Randkowanie w Szwajcarii

A na Walentynki mam dla Was opowieści o radosnym randkowaniu w Szwajcarii. Artykuł powstał dzięki moim czytelniczkom i czytelnikom – sama mogłabym opisać wyłącznie jedną historię skutecznego podrywu, a w dodatku rzecz działa się w Krakowie. Na szczęście na apel o pomoc w zebraniu materiału odpowiedziało mnóstwo osób. Czyżby życie miłosne Polaków na emigracji kwitło? „Życie miłosne Polaków” – cóż – trzeba przyznać, że częściej pisały Polki, zwłaszcza publicznie. Zastanawiałam się więc początkowo, czy powinnam ograniczyć artykuł do kobiecej perspektywy. Mężczyźni podzielali moje wątpliwości. Z Polakami sprawa wygląda zgoła inaczej (w domyśle: gorzej) – przekonywał mnie jeden pan w wiadomości prywatnej. Cytując innego: moim zdaniem Polkom jest dużo łatwiej randkować w Szwajcarii w porównaniu do Polski, natomiast Polakom odwrotnie – w Szwajcarii jest ciężej. Coś w tym pewnie jest. Ostatecznie natomiast nie zdecydowałam się na wyłącznie kobiecy punkt widzenia, bo otrzymałam w końcu kilka wypowiedzi męskich rodzynków, które przytoczę w tym artykule.

Zdjęcie: Unsplash, Matt Nelson

Dlaczego nie „randki ze Szwajcarami i Szwajcarkami” tylko „randki w Szwajcarii”? W Szwajcarii jakieś 25% populacji ma obce korzenie. Niewątpliwie większość opowieści jest o Szwajcarach, ale nie tylko. Co ciekawe, napisały do mnie nawet trzy polsko – polskie pary, które poznały się na szwajcarskich platformach randkowych.

Na początku spodziewałam się, że skoro zapewniłam anonimowość moim informatorom, to wyjdzie mi opowieść w stylu „Seksu w Wielkim…. ech, no na pewno nie mieście, w końcu to Szwajcaria. Seks na halach? Seks na szlaku? Seks w rzece? Okazało się jednak, że moje wyobrażenie było dalekie od rzeczywistości. O żadnych szaleństwach się nie dowiedziałam. Wręcz odwrotnie! Mnóstwo osób pisało, że na serwisach randkowych poznało swoją drugą połówkę. Co ciekawe, niektóre osoby nawet na owianym złą sławą Tinderze przeżyli „złoty strzał”! Posłuchajcie opowieści Beaty:

Kilka lat temu podczas dłuższego wyjazdu do Szwajcarii postanowiłam odpalić z ciekawości Tindera. Wiadomo, inny kraj, nikt mnie nie zna, przypału nie będzie, że nagle mnie sparuje z kolegą z biurka obok.
Wrzuciłam swoje zwykłe zdjęcie (bardziej „córka rolnika” niż Miss Polonia) oraz prośbę o pomoc w zrozumieniu szwajcarskiego dialektu, bo ja nic a nic! Dość szybko algorytm Tindera połączył mnie z sympatycznie wyglądającym Szwajcarem, który to uczynnie chciał pomóc biednej Polce w potrzebie. Szwajcar był miły, rozmawiało się dobrze, ale pech chciał, że akurat w tym tygodniu musiał odrobić szwajcarską pańszczyznę, czyli służbę wojskową. Zbliżał się jednak wolny weekend, a absztyfikant z Tindera postanowił przyspieszyć bieg tej znajomości i zaprosił mnie na pierwszą randkę. Iść czy nie iść? Co to za typ? A jeśli mnie zgwałci i zamorduje? Ciekawość (albo przeznaczenie) jednak zwyciężyła. Przed spotkaniem zrobiłam jeszcze dokładny research (domowe FBI) w Google na jego temat, a koleżance w Polsce wysłałam jego zdjęcie, imię, nazwisko i miejscowość oraz poprosiłam żeby w razie W była pod telefonem, to będę nadawać z łazienki w knajpie. To wszystko okazało się jednak niepotrzebne, bo mój Szwajcar z Tindera na żywo okazał się równie miły jak w wirtualnym świecie. I może trochę starej daty (albo zrobił research jak podrywać dziewczyny z Polski), bo zapłacił za nas obydwoje, a potem odwiózł mnie do domu. Mimo, że nie spodziewałam się, że ta znajomość przetrwa ze względu na dzieląca nas odległość (1200 km), to jednak stało się inaczej i od ponad roku jesteśmy małżeństwem. Z Tindera
.

