O kretynach alpejskich i jodzie

W XIX wieku Alpy stały się punktem obowiązkowym każdego szanującego się dżentelmena podczas europejskiego Grand Tour. Przyciągały swoim pięknem, niedostępnością, smakiem niebezpieczeństwa i gabinetem osobliwości cieszącym oczy bogaczy w niedostępnych alpejskich dolinach. Nie mówię tu o Yeti, dahu i innych mitycznych zwierzętach Alp. Mówię o kretynach alpejskich.

Należy dodać, że wówczas słowo „kretyn” nie było wyzwiskiem. Oto jak kretyna alpejskiego opisywał słownik l’Encyclopedie de Diderot z 1754 roku: „(…) to imbecyl, głuchy i niemy w wielkim wolem opadającym na klatkę piersiową”. Takie były fakty: Alpy były niegdyś pełne niziutkich (80 cm – 160 cm w zależności od płci i stopnia choroby), opóźnionych w rozwoju i upośledzonych umysłowo głuchoniemych z wielkim wolem na szyi. Według badań przeprowadzonych na rozkaz Napoleona w 1810 roku w Simplon w górskim kantonie Valais, spośród 70 000 badanych aż u 4 000 osób stwierdzono symptomy kretynizmu (czyli niemal 6% populacji Simplon była upośledzona). Pierwsi wspinacze wspominali natomiast, że wysoko w górach były całe wioski niemal odcięte od świata pełne kretynów!

Jak widzicie, zdjęcia w artykule to skany starych pocztówek. Nie da się ukryć, że do alpejskich wioseczek jeździło się niegdyś jak do ludzkiego ZOO obejrzeć freak show w naturze – budzący strach i niezdrową ciekawość cyrk dziwadeł. Polityczna poprawność to stosunkowo nowe pojęcie…

Skąd tak wielki procent kretynów w społeczeństwie alpejskim? No cóż, przez wieki nie było odpowiedzi na to pytanie. Sprawa była jeszcze bardziej zagadkowa, ponieważ w niektórych wioskach ilość upośledzonych przekraczała 60%, podczas gdy inne były niemal od nich wolne. Naukowcy podejrzewali powietrze, nieprawidłowe odżywianie, robaki zalęgające się w wolu, czy nieprawidłową budowę mózgu. Cóż, nawet teraz, gdy przyczyna kretynizmu została odkryta, wielu z nas zna teorię o chowie wsobnym w alpejskich dolinach. No, przyznajcie się, że słyszeliście, że szwajcarscy górale są upośledzeni, ponieważ płodzą dzieci z własnym rodzeństwem! Ja przynajmniej słyszałam o tym co najmniej kilka razy!

Przyczyny kretynizmu zostały odkryte dopiero na końcu XIX wieku. Chodziło po prostu o niedobór jodu. Szwajcarskie gleby są bardzo ubogie w ten ważny mikroelement, dlatego żywność wyprodukowana lokalnie nie zawiera jodu. Gdy kobieta w ciąży nie spożywa wystarczającej ilości tego składnika, jej dziecko może się urodzić z wrodzonym zespołem niedoboru jodu – wrodzoną pierwotną niedoczynnością tarczycy (czyli po prostu z kretynizmem lub matołectwem). Jeśli w potoku, którego wodę używano do picia nie było jodu, mieszkańcy okolicznych wiosek cierpieli na choroby tarczycy. I odwrotnie – wioski korzystające z ujęć wody zawierającej jod były oszczędzone od tej przypadłości.

Problem kretynizmu w Szwajcarii rozwiązał lekarz z Zermatt, który po prostu postanowił dodać jod do normalnej soli kuchennej. Efekty były zdumiewające – w następnym roku ani jedno dziecko nie urodziło się z wolem (podczas gdy wcześniej w regionie Zermatt aż połowa noworodków była nim „obdarzona”)! Co więcej, zauważono również zmniejszanie się wola u osób dotkniętym tą przypadłością. W listopadzie 1922 roku rząd Szwajcarski postanowił do soli produkowanej w swoim kraju dodawać jod (3,75 miligramów na 1 kilogram soli).

Szwajcaria znowu zagrała rolę pioniera. Wkrótce sól zaczęły jodować również Stany Zjednoczone i Francja. Od 1922 roku ilość jodu dodawanego do soli wzrastała aż do 25 miligramów na kilogram (2014 rok). Bitwa zdawała się całkowicie wygrana. W 1930 roku zanotowano ostatni przypadek kretynizmu w Szwajcarii i mniej niż 5% dzieci ma problemy z tarczycą.

