Tam, gdzie dzieci mogą palić papierosy, czyli święta Appenzellu

Niewiele pozostało miejsc na świecie, które nadal żyją tradycyjnym rytmem świąt i celebracji markujących pory roku. Dużo takich zwyczajów pochodzi jeszcze z przedchrześcijańskich czasów, gdy dzień i noc, lato i zima, słońce i księżyc były uznawane za dwie walczące z sobą przeciwstawne siły, ekwiwalent dobra i zła, Boga i Szatana. Gdy dni robiły się coraz krótsze i zimniejsze, nasi przodkowie palili ogień, robili hałas i zakładali straszne maski, żeby przerazić bóstwa śmierci i zimna. Gdy nastawała wiosna, w symboliczny sposób zabijali kukły zimy. Celebrowali płodność, odrodzenie natury i powrót słońca i ciepła. Wierzyli, że to dzięki osobliwym rytuałom wygrywają z swoimi wrogami: nocą i zimą, kataklizmami, dzikimi zwierzętami. Ciężko walczyć z zabobonami. Nic dziwnego, że misjonarze chrześcijańscy zdecydowali się sprytnie „zamalować” największe pogańskie święta ideologią swojego ekspansywnego kościoła.

Stary Sylwester w Urnasch, Źródło: kath.com

Są jednak takie miejsca, gdzie te pogańskie święta pozostały w swojej naturalnej formie. Jedno z takich miejsc znajduje się w samym sercu Europy – w szwajcarskim regionie Appenzell. Nie wiem, dlaczego kościół katolicki miał tak mały wpływ na kolorowe zwyczaje jego mieszkańców. Być może dlatego, że rejon Appenzellu zdominowany w Średniowieczu przez Opactwo Świętego Galla był z nim w nieustannym konflikcie. A może po prostu ukryty pośród wzgórz rolniczy, biedny obszar był za mało ważny dla chrześcijańskich misjonarzy. Co ciekawe lokalne święta ludowe w Appenzellu obchodzone są hucznie przez wszystkich mieszkańców bez względu na ich status, wiek czy profesję.

Czytaj dalej …

Elfie skrzydła i łyżka w uchu, czyli folklor Appenzellu

Appenzell to wyjątkowy region – jakby powstały z najbardziej esencjonalnego wyciągu ze stereotypów o Szwajcarach. Czasami mi się zdaje, że jeśli ktoś opowiada o Szwajcarach tak naprawdę ich nie znając (czyli odnosi się do popularnych klisz), nieświadomie odnosi się do zamkniętych i przywiązanych do tradycji Appenzellczyków. No bo sami przyznajcie – kto staje przed Waszymi oczami wyobraźni, gdy słyszycie słowo „Szwajcar”? Czy nie jest to aby mrukliwy stary góral w tradycyjnym kostiumie appenzellskim z kolczykiem w kształcie łyżki z reklam sera Appenzellera?

Źródło: appenzeller.ch

Domy jak z piernika, żywy folklor kultywowany po dziś dzień i szorstki charakter mieszkańców regionu sprawiają, że Appenzell ma w sobie coś bajkowego. Nie jest tak spektakularny jak regiony typowo alpejskie i nie jest pierwszym wyborem turystów zwiedzających Szwajcarię. Na szczęście! Dzięki temu być może bogate tradycje Appenzellu przetrwają dłużej w niezmienionej, nieskomercjalizowanej formie.

Appenzell jest nie tylko bogaty w folklor, ale przede wszystkim tradycje i zwyczaje regionu są nadal żywe. Co z tego, że prawdopodobnie dokopałabym się podobnego bogactwa ludowego w każdym innym regionie Szwajcarii, skoro stanowiłyby one część martwego już skansenu, teatru dla turystów i przedszkolaków.

Dzisiejszy artykuł na temat appenzellskiego folkloru będzie dotyczył wyłącznie jego „nieruchomej” części – muzyki, kostiumów i zwyczajów domowych. Wydarzenia i święta publiczne zostaną opisane w następnej części.

