Analiza osobowościowa mniejszości portugalskiej w Szwajcarii

Nie dziękuj, panie Nawałka, J.La. zawsze do usług! Wszyscy przecież gramy do jednej bramki. Na następny tydzień zamawiam konieczność przeprowadzenia dogłębnej analizy osobowościowej Belgów lub Walijczyków. Chuj tam, że nie wiem o nich nic, a Szwajcaria ma się do tych krajów jak Loew do zapachu fiołków. Coś się wymyśli. Jak trzeba będzie, to żeby powiązać je tematycznie napiszę o ilości psów bernardynów zamieszkujących Walię albo ulubionych belgijskich piwach Szwajcarów. Chcieć to móc!

Apropos pisania na temat, to pamiętam, że na maturze jeden zdolny kolega aż tak bardzo nie wierzył w swoje umiejętności spłodzenia kilkustronicowego eseju (ja jestem z rocznika ’82 i pisałam jeszcze tę starą maturę), że chciał wykuć na pamięć kilka „pewniaków”, które przy lekkich zmianach będzie można wszędzie wcisnąć.

Czytaj dalej …

Emigracja czyli jak się przyjaźnić… z dala od przyjaciół

Dziś obudziłam się z poczuciem, że czegoś już od dłuższego czasu nie zrobiłam. O joggingu 3 razy w tygodniu pamiętam. Za ubezpieczenie, mieszkanie, prąd i media płacę, nawet czasem się to uda w terminie. O pracy jeszcze nie zdołałam zapomnieć mimo wielu starań. Nawet o blogu pamiętam, co prawda spada mi nieco wydajność, ale nie pracuję tu na akord. Zapomniałam za to całkowicie ostatnio o… przyjaciołach.

Pewnie większości z Was, którzy mieszkacie w jednym miejscu od dłuższego czasu ten problem wydaje się tak sztuczny i wydumany, że aż nieważny wspomnienia. Niejeden pewnie skomentuje: „Przyjaciele mogą się nie widzieć rok, a jak się w końcu zobaczą, to jakby się widzieli wczoraj”. Faktycznie tak jest. Gdy się widzę raz na ruski rok z przyjaciółmi z Krakowa, czy Lublina, Warszawy, Berlina, Hamburga czy Paryża, to nasze rozmowy są głębsze niż Rów Mariański i codzienność nie ma wpływu na nasze relacje.

Czytaj dalej …

Polski Kopciuszek? O, nie! Gdzie Polaków wiedzie ambicja (i kompleksy, ale o tym ciiiiii…)

Wśród moich szwajcarskich znajomych z Vaud jest taka legendarna Polka. Dlaczego legendarna? Bo zawsze widujemy się tylko na minutę podczas jakiś wspólnych imprez, zawsze próbujemy się umówić na dłużej i nigdy nam nie wychodzi! Gdy ja w Polsce, ona ma wolne, gdy ona się włóczy po Andach, ja piszę do niej właśnie smsa z propozycją wspólnego winka…

Dziewczyna pracuje na pół etatu w biurze, na drugie pół w restauracji, a także okazyjnie zajmuje się dzieciarnią i oczywiście robi podyplomówkę, uczy się jakiś egzotycznych języków obcych, a oprócz tego nie zaniedbuje życia towarzyskiego. To taka chodząca legenda, o której wszyscy znajomi Szwajcarzy mówią z nabożeństwem: „Ja zdychałem po tej nocy w klubie przez dwa dni, a Ada miała do pracy na 8…”

Czytaj dalej …

Bo tutaj jest tak…ludzko

Jest jeden fantastyczny aspekt Szwajcarii, o którym chciałabym napisać. Problem jest jednak taki, że brakuje mi słów do nazwania tego po imieniu, ucieka mi sedno sprawy spod klawiatury jak Steve spod prysznica.

Jakiś tydzień temu oglądałam jednak program na RTS1 o tzw. frontalierach – czyli Francuzach codziennie przekraczających granicę w drodze do i z pracy w Szwajcarii. I jeden z nich tak oto odpowiedział na pytanie, dlaczego woli codziennie dojeżdżać po godzinę do pracy: „Oczywiście chodzi o pieniądze. Ale jest coś jeszcze, czego nie można kupić za pieniądze – w Szwajcarii warunki życia i pracy są takie LUDZKIE.” Czytaj dalej …

Lepiej mieć rozwaloną szafę niż raka

Tak właśnie sobie powtarzamy ze Stevem od przedwczoraj. Jak nas jednak łapie za gardło żal za tymi tysiącami franków wyrzuconymi w błoto, dodajemy: To tylko mebel. A co, jakbyśmy byli chorzy? A co, jakby ktoś z naszych bliskich umarł? A co, jakby wybuchł pożar (bo jeszcze nie przepisaliśmy ubezpieczenia na nowy adres)?…

Dla niewtajemniczonych: w sobotę przeprowadzaliśmy się na nowo kupione mieszkanie. Wcześniej Steve nie miał czasu szukać ekipy budowlanej w celu remontu, dlatego ja się zobowiązałam, że znajdę jakąś polską, fajną firmę. Poszukiwania opisałam w lipcowym artykule. Myślałam, że wszystko będzie cacy, w końcu z Polakami zawsze jakoś się będzie można dogadać. Czytaj dalej …

Szwajcarskie BlaBliBlu

Oto mój własny, prywatny emigracja blues blog z kraju serem fondue płynącym. Nigdy nie spodziewałam się, że wyląduję poza Polską, a szczególnie w Szwajcarii. Nie przepadam za krówkami z dzwoneczkiem u szyi, na sam widok Alp dostaję zadyszki, a ser to ja ewentualnie lubię na zapiekance. Ale za to lubię takiego jednego o niebieskich oczach, który na nieszczęście urodził się 1500 kilometrów ode mnie.
Mój blog jest o życiu tutaj, o życiu w ogóle, o stereotypach i języku. Wszystko to śmiechem – żartem, z przymrużeniem oka, które jest tak ważne w każdej trudnej sytuacji daleko od domu.

Na zdjęciu widoczne szwajcarskie krowy