Czyżby? Szwajcarska Organizacja Zdrowia alarmuje: pomimo ciągłego zwiększania dawki jodu w soli, w moczu badanych mieszkańców Szwajcarii wykrywa się coraz mniejsze stężenie tego ważnego mikroelementu.

Dlaczego?

Otóż, nie ma co ukrywać: sól została uznana za wroga numer jeden wszelkich możliwych diet. Biały zabójca, przyczyna nadciśnienia, miażdżycy i wszelkiego zła tego świata. Wobec tego wiele osób zdecydowanie obniżyło, czy nawet wyeliminowało jej spożycie przekonywana przez wszelkie autorytety dietetyczne, że sól jest zawarta naturalnie w warzywach. No tak, racja… ALE NIE W SZWAJCARII, GDZIE GLEBY SĄ UBOGIE W JOD! Owszem, jod zawierają również ryby morskie i owoce morza, ale nikt na pewno nie je ich w takiej ilości, żeby zapobiec niedoborom.

Co więcej, bardzo wiele producentów żywności w Szwajcarii zrezygnowało z dodawania soli jodowanej do swoich produktów. Dla przykładu – Gryuere – producent słynnych serów tłumaczy, że Unia Europejska wydała nakaz uzasadniania każdego składnika używanego do produkcji sera, wobec czego zdecydował się odejść od użycia soli jodowanej. Nikomu nie opłaca się produkować innych produktów na Szwajcarię, a innych na import.

Jest jeszcze inna pułapka, nawet dla tych, który na co dzień solą swoje potrawy. Nie każda sól sprzedawana w Szwajcarii jest jodowana! A nawet jeszcze gorzej – jodowana jest zdecydowana mniejszość. Dlatego koniecznie zerknijcie na etykietę przyprawy, której używacie w domu.

Nie jestem dietetykiem, lekarzem ani specjalistą do spraw żywienia. W dodatku nie cierpię prawić kazań. Żyjcie sobie i umierajcie jak chcecie. Peace, love & death, Panie i Panowie! Ale wole na szyi nie wygląda pociągająco, a zmniejszona sprawność intelektualna w rezultacie niedoboru jodu odstraszy od Was sapioseksualnych, których autorka jest przedstawicielką gatunku.

Chociażby dlatego przysól swojej potrawie w Szwajcarii. Byle z jodem!

26 komentarzy o “O kretynach alpejskich i jodzie

  • Maj 19, 2017 at 9:18 am
    Permalink

    tak, tak, napisał już o tych osobliwych tubylcach zabawny wiesz nasz Tuwim:

    Spotkali się w święto o piątej przed kinem
    Miejscowa idiotka z tutejszym kretynem.

    Tutejsza idiotko! – rzekł kretyn miejscowy –
    Czy pragniesz pójść ze mną na film przebojowy?

    Miejscowa kretynka odrzekła: – Z ochotą,
    Albowiem cię kocham, tutejszy idioto.

    Więc kretyn miejscowy uśmiechnął się słodko
    I poszedł do kina z tutejsza idiotką.

    Na miłym macaniu spłynęła godzinka
    I była szczęśliwa miejscowa kretynka.

    Aż wreszcie szepnęła: – Kretynie tutejszy!
    Ten film, mam wrażenie, jest coraz nudniejszy.

    Więc poszli na sznycel, na melbę, na winko,
    Miejscowy idiota z tutejszą kretynką.

    Następnie się zwarli w uścisku zmysłowym
    Tutejsza idiotka z kretynem miejscowym.

    W ten sposób dorobią się córki lub syna:
    Idioty, idiotki, kretynki, kretyna.

    By znowu się mogli spotykać przed kinem
    Tutejsza idiotka z miejscowym kretynem.

    Reply
  • Maj 19, 2017 at 10:30 am
    Permalink

    A teraz poważnie: cieszmy się, że żyjemy w dzisiejszych czasach, bo dawniej ze względu na stan wiedzy działy się takie dramaty jakie opisuje Joanna.

    Dziś przynajmniej wiemy z czego to wynika i wiemy, że jod jest potrzebny.

    Dodatkowo Asia poucza rodaków o rodaczki w CH o potrzebie świadomego uzupełniania zapotrzebowania na jod.

