Jak być wege (i cyklistą) w Szwajcarii, skoro w Polsce już nie da rady…

Wegetarianie, weganie, cykliści i marksiści pakują pewnie właśnie walizki zalewając płaczem swe rumiane jak bio-jabłuszka twarze. Pewnie niektórym jako destynacja podróży w jedną stronę przypadnie Szwajcaria, dlatego z chęcią Wam wyjaśnię, jak tu żyć, gdy się jest dumnym posiadaczem nienormatywnych przyzwyczajeń żywieniowych.

Moje wyjaśnienia pochodzą z opowieści 2 znajomych wegan – jeden mieszka w Winterthur, a drugi na nieopodal mnie, na wsi w części francuskojęzycznej (ten pierwszy to Anglik, ten drugi – Polak gwoli wyjaśnienia, co bardzo dobrze się składa, bo obydwaj mają porównanie wege w Szwajcarii z wege w swoich krajach pochodzenia). Dodam, że dostałam od panów kilka fajnych linków dla wegan-wegetarian, skąd zaczerpnęłam wiele użytecznych informacji, którymi się z Wami nie omieszkam podzielić.

Po pierwsze – Szwajcaria jest dość łatwym krajem do mieszkania dla wege-ludzi, gdy się jada w domu. W każdym Coopie i Migrosie znajduje się dobrze wyposażona półka przeznaczona dla wszystkich zielonych, bezglutenowych, nielaktozowych i innych oryginalnych ludków. Samych rodzajów fasoli i kulek fasolowatopodobnych jest tyle, że nie wiem, czy kiedyś mi się uda je wszystkie choćby spróbować.

W każdym nawet mniejszym mieście znajduje się mały sklepik „bio” lub organiczny. W części niemieckojęzycznej jest to często Reformhaus lub Bioladen, w części francuskojęzycznej sklepiki niezależne.

W każdej części kraju możesz znaleźć rolników sprzedających swoje płody bezpośrednio lub przez internet. Jeśli chodzi o wszelkie produkty dla królików: chlorofil, chia i inne spiruliny – przez internet, jak również na półkach wielu popularnych, zwykłych sklepów.

Jeśli chodzi o jedzenie „na mieście”, sprawa wygląda całkiem inaczej i nie tak różowo. Moi rozmówcy – Adrien i Michał odmalowali przede mną całkowicie inny obraz wegan i wegetarian versus restauracja w Szwajcarii. Adrien opowiadał o świetnej ofercie restauracyjnej dla zielonych z okolicy Zurychu rzucając wiele nazw, lokalizacji i „simply delicious” rekomendacji. Po tej rozmowie gdzieś zza mgły zaczął się wyłaniać plan mojego artykułu o Szwajcarii jako raju dla wegetarian. Po czym rozmawiałam z Michałem i … klops (sojowy)! Dobrze, że nie zabrałam się do pisania zbyt wcześnie!

Według Michała, Szwajcaria ma w zasadzie te same problemy co Polska. W większych miastach oczywiście da się zjeść smacznie, zdrowo, niedrogo, nienudno i niemonotematycznie. W mniejszych miasteczkach i na wsi, także w miejscach turystycznych wybór żałośnie się kurczy i niestety w większości przypadków wegetarianom pozostają szwajcarskie sery, a weganom… warzywa gotowane na parze.

Niestety, według Michała, ludzie nawet za bardzo nie wiedzą, co wegetarianie /weganie jedzą a czego nie, więc „drób to nie mięso”, „ryby to potrawy wege” i „przecież to tylko trochę boczku” to stała nie tylko polska, ale również szwajcarska. Z tym na pomoc przychodzi paszport wegański, gdzie w każdym języku mamy informację, co jemy, a czego nie (uwierzcie – nawet najlepiej znający język angielski kelner we francuskojęzycznej restauracji nie będzie wiedział, co to jest żelatyna…)

Dlaczego tak rożne doświadczenia z części niemieckojęzycznej (okolice Zurychu) i części francuskojęzycznej (między Lozanną a Genewą)? Czy znowu w grę wchodzi ta cholerna Röstigraben, która jak zwykle sprawia, że nie da się napisać spójnego artykułu o Szwajcarii bez wtrącania w co drugim zdaniu „z drugiej strony”?…

