Poród w szwajcarskim szpitalu – jak się rozmnożyć w Szwajcarii i nie zwariować

Dzisiejszy artykuł powstał we współpracy z kilkoma supermamami i jednym supertatą. To odpowiedź na apel mojej ciężarnej przyjaciółki: „Wiesz, szukałam jakiś informacji na polskich forach na temat porodów w szwajcarskich szpitalach, ale oprócz mnóstwa bzdur i straszenia nie znalazłam nic konkretnego. Ty mogłabyś o tym napisać!” Mile podłechtana pomyślałam sobie, jakie rady mogłabym dać przyszłym mamom. Chyba tylko „jedź do szpitala i się nie przejmuj, jakoś ci to wyjmą…” Widzę jednak oczami wyobraźni te wielkie zszokowane oczy czytelniczek i jakoś ta rada mi więźnie w gardle.

baby-1299514_1280

Dlatego też swoim sposobem postanowiłam zwrócić się o pomoc dziewczyny, które miały za sobą już takie doświadczenia w Szwajcarii. Tworzyłam już takie artykuły – bez absolutnie żadnej wiedzy, korzystając wyłącznie z praktyki moich czytelników – i myślę, że taka forma się sprawdza. Przecież to nie jest tak, że będę zawsze specjalistą od wszystkiego, a dlaczego mam się ograniczać, skoro mogę poprosić o pomoc?

Czytaj dalej …

Dziecko – poradnik przetrwania w Szwajcarii

Wiem, wiem, co powiecie. Szwajcarskie Blabliblu mówiące o dzieciach to tak jak historycy omawiający powody spadających samolotów. Hmmm… Jakby co, nikt nie mi powie, że to ja wprowadziłam ten precedens!

Ale zaraz, zaraz: ja wszystko wiem o dzieciach! Co prawda w książce „Dziecko – poradnik” doszłam tylko do Rozdziału 1 pt. „Jak to zrobić – zagadnienia praktyczne”, ale ten rozdział przerobiłam bardzo gruntownie!

Czytaj dalej …

Różne style wychowywania dzieci – PROJEKT dziecko czy dziecko mimochodem

Ostatnio poznałam bardzo fajną Szwajcarkę, matkę trojga. Szwajcarka pracuje na 60%, chodzi raz w tygodniu na siłownię, uczy się włoskiego i robi kurs księgowości. Dwójka dzieciaków chodzi do szkoły, jedno do przedszkola na 3 dni w tygodniu, oprócz tego w domu jest zatrudniona niania na 4 dni w tygodniu.

Koleżanka wraz z mężem pracuje dla jednej korporacji, „dzięki” czemu miała możliwość mieszkać po kilka lat w różnych miejscach w Europie – pierwszy syn urodził się w Berlinie, drugi we Francji, a najmłodsza córeczka w Szwajcarii. Przyznaję, że to właśnie ona otworzyła moje oczy na znaczące różnice w podejściu do wychowywania dzieci w Polsce a w Szwajcarii… Czytaj dalej …

Matka Polka kontra „w rzyci to mam” Szwajcarka

Księżna Kate urodziła małego synka. Dzień po porodzie wyszła pozdrowić tłumy w delikatnym makijażu, skromnej sukience i z zawiniętym w estetycznym kocyk dzieciątkiem. Uosobienie zadbanej, szczęśliwej matki. W zasadzie nic wielkiego, nie ma o czym gadać, oprócz jednej znamiennej rzeczy. Oprócz znaczącej większości polskich komentarzy w stylu: „i co z tego?”, czy „kogo obchodzi jakiś bachor?”, można było zauważyć następujące: „biedna Kaśka, ja na drugi dzień po porodzie leżałam ledwo żywa w wyciągniętym dresie”, „no nie, nad nią chyba przez kilka godzin pracował sztab specjalistów, żeby tak wyglądać po porodzie!”, czy „ja włosy umyłam dopiero chyba po tygodniu, bo nie miałam kiedy”.

Moja koleżanka Szwajcarka dwa miesiące temu urodziła dziecko. Mój chłopak ma być jego ojcem chrzestnym, więc dzień po porodzie zjawiliśmy się w szpitalu z koszykiem ubranek, zabawek i butelką dobrego wina (ach, Ci Helweci!). Jak wyglądał szpital, to nie skomentuję, bo to temat na oddzielny artykuł. Dodam tylko, ze zapytałam: „Kochanie do szpitala się wchodzi przez galerię sztuki?”, a jak otrzymałam odpowiedź negatywną: „Ale to szpital prywatny?” I tu znów pudło. W pokoju, gdzie miała się znajdować Sophie powitał nas ojciec dziecka z położną i małym zawiniątkiem. Gdzie Sophie? Na to położna: skorzystała z usług kosmetyczki domowej. Będzie dostępna dopiero za jakąś godzinę, a ja tutaj zajmuję się małym razem z tatusiem. Czytaj dalej …

Ale barszcz, czyli jak zostałam bohaterką narodową Szwajcarii

Pewnego popołudnia siedziałam z chłopakiem i dwójką szwajcarskich przyjaciół i ich maluchem lat 0,7 pijając kawę tudzież mleko. Upał, temperatura 37 w cieniu, nawet gadać się nie chce, więc leniwie obserwujemy jak małe bébé toczy się gdzieś w krzoki. O, barszcz taki wielki, a dziecko takie małe. O, barszcz… Barszcz!

Więc krzycząc przeraźliwie:

–       Weed, weed, Barszcz Sosnowskiego!

rzuciłam się w stronę niemowlaka, złapałam go za fraki i bohatersko wyciągnęłam spod zielska. Cała reszta towarzystwa nieco zamarła, bo jak dotąd bałam się nawet pogłaskać dzieciątko, żeby go nie złamać, bo wydawało się jakieś takie wątłe i łamliwe.

–       Dajcie jej tego zioła, jak chce, bo zaczyna wariować. – stwierdził ojciec dziecka.

–       Nie, ona chce zupy z buraków. – powiedział mój szwajcarski chłopak, znawca kuchni polskiej. – Kochanie, z dziecka nie zrobimy zupy, lepiej kupić jakieś kości. Czytaj dalej …