    Reply
    • Maj 19, 2017 at 10:38 am
      Permalink

      No właśnie, gdy tylko obejrzałam reportaż na ten temat (bo stąd się wziął ten artykuł – oglądałam w poniedziałek „A bon entendeur” w RTS1), pomyślałam sobie, że to świetny i w dodatku bardzo potrzebny temat… Bo w końcu kto zwraca uwagę na tak nieistotną sprawę jak etykietka na soli kuchennej. A i plus – znam wiele osób, które soli nie używają.

      Reply
  • Maj 19, 2017 at 11:00 am
    Permalink

    A to ciekawe, bo jak byłam w ciąży lekarz polski kazał mi łykać dodatkowe tabletki z jodem, twierdząc, że witaminy dla ciężarnych nie mają go wystarczająco. A lekarz szwajcarski powiedział, że nie muszę już niczego łykać (ani witamin, ani dodatkowego jodu), bo wystarczająco jodu jest zawarte w soli.
    Ps: pamiętacie, że w Szwajcarii rozdają „tabletki atomowe” na wypadek awarii elektrowni jądrowej? Ja dostałam opakowanie po przyjeździe do Berna, ważne do 2020 r, czyli jak już wyłączą elektrownię w Muhlebergu (w której rażeniu jestem zasięgu).
    Ps 2. Tabletki atomowe to oczywiście jod.

    Reply
    • Maj 19, 2017 at 3:14 pm
      Permalink

      Wiele różnych rzeczy słyszałam zarówno o niefrasobliwości szwajcarskich lekarzy, jak i przepisywaniu mnóstwa niepotrzebnych lekarstw przez lekarzy polskich (przemysł farmaceutyczny przecież się musi kręcić)…
      Żebym tylko wiedziała, kto ma rację…

      Reply
  • Maj 20, 2017 at 1:22 am
    Permalink

    Heja!

    Chętnie czytam tutejsze artykuły, ale czasami nawet się zastanawiam czy właściwie zjawiam się tu żeby czytać bla bli blu czy obfity pesymizm podlany czarnym humorem medyka helweckiego, który mógłby wreszcie napisać jakąś małą książkę albo opowiadanie chociaż! Są sceptycy i pesymiści irytujący, ale medyka chyba nie da się nie lubić 🙂

    Ktoś zbierze w jedną całość jego historie o tych pacjentach i życiu w Szwajcarii? 🙂

    Reply
    • Maj 20, 2017 at 1:27 am
      Permalink

      Jak bym zobaczył kiedyś w księgarni cokolwiek od tego pana to kupuję w ciemno 🙂

      Reply
  • Maj 20, 2017 at 2:03 pm
    Permalink

    Swietny i przydatny artykuł – sama mam niedoczynnosc tarczycy i powinnam zaraz kupic jodowana sol. Nie wiedzialam wczesniej o tym problemie, a kupuje i jem tylko warzywa ze Szwajcarii.
    Dziekuje 🙂

    Reply
    • Maj 20, 2017 at 4:51 pm
      Permalink

      Może przynajmniej jak będziesz kupowała w Szwajcarii sól jodowaną to ona będzie w ogóle jodowana…. w Polsce mieliśmy swego czasu aferę z „solą drogową” – tak, tak: solą do posypywania dróg zimą, która dzielni przedsiębiorcy „przerabiali” na sól jadalną.

      Reply
    • Maj 20, 2017 at 6:22 pm
      Permalink

      A właśnie! Ktoś na facebooku powiedział, że większość soli w Szwajcarii jest z dodatkiem nie tylko jodu, ale i fluoru.
      I faktycznie, sól, której używam ma dodatkowo te dwa mikroelementy.
      Tylko że ponoć fluor jest toksyczny w nadmiarze…….

      Reply
  • Maj 20, 2017 at 6:17 pm
    Permalink

    Przywołany wiersz o idiotce i kretynie trafiony w punkt. Natomiast jeśli chodzi o sól, to pewnie jak ze wszystkim, najlepiej mieć umiar. Dotyczy to także cukru, przecież to biały zabójca.

