My, alpejscy terroryści

A mogło być tak pięknie! A mogłam być blond symbolem zepsutej Europy, europejską Joanną może i bez szabelki, tarczy i gołej piersi, ale z szerokim uśmiechem… i z tą piersią to może nie przemyślałam sprawy. A tutaj cholerny DAESH i jeszcze gorsze generalizacje zabrały mi moją rolę życia!

Opowiem Wam jednak nie tylko sam morał, ale również całą historię, bo na to zasługuje – jest rześko awanturnicza i cudownie dziwaczna. Ostrzegam jednak – mówi ona przede wszystkim o generalizacjach i stereotypach. Jeśli ktoś ma już tych tekstów powyżej uszu, to lepiej nich sobie przełączy na coś o lżejszej lub cięższej tematyce.

Kilka miesięcy temu zadzwoniła do mnie moją przyjaciółka Japonka mieszkająca już od mniej więcej 20 lat w Szwajcarii. Ayame miała dla mnie bardzo nietypową propozycję:

–       Czy słyszałaś może, że w lutym miałam pojechać na tydzień jako przewodnik po Alpach z grupą Japończyków – przedstawicieli biur podróży? No więc niestety, zostałam uznana za zbyt mało lokalną… Ta sama grupa właśnie wróciła z podobnej wycieczki do Stanów niezwykle niepocieszona, ponieważ zamiast soczystej amerykańskiej blondyny otrzymali za przewodnika starego Japończyka. Teraz na japoński Tour de Suisse organizator chce jakiegoś lokalsa…

–       Ayame, jest taki malutki szczegół. Czy Ty dotąd nie zdążyłaś zauważyć, że nie nazywam się Heidi tylko Joanna?

–       Tak, tak, wiem! Ale dla nich to wszystko jedno. Szwajcaria, Polska, wsio rawno, jesteś blond Europejką, więc jesteś na tyle dla nich egzotyczna, że na pewno się spodobasz.

–       No dobrze… To chyba muszę przejrzeć notatki z komunikacji międzykulturowej i sobie przypomnieć zasady kontaktu z Japończykami: wizytówka w obydwu dłoniach, ukłony i takie tam…

–       Nie! Masz być Europejką w stu procentach! Bez żadnych tam konichiwa i innych sayounara! Masz być epitomem zgniłego zachodu jaki znają z filmów – bezpośrednia, uśmiechnięta i bardzo dla nich egzotyczna. Przygotuj się, że będą ci robili zdjęcia jak misiowi w ZOO, gapili się jak cielę na malowane wrota i nieśmiało zagadywali. Jak się upiją, mogą zacząć cię podrywać…

–       No szaleństwo, aż podrywać? Muszę poćwiczyć kung-fu przed tym wyjazdem!

I tak to dostałam to naprawdę ciekawe zlecenie. 10 dni z dość napiętym programem: Genewa – Chamonix – Zermatt – St. Moritz – Sion – Genewa. Zdawało się to być cudowną przygodą, może nawet z dalszym ciągiem, bo szef enigmatycznie napomknął, że jak się spodobam to mnie umieszczą na ulotce reklamowej jako alpejską Heidi, z którą turyści będą mogli pogadać twarzą-w-twarz. To nic, że ta Heidi to bardziej Maryna, to szczegół niewarty uwagi. Stwierdziłam, że jakby turyści się nie dali przekonać, że jestem Heidi, to ich zaszachuję Szopenem i będę udawać płaczącą wierzbę z Żelazowej Woli. To się też chyba może spodobać!

Niestety w ostatnim momencie odebrałam telefon od szefa:

–       Japońskie Tour de Suisse przełożone! Japończycy boją się przyjechać do Szwajcarii teraz, gdy jest takie zagrożenie.

–       Jakie zagrożenie? Lawinami?

–       Nie, terrorystyczne!

–       Co k…a? To ja też nie przyjeżdżam do Japonii, bo macie tam tsunami, Fukushimę, a w dodatku jeszcze Hiroshimę i Nagasaki, a przecież nic nie wiadomo!