Zastanawialiśmy się nad tym ze znajomymi i doszliśmy do wniosku, że części językowe Szwajcarii różni nie tylko język, mentalność, ale i kultura. A kuchnia to przecież nieodłączna część kultury kraju, czy regionu. Część francuskojęzyczna korzysta z przebogatej i arystokratycznej kuchni francuskiej, gdzie podstawą są produkty pochodzenia mięsnego i rybnego. Zapomnij tutaj o daniach – nie oszukujmy się – biedoty, czyli pizzy, spaghetti, pierogach, kluskach, kaszy i innych jednogarnkowcach. Takie coś to można zjeść w domu – w tradycyjnej restauracji je się jak na francuskim dworze. Kuchnia części niemieckojęzycznej nie jest kuchnią „pańską”, a jedzenie nie jest aż taką świętością, dlatego może jest bardziej podatne na różne diety, mody i ograniczenia.

Po drugie – jaka jest kondycja usług w Szwajcarii – każdy wie… Albo i nie wie… Bo Polakom mieszkającym w Polsce się pewnie wydaje, że u nas to „czego, przeż kawę piję”, a w Szwajcarii to „oui, Monsieur”. Po przyjeździe do Szwajcarii – tym emigranckim bardziej niż turystycznym – Polacy się dowiadują ku swojemu zdziwieniu, że niemiły kelner, nieoddzwaniający pan, pracujący w salonie samochodowym, obsługa klienta, której się nie chce wysilać, żeby mówić po angielsku albo się z nami dogadać w swoim języku („proszę przyjść z kimś, kto mówi po niemiecku”) to niemal standard. Więc co możecie usłyszeć od kelnera po zapytaniu, czy kuchnia mogłaby dla Was przygotować coś wegetariańskiego / wegańskiego? Nie mamy tu takich potraw. Nie może. A co w takim razie mogę u Was zjeść? Sałatkę. Dodajecie do niej śmietany lub majonezu? Tak. Możecie nie dodawać? Nie. I wiecie… W ten deseń, niestety.

Dobra, a teraz konkrety. Zerknijcie na stronę Happy Cow, gdzie znajdziesz listę „zdrowych” miejsc do jedzenia wraz z ich krótkim opisem. Na stronie vegan.ch znajdziecie również takie przybytki, a także wiele pożytecznych wskazówek kulinarnych. A tutaj mam dla Was wspaniałą listę opcji sklepowych (również online) od blogera anglojęzycznego stacjonującego w Lozannie.

Jak już napisałam, artykuł nie opisuje moich własnych doświadczeń. Moje własne potencjalne tendencje wegetariańsko-wegańskie zostały raz na zawsze zepsute przez bardzo negatywne doświadczenia. No cóż – mam traumę. Otóż dawno temu włóczyłam się z plecakiem, uśmiechem i kolegą weganinem po egzotycznej części tego świata. Było wesoło… może poza tymi chwilami, gdy trzeba było coś zjeść… Razu pewnego zostaliśmy zaproszeni na kolację przez naszego kierowcę do jego rodziny. Wiecie jak to jest – rodzina biedna jak myszy kościelne, ale są goście więc jest niemal odejmowanie sobie od ust, żeby odpowiednio przyjąć białasów. A kolega, bez krępacji żadnej, pierwsze pytanie jakie zadał, co to jest to na talerzu i jak to zostało przyrządzone, bo on tego nie będzie jadł. Całkowite niezrozumienie sytuacji ze strony naszych gospodarzy. Wiecie, w małej indonezyjskiej wiosce, niemal wszyscy są wegetarianami – i z musu, bo mięso jest drogie – i z nakazów religijnych, bo część to buddyści, część muzułmanie, a część hindusi, to nie za bardzo można się dogadać, które mięso jest zakazane… Ale jak przychodzą goście, to raz do roku można zabić wypieszczonego i jedynego kurczaka. Goście – a właściwie gość – mógł po prostu skłamać, że dla niego kurczak jest haram i gospodarze by to oczywiście zrozumieli. Ale nie! Gość zaczął biednym Indonezyjczykom, którzy tak czy siak codziennie wsuwają tylko ryż i warzywa wykładać swoje teorie żywieniowe. Co lepsza, wdarł się do kuchni – o zgrozo! – terytorium kobiet domu i jął zaglądać do garów, wąchać jakieś tłuszcze, na których były przygotowywane potrawy i komentować ich szkodliwość. W końcu nie zjadł nic ku wielkiemu smutkowi tych biednych ludzi. Nie wiedziałam gdzie podziać moje oczęta, a czerwień nadal pali moje lica, gdy o tym myślę.