Beata poruszyła bardzo ciekawy i kontrowersyjny temat: kto ma na tych randkach płaci? W Szwajcarii nie jest ewidentne to, że rachunek należy do mężczyzny. Powiedziałabym raczej, że z płaceniem jest jak z grą w sapera – łatwo wpaść na minę. Najczęściej płaci ten, który zapraszał, ale jeśli spotkanie było ustalane wspólnie, to każdy płaci za siebie lub mniej więcej 50 – 50. Ale są też wyjątki. Z mojego doświadczenia wynika, że niektórzy Szwajcarzy mają w głowie dziwny przelicznik. Jeden pan (spotkanie bynajmniej nie romantyczne) nalegał, że zapłaci, bo więcej zarabia, a drugi, bo traktuje to jako podatek od bycia mężczyzną. I potem dał mi 10-minutowy wykład o różnicach płac ze względu na płeć. Odebrałam to bardzo pozytywnie, choć byłam nieco zdumiona jego pomysłem walki z niesprawiedliwością 

Jak się domyślacie, Polki różnie podchodzą do kwestii płacenia każdy za siebie na randkach.

Randka ze Szwajcarem. Wysoko postawiony Dyrektor. Przyjechał po mnie, pojechaliśmy na lunch. Pierwsza restauracja – zerknął na menu, zdziwił się i zapytał czy mocno głodna jestem? Mówię, że nie. To pojechaliśmy do McDonald. Zamówił sobie jakiś zestaw, zapytał, co ja chcę. Mówię, że wodę i frytki. No i czekam. A on – to ja mam płacić? Ooohhh zbankrutuje przez te randki. – napisała Marta.

Czasami z tymi zaproszeniami to jednak nie działa. Daria opisała swoje doświadczenie: Pierwsza randka w kinie (tak, wiem, idealne miejsce do rozmów), ale myślę sobie: pójdę, a co mi tam! Raz się żyje! Chłopak pierwszy podchodzi do kasy, zostalam zaproszona to myślę , że kupi bilet dla 2, a tu słyszę : dzień dobry, jeden bilet dla dorosłych. No i poszedł czekać na mnie, aż ja kupię bilet dla siebie. Przynajmniej film był spoko.

Przeczytajcie natomiast, jak to wygląda z męskiej perspektywy:

Polki uważają, że im się należy. Szwajcarki natomiast, gdy wyciągałem portfel, robiły z tego wielkie halo, ale bardzo pozytywnie to w sumie odbierały.

Widząc, że sprawa rachunku jest nam solą w oku, dopytywałam potem większości rozmówców, jak to się odbywało w ich przypadku. Nie dostałam jednak większych rewelacji. Większość dziewczyn odpowiadała, że to mężczyzna zapraszał, więc on płacił. Czyli jednak można spotkać nasze niepisane zasady randkowania również w Szwajcarii. Warto jednak pamiętać, że nie działa to w każdym przypadku.

Kim są randkowicze w Szwajcarii? Natalia twierdzi, że jakieś 70% chłopaków w Zurychu na Tinderze ma na imię Luca, a Kasia dodaje, że pozostałe 30% – Ahmed. Coś w tym może być, i to nie tylko w Zurychu. Sama, nie uczestnicząc w żadnym portalu randkowym, otrzymuję gros wiadomości od lokalnych południowców. Oprócz Szwajcarów, moje rozmówczynie opowiadały o Grekach, Holendrach, Chorwatach i Amerykanach, natomiast jeden z panów po serii nieudanych randek w Szwajcarii związał się z Włoszką.

Wbrew pozorom temat „oni chcą tylko jednego” nie zdominował mojej skrzynki odbiorczej. Pamiętam, że w czasach, gdy jeszcze nie wypadłam z rynku randek, przed pierwszym spotkaniem sprawdzałam każdego adoratora od góry do dołu i mimo deklaracji okazywało się, że jeden na trzech jest w związku. Ani jedna osoba nie opisała mi takiego przypadku w Szwajcarii, co nie znaczy, że problem nie istnieje. Inna sprawa to otwarte propozycje seksualne – jak pisała Kasia, z czasem spędzonym na badoo, rośnie jej w skrzynce odbiorczej kolekcja penisów, o które nigdy nie prosiła.