Czytaj dalej …

O kretynach alpejskich i jodzie

W XIX wieku Alpy stały się punktem obowiązkowym każdego szanującego się dżentelmena podczas europejskiego Grand Tour. Przyciągały swoim pięknem, niedostępnością, smakiem niebezpieczeństwa i gabinetem osobliwości cieszącym oczy bogaczy w niedostępnych alpejskich dolinach. Nie mówię tu o Yeti, dahu i innych mitycznych zwierzętach Alp. Mówię o kretynach alpejskich.

Należy dodać, że wówczas słowo „kretyn” nie było wyzwiskiem. Oto jak kretyna alpejskiego opisywał słownik l’Encyclopedie de Diderot z 1754 roku: „(…) to imbecyl, głuchy i niemy w wielkim wolem opadającym na klatkę piersiową”. Takie były fakty: Alpy były niegdyś pełne niziutkich (80 cm – 160 cm w zależności od płci i stopnia choroby), opóźnionych w rozwoju i upośledzonych umysłowo głuchoniemych z wielkim wolem na szyi. Według badań przeprowadzonych na rozkaz Napoleona w 1810 roku w Simplon w górskim kantonie Valais, spośród 70 000 badanych aż u 4 000 osób stwierdzono symptomy kretynizmu (czyli niemal 6% populacji Simplon była upośledzona). Pierwsi wspinacze wspominali natomiast, że wysoko w górach były całe wioski niemal odcięte od świata pełne kretynów!

Czytaj dalej …

Szwajcarska opowieść wigilijna, czyli święta u Heidi i Petera

Dziś otwiera się okienko Szwajcarskiego Blabliblu w akcji Blogowanie pod Jemiołą.

baner-na-blog-600x200

Gdy za oknem zawierucha, palce przymarzają do klawiatury i jedynym lekarstwem jest tylko grzaniec z imbirem, miodem i goździkami, usiądźcie w miękkim fotelu, weźcie na kolana kota lub inne ciepłe futro i przeczytajcie tę mroczną, zimową opowieść o małej Heidi i duchu Alp.


Zapadał już zmrok. Odkąd zimowe, blade słońce schowało się za górami minęło już dużo czasu. W miękkim świetle zmierzchu szczyty, które niegdyś Heidi znała jak dobrych przyjaciół, zdawały się obce i groźne. Jastrzębi Szpic, a po jego lewej stronie Mysi Nochal, czy może po lewej Stary Krasnolud? Myślała, że zna te zakątki jak własną kieszeń i nigdy…

– Mamo, zgubiliśmy się? – zapytał mały Markus tak podobny do jej Petera.

– Nie, kochanie, oczywiście, że nie! – odpowiedziała wesoło klepiąc go plecach zawiniętych w wielki płaszcz taty.

Czytaj dalej …

Mityczne stwory i dziwy Szwajcarii – część 1

Jeśli ktoś regularnie czyta mojego bloga, to pewnie wie, jak bardzo fascynuje mnie lokalny folklor i ludowe wierzenia, mityczne zwierzęta, wiedźmy, pogańskie bożki i wszelkie inne prechrześcijańskie straszności, w które niegdyś wierzyli starzy górale z alpejskich hal. Jak ktoś przegapił, polecam artykuł o Toggeli (TU), czy słodziutkim Dahu – koziołku o dwóch krótszych, dwóch dłuższych nóżkach (TU).

Dzięki Tolkienowi nasza kultura przesiąknięta jest mitologią celtycką i nordycką. Każdy ma jakieś wyobrażenie, jak wyglądają i gdzie mieszkają krasnoludy, czy gnomy, małe dziewczynki chcą być elfkami, lub czarodziejkami, a chłopcy chcą walczyć z krwiożerczymi ogrami. Niewiele osób pamięta, że nasz słowiański folklor jest równie bogaty, choć dość daleki od celtyckiego. Za to nasze przeszłe wierzenia przeplatają się i dopełniają z mitologią germańską, dlatego w moich opowieściach będziecie mogli na pewno odnaleźć słowiańskie odpowiedniki. (Tak jak jedna z czytelniczek skomentowała historię o demonie nocnym Toggeli – „przecież to nasz polski dusiołek!”). Czytaj dalej …