlepszego wielkiego festiwalu europejskiego?

Cdn.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.