(Co ostatnie powiedziałam sobie w głowie na szczęście.) Jest francuska Marianna, warszawska Syrenka, miała być europejska Joanna (no bo przecież nie szwajcarska Heidi), a tu pupa. Tak DAESH mi spieprzył karierę symbolu zgniłej Europy.

A właściwie, czy naprawdę? Czy nie jest to po prostu wina uogólnień? Jasne, że zagrożenie terrorystyczne jest zagrożeniem realnym, ale istnieje teraz właściwie wszędzie. Oczywiście możemy się zaszyć w domu, nie podróżować, nie wychodzić, nie używać transportu publicznego, nie blablabla… Ale czy naprawdę w taki sposób możemy uciec od zagrożenia? To jest niestety bardziej kwestia niesprzyjającego układu macierzy miejsca i czasu.

Jeśli w jakimś stopniu jestem w stanie zrozumieć odwoływanie weekendu w Paryżu, to trzęsienie portkami przed wyprawą we francusko-szwajcarskie Alpy jest co najmniej dziwne. Ale skoro Japończykom wszystko jedno, czy ich oprowadza Szwajcarka czy Polka, to w zasadzie dlaczego mieliby mieć jakieś pojęcie na temat zagrożenia terrorystycznego w szwajcarskich Alpach? Przecież według nich to pewnie dwa kroki od Paryża…

Ale nie piszę Wam tego, żeby pośmiać się z Wami z nieświadomych sytuacji geopolitycznej w Europie Japończyków. My wszyscy „grzeszymy” niewiedzą, szczególnie jeśli chodzi o egzotyczne dla nas zakątki świata.

Pośmiejmy się chociażby ze Szwajcarów. Rok temu, w czasie afrykańskiej epidemii wirusa ebola, szwajcarska rodzina zakazała afrykańskiej niani swoich dzieci wyjazdu do kraju swojego pochodzenia na święta, grożąc wymówieniem bez możliwości kontaktu z dziećmi. Tyle że… niania pochodziła z Zimbabwe, które jest oddalone od ówczesnych ognisk epidemii mniej więcej tak, jak Europa od Stanów Zjednoczonych.

Inny Szwajcar również mnie nieco wyrwał z butów życzeniem mi powodzenia i odwagi po tym jak mu powiedziałam, że jadę odwiedzić rodziców we wschodniej części Polski.

–       Nie boisz się, że rebelianci zestrzelą samolot?

Tia… Nie mogę spać po nocach. W moim Krasnymstawie ciągle trwa wojna… między moją kotką a psem sąsiada. Nie ma co się śmiać, nie jest wesoło dostać wściekłym kotem między oczy.

Moja własna mama również się popisała wiedzą geograficzną. Na wiadomość, że kupiłam bilet do Kambodży mama powiedziała:

–       Oj córka, nie lepiej przyjechać do Krasnegostawu na wakacje?… Tak niedawno przecież mówili o ataku w Pakistanie…

Nie mogłam się powstrzymać, żeby powiedzieć:

–       Oj mama. Przyjechałabyś do Szwajcarii. Niebezpiecznie w tym Krasnymstawie, niedawno mówili o ataku w Madrycie…

2 komentarzy o “My, alpejscy terroryści

  • 8 lutego, 2016 at 10:34 am
    Permalink

    Aśka, to przyjeżdżaj lepiej na Lubelszczyznę, na tym naszym za**piu na pewno nikt nie będzie żadnych zamachów organizował 😉
    A tak ciut bardziej serio- terrorystom właśnie o to chodzi, żeby nas zastraszyć, żebyśmy siedzieli w domach bojąc się wyjść nawet do sklepu po chleb.

    Reply
  • 8 lutego, 2016 at 3:45 pm
    Permalink

    Świat jest mały… urodziłam się w Krasnymstawie (mam tam również rodzinę) i nie sądziłam, że będę kiedyś o nim czytać na jakimś blogu 🙂

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.