Od tego czasu nie wyobrażam sobie siebie jako wege. Mogłabym być oczywiście wegetarianką „domową”, a w trakcie moich wypraw po prostu brać czym mnie częstują i nie pytać, czy to wcześniej latało, czy szczekało, ale to chyba by była niewąska hipokryzja.

Dodam tylko tak na koniec, że od czasu tej feralnej wyprawy poznałam bardzo wielu jaroszów i wegan, i na szczęście, nie wszystkie osobniki zielonej rasy narzucają swoje poglądy. Dlatego, drodzy kosmici, dla Was ten poradnik!

11 komentarzy o “Jak być wege (i cyklistą) w Szwajcarii, skoro w Polsce już nie da rady…

  • 6 stycznia, 2016 at 2:25 pm
    Permalink

    Wszystko fajnie, ale czemu weganie pakuja walizki? Stalo sie w Polsce cos, o czym nie wiem? ciekawosc pozera mnie zywcem:)

    Reply
    • 6 stycznia, 2016 at 2:43 pm
      Permalink

      Poguglaj frazę Waszczykowski wegetarianie cykliści, to się dowiesz. 😉

      Reply
      • 11 stycznia, 2016 at 7:17 am
        Permalink

        Potem tego dnia juz sie dowiedzialam:) wszystko do mnie dociera z opoznieniem:)

        Reply
  • 6 stycznia, 2016 at 2:42 pm
    Permalink

    Jak moi znajomi wege zaczynają narzekać, jaka to Polska jest mięsożerna i fe, podrzucam im statystyki jadalności mięsa w krajach zachodnich (zwłaszcza niemiecko/nordycko języcznych) i im mina trochę rzednie. Jedzą o 25-30% więcej mięsa niż my(w przeliczeniu na jednego człowieka rocznie), przy czym u nas z roku na rok ten współczynnik i tak spada. 😉

    Reply
  • 6 stycznia, 2016 at 4:06 pm
    Permalink

    Faktycznie, jakoś się nie zastanawiałam nad obecnością wege restauracji w Lozannie. Jeśli wychodzimy, to właśnie żeby zjeść coś, czego nie jadamy w domu (jakoś czuję się pewniej w obróbce warzyw niż mięs), w związku z czym najczęściej lądujemy na kuchni mięsno-mlecznej. Ewentualnie sałata, ale też mi się wydaje że one jakimiś białkami są zawsze wzbogacane. Chyba w Migros-barze od biedy można sobie czystej zieleniny skubnąć.

    Swoją drogą, mimo osobistej sympatii względem diet wege (no dobre to jest po prostu, a pasztet z batata z jadłonomii wychodzi wspaniale) oraz szacunku do ludzi żyjących wedle swoich przekonań etycznych to z niesmakiem zauważam sporo agresywnych komentarzy internetowych, jeśli tylko ktoś podzieli się swoimi nawykami jedzeniowymi (mięsożernymi). Tak chyba lubimy zaglądać innym w różne miejsca i narzucać swoje racje… Dlatego chyba lubię m.in. wspomnianą jadłonomię, bo dziewczyna pokazuje, że to fajna kuchnia i inspiruje a nie bawi się w misjonarza i inkwizycję żywieniową.
    No i też nie rozumiem ludzi, którzy będąc na jakiejś konkretnej diecie potrafią nie uprzedzić o tym gospodarzy do których są zaproszeni i później pieczeń na stole, a taki nagle sobie przypomina, że przecież on bezmięsny… Ech… Pozdrawiam noworocznie!