    Reply
    • Maj 20, 2017 at 6:21 pm
      Permalink

      Nie, no, chyba cukier jest nie do obrony, jest jednoznacznie czarnym charakterem 😀 Ale dobra sól jest bogata w mikroelementy. Także tutaj to bym się wahała…

      Reply
      • Maj 20, 2017 at 6:31 pm
        Permalink

        Czarny charakterem – piszesz… hmmm. Amerykanie jako mistrzowie politycznej poprawności nie używają słowa „czarny” na określenie innych ludzi i napisaliby pewnie: „cukier jest jednoznacznie afroamerykańskim charakterem” 😉

        Reply
        • Maj 20, 2017 at 10:05 pm
          Permalink

          Eeee Jarek, nie nadążasz za najnowszymi wynalazkami politycznej poprawności: nie „afroamerykańskim”, ale „kolorowym”! Albo… „nieco bardziej opalonym” 😉

          Reply
  • Maj 21, 2017 at 12:32 am
    Permalink

    Co do jodu, to ja staram się jeść w miarę często ryby dziko żyjące. Najlepiej piec, nie zmażyć. Podobno mięso dorsza atlantyckiego jest bogate w jod. W Polsce kosztuje w marketach od 50zł za 1 kg w górę, ale też nie wszędzie i nie zawsze jest dostępny. W Szwajcarii da się w rozsądnej cenie takie rybki kupić? 🙂

    Reply
    • Maj 21, 2017 at 12:49 am
      Permalink

      Jako, że dorsz jest chudy i przez to troszkę suchy w smaku, polewamy go oliwą z oliwek. Bardzo poprawia smak. P.S. (Tylko nie taką z dyskontu w prokocji za 9.99 zł wyprodukowaną „w krajach UE”, ale taką która ma jakąś regionalną certyfikację, opis szczepu i miejsca zbioru, wiadomo drożej).

      Reply
    • Maj 21, 2017 at 8:41 am
      Permalink

      W Szwajcarii za dorsza za 50 zł za kg to bym się dała pokroić. Za tyle to można kupić dwa filety na obiad ewentualnie… (a i to wątpię)
      A w Polsce da się faktycznie kupić „dzikie” ryby, nie hodowlane? Pamiętam, gdy jeszcze mieszkałam w PL, nawet nie byłam świadoma wtedy tego, jak te ryby hodowlane potrafią być niezdrowe… Ale nie przypominam sobie jakichkolwiek oznaczeń na opakowaniach.
      W Polsce (szczególnie północnej) z tym jodem to nie jest tak źle, bo zawierają go lokalne warzywa i wszystko wyprodukowane lokalnie. Jod nawet tam spada z nieba razem z deszczem 😉

      Reply
  • Maj 21, 2017 at 10:48 pm
    Permalink

    „A w Polsce da się faktycznie kupić „dzikie” ryby, nie hodowlane?”
    No BA!
    Jeszcze 5 lat temu chyba nic się nie dało. Chyba wiem, bo jestem od dawna miodnikiem ryb. Dziś widzę dość często różne dzikie rybki z mórz i oceanów. Czasem jest do kupienia dziki dorsz atlantycki, niestety taki rozmrażany. Ostatnio w Lidlu nawet często jest Łosoś dziko żyjący pacyficzny „gorbusza” w cenie 46zł/kg, również rozmrażany. Mam teraz w lodówce 2 paczki tego łososia i na etykiecie pisze tak: „obszar połowu: FAO 61 północno-zachodni Ocean Spokojny. Metoda połowu: złowione w morzu. Narzędzia połowode: sieci skrzelowe”.

    Reply
    • Maj 22, 2017 at 9:13 pm
      Permalink

      Nie wiem dlaczego, ale codziennie rano, gdy widzę Twoje komentarze o rybach, to chce mi się zjeść takową na śniadanie. A w CH nie ma śledzi…. 🙁

      Reply
      • Czerwiec 2, 2017 at 10:49 am
        Permalink

        To jak wbijacie namioty?

        Reply
        • Czerwiec 5, 2017 at 11:26 pm
          Permalink

          Szpilkami 😉

          Reply
  • Maj 31, 2017 at 2:56 pm
    Permalink

    Piekny tekst w moim stylu… Dziekuje!
    SRF powinien sie o Ciebie bic! 🙂 😀
    Pozdrawiam goraco, Twoja wierna czytelniczka
    Ewa z Tessinu

    Reply
    • Czerwiec 5, 2017 at 11:27 pm
      Permalink

      Dzięki, Ewa, pozdrawiam!

      Reply
  • Czerwiec 5, 2017 at 4:07 pm
    Permalink

    Artykuł jest jak dla mnie ciut makabryczny, jednak przeczytałam z zainteresowaniem. Konkretnie makabryczny jest dla mnie fakt, iż emitowano kartki pocztowe z upośledzonymi ludźmi…

    Reply
    • Czerwiec 5, 2017 at 11:19 pm
      Permalink

      Nooo tak było, fakt, zero poprawności politycznej…

      Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *