Joga z księdzem i mrówką

Jeśli nie wierzysz, że malutka rzecz może mieć wielkie znaczenie wrzuć całą czarniutką, malutką skarpeteczkę do białego prania. Albo wybierz się razu jednego ze mną na jogę na otwartym powietrzu…

Zerknijcie sobie na to zdjęcie:

To jest St-Sulpice na brzegu Jeziora Genewskiego. Pod tym uroczym 11-wiecznym kościółkiem na trawce 2 razy w tygodniu gdy jest pogoda odbywają się zajęcia jogi, w których staram się uczestniczyć. Razu jednego podczas powitania słońca rzeczone słońce zasłonił mi długi, czarny cień. Otworzyłam zdziwione oczy tracąc balans i zobaczyłam nikogo innego tylko wysokiego mężczyznę stojącego nade mną i wpatrującego się ze zdziwieniem w moje wygibasy. Przyszła kryska na matyska – pomyślałam. To diabeł! Wyszedł pewnie z jakiejś niefortunnie otwartej czakry i zaraz zabierze mnie na grilla w charakterze szaszłyka. Kościół katolicki jednak miał rację!

–       A co to tu się odbywa?

–       Zajęcia jogi, proszę księdza!

Ufff było blisko. To ksiądz!

No, to będzie zwarcie – pomyślałam. Ksiądz wersus nasz mistrz jogi. Oczami wyobraźni już widziałam gorącą dyskusję o szkodliwości jogi dla duszy ludzkiej, więc rozsiadłam się wygodnie bynajmniej nie w pozycji lotosu i rozejrzałam się na boki szukając wzrokiem najbliższego sklepu z popcornem i zimnym piwkiem.. Ksiądz jednak mnie zawiódł. I to wcale nie na ścieżki raju. Zapytał:

–       Nigdy nie ćwiczyłem jogi. Mógłbym spróbować?

Kopara mi opadła. Nie no, tego szwajcarskiego księdza trzeba by wysłać na nauki do Polski. Jako jedyna w szanownym gronie przedstawicielka narodu wybranego już odchrząkiwałam, żeby go ostrzec przed zgubnym wpływem owijania sobie nogi pięć razy dookoła szyi na późniejsze negocjacje ze Świętym Piotrem. Otwierałam już usta, gdy nagle przyszło mi do głowy, że w sumie nie mój cyrk, nie moje małpy… A joga razem z księdzem to brzmi niemal perwersyjnie!

Ksiądz ulokował się tuż obok mnie i przez całą godzinę się na mnie gapił. Nie, to nie jest tak, że mam jakiś przerost ego i bawią mnie opowieści o gapiących się księżach w czasie jogi. Bynajmniej! Ksiądz się gapił, bo był początkujący. Uwierzcie, że nie jest łatwo powtarzać ruchy mistrza jogi, którzy stoi naprzeciw w lustrzanym odbiciu. Ja też zgapiam jakieś nieznane mi pozycje od sąsiadów.

Jako że ksiądz się gapił, to ja chyba po raz pierwszy byłam tam myślami, gdzie być powinnam, czyli „tu i teraz”. Wiecie, jak to jest w czasie jogi (albo i nie wiecie): na początku mistrz mówi, żeby zapomnieć o wszystkich troskach dnia codziennego, poczuć trawę pod tyłkiem i niebo nad głową, wykonać sobie nad swoją głową taką wirtualną kopułę, przez którą nic się nie może przebić i być myślami tu i teraz w swoim ciele. Im częściej mistrz mówi „tu i teraz”, tym bardziej ja jestem „gdzie indziej”. Nomen omen, u mnie po prostu chyba za bardzo jarzy pod tą kopułą…

Tym razem jednak ksiądz mnie zmobilizował. Pomyślałam, że nie będę klechy wodzić na jakieś moje myślowe manowce. Wreszcie stałam się dla kogoś autorytetem w dziedzinie wschodnich technik medytacji i nie zamierzam tego spieprzyć. Więc z uduchowioną miną mówiącą jak niewiele mnie obchodzi codzienność, tylko ten tego energia przyrody, gwiezdne drogi, tuturu, wiecie o co biega robiłam te wszystkie koty, świece i mosty jak jakaś kobra albo inny tygrys. I nawet byłam sama z siebie zadowolona!

Pomyślisz, że taka joga na świeżym powietrzu z widokiem na Alpy i Jezioro Genewskie zdaje się marzeniem. Słyszysz tylko ptaki i szum fal. Za plecami masz średniowieczną kaplicę, pod nogami czujesz ziemię-matkę, a w majtkach czujesz… o nie!… mrówka!

Jestem w przezroczystej bańce, nie dotyczy mnie nic, co przyziemne… Mrówko, czy ty nie wiesz, że ja właśnie jestem zen? Zen jestem, w mordę, przestań mnie łaskotać w moje auć! Ksiądz się patrzy na mnie z żywym zainteresowaniem. Łzy płyną mi po czole, gdy stoję na głowie, a mrówka wędruje po moim udzie raźnie sobie przytupując i pocierając sobie raciczki z ukontentowania.

Przegrałam! Zamiast położyć się spokojnie żebro po żebrze i wyjąć sobie owada z majtasków, zrobiłam dziki przewrót w tył i krzycząc w niebogłosy zaczęłam się gorączkowo otrzepywać ku rozbawieniu i zdziwieniu innych uczestników.

Mistrz jogi na to z uroczym uśmiechem:

–       Byłaś dziś taka wspaniała, Joanna, a teraz znów jesteś sobą! Witaj z powrotem!

O, potęgo małych rzeczy! Potrafisz zniszczyć nawet najszczelniej tworzony imidż doskonałości.

Życzę Wam wszystkim miłych wakacji!

 

10 komentarzy o “Joga z księdzem i mrówką

  • 26 lipca, 2016 at 1:03 pm
    Permalink

    Trzeba tyle trenować, żeby czystę myśli podczas jogi stały się codziennością 🙂

    Reply
    • 26 lipca, 2016 at 1:19 pm
      Permalink

      Taaak… to wiele mówi o czystych myślach autorki…

      Reply
  • 26 lipca, 2016 at 6:54 pm
    Permalink

    Ja tam i bez jogi jestem myślami „gdzie indziej” ;P
    Jaki nowoczesny ksiądz! Aż mi się przypomniało, jak to u mnie (w PL) ksiądz wygrażał, kiedy w pobliskiej mieścinie w akademii fitness rozpoczęły się zajęcia z jogi…
    Uśmiałam się nieziemsko z tej historii 😀

    Reply
    • 26 lipca, 2016 at 8:02 pm
      Permalink

      Ha! Monika, witaj w klubie „gdzie indziej”! Ja myślę, że „gdzie indziej” ogólnie określa mój typ osobowości 😉

      Reply
  • 26 lipca, 2016 at 7:21 pm
    Permalink

    A moje pytanie brzmi: odkąd mrówki mają raciczki? 😉

    Reply
    • 26 lipca, 2016 at 8:02 pm
      Permalink

      No, to w takim razie mrówcze poroże! 😀

      Reply
  • 27 lipca, 2016 at 1:03 pm
    Permalink

    Nie wiadomo, co lepsze: ksiądz, czy mrówka? Mrówka zapewne nie weszła w stan duchowości, choć to stworzenie boże, ale ksiądz – to i owszem. Ciekawe tylko co na to Jego Szef? Jednak widok Pana w sutannie wykonującego różne wygibasy – bezcenny.

    Reply
  • 31 lipca, 2016 at 9:49 pm
    Permalink

    Joga – a to zależy czy sobie ćwiczysz tak jak się ćwiczy np. tabatę, czyli po prostu dla sportu, czy traktujesz to jak medytację z filozofią.

    A co do tej twojej kopuły to mam małą złośliwą teoryjkę. Ćwiczysz na powietrzu, w pełnym słońcu, a kopuła nad głową skupia promienie słoneczne i celuje je wszystkie prosto w nią!

    I przy okazji: dlatego właśnie ja nie lubię natury. Zawsze jak ma się przypałętać jakaś mała gryząca, żadląca lub drapiąca bestia to się przypałęta właśnie do mnie. Najbezpieczniej czuję się w zabetonowanym mieście :).

    Reply
    • 1 sierpnia, 2016 at 11:54 am
      Permalink

      Haaaaa!
      Mam kolegę, który pochodzi z Sao Paolo, który zwykł mówić tak samo – że nie cierpi wsi, bo ma tam zawsze wysypkę i coś go gryzie. Narzeka nawet, że w Lozannie jest za cicho i ciemno, nie może spać, gdy jest cicho i ciemno… Myślałam, że jest jedyny, a tu…. Toi, niemożliwe, Ty też?

      Reply
      • 2 sierpnia, 2016 at 5:28 pm
        Permalink

        Aż tak to nie. Żeby się wyspać muszę mieć cicho i ciemno. W domu mam nawet rolety, takie porządne, zewnętrze, mimo że mieszkam dość wysoko, więc nie jest to ochrona przed złodziejami. Właśnie po to, żeby na noc zrobić sobie ciemno.
        Ale co do pełzającej fauny to jej nie znoszę!

        Reply

Pozostaw odpowiedź Jo Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.