A jak wygląda kwestia samych randek, poruszanych tematów, problemów, które napotykają nowe związki? Magda napisała, że Szwajcarzy niczym sie nie różnią od panów w innych krajach i ciężko się z nią nie zgodzić po lekturze wszystkich Waszych wiadomości. Tyle w nich traumatycznych, co i ciekawych doświadczeń. Tyle smutku, co i happy endów. Potwierdza się, że trzeba wycałować wiele ropuch, żeby trafić na księcia lub księżniczkę. Choć czasem można wpaść w pułapkę stereotypów. Iza opowiedziała mi dwie sytuacje, które najbardziej ją zabolały:

Rozmawialiśmy przez kilka tygodni. Świetnie się rozumieliśmy. Wreszcie spotkaliśmy i na żywo też było bardzo miło. Jednak nagle przestał się odzywać. Na drugi dzień powiedział, że nie podobało mu się, co powiedzialam o Szwajcarach ( że są zdystansowani, zimni, brak im spontaniczności) i że nie chce się już spotykać. Porozmawialismy o tym i zmienił zdanie stwierdzając, że nie chce być jak typowy Szwajcar i zapytał, czy chciałabym wybrać się na drugą pierwszą randkę. Zarezerwował restaurację na najbliższy dzień, później nawet zaproponowal spędzenie razem weekendu. Wszystko super, a tu nagle na drugi dzień wcześnie rano wiadomość głosowa (tak się porozumiewaliśmy), że on dużo myślał i że ma nadzieję, że będzie miło, ale nie jest tego pewien i że lepiej będzie jak przestaniemy się spotykać.

Najlepsza z tego wszystkiego była kolejna sytuacja pokazująca ich często zauważany brak taktu. To randka z Bumble.
Rozmawiamy i ja nagle jako ze pracuje w firmie farmaceutycznej, powiedziałam, że to na swój sposób mafia. On to podłapał i zażartował,
że w takim wypadku powinnam przemycać skradzione auta z Niemiec. Ok… Stereotyp, który niektórzy Szwajcarzy nadal powtarzają… Zaśmiałam się. Na to on: i wszystkie Twoje koleżanki pracowałyby na Langstrasse… Wiadomo o co chodziło. Popatrzyłam i zapytalam: are you serious? Podziękowałam i poszłam na autobus. Unmatch i goodbye.

Jak widać, stereotypy na temat naszej narodowości nadal się zdarzają. Na szczęście niektóre takie historie dobrze się kończą. Jak opowiadała Agnieszka:

Znajomi mojego chłopaka początkowo byli bardzo sceptyczni i zamknięci, bo nie mówiłam w dialekcie, ale z czasem jak się poznaliśmy, wpuścili mnie do swojego grona, stali się mega otwarci i zaczęli traktować jak „swoją”.

Niektóre osoby na karb różnic kulturowych kładą niepowodzenie w związku. O tym, że Szwajcarzy wszystko robią woooolno słyszałam już wiele i zresztą dobrze to znam z własnego doświadczenia.

Spotykałam się z jednym przez trzy miesiące i fajny był – opowiedziała Laura – (…) spotykaliśmy się albo u mnie albo u niego, ale nie za często, tak co dwa tygodnie i mi to zaczęło przeszkadzać. Chociaż jak już sie widzieliśmy to było fajnie, wspólne kolacje, ale nic poza tym. Nigdy nie poznałam jego znajomych, chociaż spotykaliśmy sie przez trzy miesiące. Ja sie chciałam częściej spotykać, ale on tak nie bardzo proponował. I to mi w nim przeszkadzało, za długo trwała ta faza randkowania i nie widziałam, żeby to się miało zmienić. On miał mało czasu, bo się uczył na adwokata. No i pewnego razu mi napisał, że chyba powinnam być z kimś, kto ma więcej czasu.

I znowu różnice kulturowe, bo jak inaczej to nazwać, w opowieści Celiny:

Przeprowadziłam się tu dla Szwajcara, po roku związku na odległość i mimo że nam nie wyszło, to bardzo się cieszę, bo mogłam doświadczyć tego, jak bardzo jesteśmy różni! Zupełnie inne podejście do związku. Przykłady: gdy byłam bardzo chora, on zdecydował jechać do mamy i zostawić mnie całkiem samą, nie dlatego, że mnie nie kochał, ale uważał to za nielogiczne, żeby przebywać z kimś chorym w jednym mieszkaniu. Miał o wiele więcej pieniędzy ode mnie, więc często jeździł na wakacje sam, bo mnie po prostu nie było stać na wyjazd z nim. Często wracał do domu do rodziców jak na przykład potrzebował się skupić na pracy (nasze mieszkanie we Francji było bardzo małe i niewygodne). Dużo czasu spedzałam sama i zorientowałam się, że nie chce takiego związku. Kiedy postanowiłam odejść, on był bardzo zdziwiony, dla niego to była idealna relacja. Ta relacja mi pokazała, że dla nich milość nie równa się bliskość, przytulanie, czułość. Dla nich ważniejsze jest bezpieczeństwo finansowe, praktyczne rozwiązania, komfort. Miłość jest bardzo logiczna. Jak się rozstaliśmy, to poprosił mnie również, żebym mu oddała pieniądze za jego część czynszu, ktory płacił, jak w większosci nie było go w naszym mieszkaniu… Oczywiście się nie zgodziłam i założył mi pursuit. Nie była to duża kwota i oczywiście nie musiałam jej zapłacić, bo racja była po mojej stronie, ale nie było to miłe doświadczenie. I znowu, dla niego to było logiczne i nie miało nic wspólnego z uczuciami. Co więcej, kiedy się rozstawaliśmy to widać było po nim, że jest bardzo zraniony i zdruzgotany, rozumiał kompletnie, dlaczego podjełam taką decyzję. To doskonale mi pokazało, jak bardzo kulturowo jesteśmy różni.