    Reply
    • 8 stycznia, 2016 at 5:27 pm
      Permalink

      Na ludzi z gatunku „biedne zwierzątka” mam hytry sposób. Sałata też żyje. Marchewka to roślina, tez żyje. Żeby ją zjeść, musicie ją zabić, wstrętni Veganie! I mam spokój z dalszą dyskusją. 😉

      Reply
      • 20 stycznia, 2018 at 11:49 pm
        Permalink

        To nie jest żaden chytry sposób. Żadnego weganina czy wegetarianina tym „błyskotliwym” argumentem nie zagniesz. Sałata i marchewka żyją, ale są na innym poziomie świadomości, niż zwierzęta.
        Badania dowodzą, że np. świnia to zwierzę inteligentniejsze od Waszych milusińskich psów czy kotów. A jednak swoich pupili nie zabijacie i nie gotujecie, prawda?

        A poza tym marchewka i sałata nie płaczą i nie krzyczą z cierpienia i strachu. Krew się z nich nie leje. Taka różnica, widzisz…

        Zawsze mnie dziwi, jak to jest, że ludzie nie wykazujący wrażliwości na ból, strach i cierpienie zwierząt, nagle zamieniają się w obrońców warzyw. Doprawdy, wzruszające.

        Reply
  • 10 stycznia, 2016 at 11:59 am
    Permalink

    Wolę być cyklistką niż wegetarianką ; -))))

    Reply
  • 19 stycznia, 2016 at 11:12 pm
    Permalink

    Moja współlokatorka zostałą weganką jakieśdwa miesiące temu. Poruszył ją film „Cowspiracy”. Sama go obejrzałam i rzeczywiście warto, aczkolwiek na żadną dietę jeszcze się nie przerzuciłam, ale podkradam od wegan wiele pomysłów. Okazuje się, że dobre kupno Seitana i dobre przyrządzenie go da nam wspaniałe Bolognese (a raczej Ragu) trzy razy tańsze, niż przy użyciu mięsa mielonego, a dodatkowo odkryłam mały lokalny sklepik, sprzedający sezonowe warzywa i owoce pobliskich rolników i za 5 franków wychodzi się ze sklepu z pięć razy większą siatką, niż z Coopa! Absolutnie konkurencyjne ceny! Ta sama sytuacja we wspomnianych BIO-shopach. Jednym słowem, bycie zdrowszym oznacza też (na szczęście) tańsze życie! A raz, dwa razy na tydzień na mięsko zawsze można sobie pozwolić 😉

    Reply
  • 21 stycznia, 2016 at 12:02 pm
    Permalink

    W CH nie ma duzego sensu jedzenie „na miescie” także, a pewnie bardziej jeśli je się mięso. Stejk wołowy 250g potrafi kosztować $50, hamburgier z garniturą $25 a bratwurszt z ulicznego grilla, jakiego Polacy nie uznaliby za kielbase – $7. Poza tem – w szwajcarskiej gastronomii nie ma radosci. Wszystko jest wysokiej jakości, ale wymęczone jakies. Moze w czesci francuskiej jest lepiej, bo w Ticino troche jest, ale tylko troche. Wiec przez cenowy bol zebów i ten smutek gastronomiczny, wole zjesc tansze opcje albo cos ugotowanego przez siebie. A cieszyc sie życiem we Włoszech czy Austrii – jedząc trzydaniową kolację z winem i deserem w cenie pizzy zCentralszwajcu…
    Pozdrowienia znad Migros-kanapki !

    Reply
  • 21 stycznia, 2018 at 12:51 am
    Permalink

    ~lavinka, to nie jest żaden chytry sposób. Żadnego weganina czy wegetarianina tym „błyskotliwym” argumentem nie zagniesz. Sałata i marchewka żyją, ale są na innym poziomie świadomości, niż zwierzęta.
    Badania dowodzą, że np. świnia to zwierzę inteligentniejsze od Waszych milusińskich psów czy kotów. A jednak swoich pupili nie zabijacie i nie gotujecie, prawda?

    A poza tym marchewka i sałata nie płaczą i nie krzyczą z cierpienia i strachu. Krew się z nich nie leje. Taka różnica, widzisz…

    Zawsze mnie dziwi, jak to jest, że ludzie nie wykazujący wrażliwości na ból, strach i cierpienie zwierząt, nagle zamieniają się w obrońców warzyw. Doprawdy, wzruszające.

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.