Zrobiło nam się gorzko, więc czas na trochę międzykulturowej miłości po grób. Oddaję głos Asi:

Wymęczona po polskich doświadczeniach randkowych nie planowałam nic w Szwajcarii. Ale wszyscy znajomi sparowani, więc w końcu się przemogłam, bo zaczęła mi doskwierać samotność. No i przyznaję, że Tinder był najlepszym sposobem na integrację w Szwajcarii. Jeden koleś pokazywał mi Zurych, drugi uczył mnie dialektu, a nawet trzeci zabrał mnie do Appenzellu! Tak naprawdę polecam randkowanie każdemu singlowi i singielce, choćby po to, żeby poznać Szwajcarię. W trzecim miesiącu po przyjeździe poznałam swojego męża Szwajcara. Już dziesięć lat razem, obecnie w trójpaku.

Podobne wrażenia ma Karolka z tęczowej branży:

Nie wiem, czy się powinnam wypowiadać na temat randkowania, bo sumie byłam na randce ze Szwajcarką… raz. Randka była nieudana. Swoją partnerkę poznałam w barze, postawiła mi drinka, a potem przegadałyśmy całą noc. Jak zamknęli bar, siedziałyśmy na krawężniku aż do rana. Nie wiem, czy wiesz, ale jest taki żart:

„- Co zabiera na drugą randkę lesbijka?

– Meble.

– A gej?

Jaka druga randka?”

I my jak w tym kawale następnego dnia przewoziłyśmy moje klamoty do jej mieszkania. Dotąd się z tego śmiejemy. Również z tego, że z charakteru ja jestem bardziej rozsądną Szwajcarką, a ona spontaniczną Polką. To było w 2012 roku. W sierpniu tego roku, jak tylko będziemy mogły, bierzemy ślub.

Marcin dołożył trochę od siebie:

Na początku w Szwajcarii spotykałem się z Polkami i to była tragedia. Ze Szwajcarkami trochę lepiej. Szwajcarki są z jednej strony bardzo nieśmiałe, a z drugiej bardzo zdecydowane i wiedzą, czego chcą. Trochę się bałem, że będą na mnie patrzeć przez pryzmat stereotypów, ale nie, a przynajmniej tego nie zauważyłem. Spotkania ze Szwajcarkami to były ciekawe doświadczenia, ale coś nie wychodziło, w końcu poznałem moją obecną dziewczynę Włoszkę.

I na sam koniec Natalia z ciekawymi spostrzeżeniami:

Ja swojego Szwajcara poznałam przez Tindera. Wydaje mi się, że główna różnica jest taka, jak oni podchodzą do związku i do kobiet. Przede wszystkim wydaje mi się, że nie zwracają uwagi na to, jak kobieta wyglada, tylko czym się interesuje, jakie ma pasje. Z drugiej strony Polki przyzwyczajone są do tego, że są adorowane, w związku ze Szwajcarem bardziej jesteś partnerem. No i temat ślubu …raczej nieistotny dla Szwajcarów. Wydaje mi się, że Szwajcarzy muszą też pobyć z kimś w związku, żeby się otworzyć, nie są tak wylewni jak Polacy. Ale jak już człowiek przetrwa próbę czasu, to moim osobistym zdaniem o wiele lepiej czuje się w związku ze Szwajcarem niż z naszymi rodakami.

Podsumowując – nie da się podsumować. Każdy ma swoją historię. Jedni mówią, że nieważne, jak się toczy, ważne, jak się kończy. Ja za to uważam, że równie istotna jest droga jak i cel. Z każdą porażką, sukcesem, nowym doświadczeniem, uczymy się i poznajemy innych, ale przede wszystkim siebie samego. Czy bez tych traumatycznych sytuacji bylibyśmy sobą? Czy poznalibyśmy osobą, z którą dzielimy życie?

Czy macie coś do dodania? Podzielicie się z nami swoją historię randkowania w Szwajcarii, Polsce lub gdziekolwiek indziej?

Dziś walentynki, więc życzę wam wszystkim ogromu miłości do świata, ludzi, zwierząt, ale przede wszystkim do siebie samego. Gdy nie będziemy sami się kochać, kto zauważy, że jesteśmy godni miłości?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.