Räbeliechtli – paradę z lampionami z rzepy czas zacząć!

Czy zrobiliście w tym roku lampion z dyni? A może jednak… z rzepy? Jeśli to drugie, to znaczy, że Wasze dzieci na pewno chodzą do szwajcarskiego przedszkola!

Gdy nadmiar cukru i wspomnienia udanych psikusów sprawiają, że mali Amerykanie zapadają w po-haloweenową drzemkę trwającą do świąt, mali Szwajcarzy niemieckojęzyczni pracowicie rzeźbią swoje rzepy i przygotowują się do tradycyjnego listopadowego pochodu z lampionami w dłoniach – Räbeliechtli!

FullSizeRender
Zdjęcie: Anna Stępień

Czytaj dalej …

Szwajcarski design, czyli subiektywny zbiór rzeczy prostych i pięknych

… i użytecznych, choć nie w każdym wypadku.

Oto szwajcarska odpowiedź na wszechobecny szwedzki minimalizm, który daje wrażenie, że wszystkie wnętrza i elementy dekoracji wyglądają tak samo (i stosowane bezmyślnie mogą być nudne jak flaki z olejem). Macie już dosyć białych, nieoheblowanych mebli o nazwie Kotbular, co najprawdopodobniej znaczy „jesteś prosiaczkiem, ty nie-Szwedzie”? Zaproponuję Wam chłodną logikę, ponure piękno industrializmu i hipnotyzującą precyzję najdrobniejszych detali w bardzo szwajcarskim stylu.

Nie jestem wielką znawczynią sztuki, więc nie chcę tego przedstawiać jako dominujący trend w Szwajcarii i dorabiać do tego jakieś szumne ideologie. Ot tak, po prostu, wybrałam dla Was kilka elementów szwajcarskiego designu i sztuki, które razem tworzą całkiem spójny obraz.

Szwajcarski Zegar Kolejowy Mondaine

Klasyka XX-wiecznego szwajcarskiego designu obecna na każdym szwajcarskim dworcu kolejowym. Minimalistyczny czarno-biały zegar z czerwonym akcentem został zaprojektowany przez szwajcarskiego inżyniera Hansa Hilfikera w 1944 roku na zamówienie Szwajcarskich Kolei. Wskazówka sekundowa, której kształt jest inspirowany sygnalizatorem dróżnika została dodana dopiero w 1953 roku.

Mechanizm zegara Mondaine jest dostosowany do szczególnych wymagań kolei. Wszystkie zegary kolejowe są zsynchronizowane: o każdej pełnej minucie otrzymują impuls elektryczny od głównego zegara sterującego. Ten impuls przesuwa wskazówkę o jedną minutę. Czerwona wskazówka sekundowa przesuwa się niezależnie od głównego mechanizmu sterującego. Jej obrót dookoła osi zegara nie trwa minutę, ale 58,5 sekundy. Następnie wskazówka zatrzymuje się 1,5 sekundy na górze czekając na impuls, żeby rozpocząć kolejną rotację.

Czytaj dalej …

Ostatni rewolucjoniści. Szwajcarski Belfast i spór o tożsamość

Posłuchajcie historii o jurajskich separatystach! Tak, tak, Szwajcaria też ma swoich buntowników. Nikt jednak nie jest aż takim straceńcem, żeby próbować się od niej odłączyć. Co to to nie – a nawet odwrotnie – niektórzy nieśmiało, i trochę w żartach, proponują przyłączenie się do Konfederacji („A jakby tak wypowiedzieć wojnę ze Szwajcarią i od razu się poddać?”).

Szwajcaria ma za to buntowników międzykantonalnych! Żeby jednak pojąć całkowicie problematykę walki o autonomię regionów, musicie zrozumieć, że szwajcarskie kantony o to wiele więcej niż nasze województwa. Można je porównać do amerykańskich stanów, choć to jest również niezbyt trafione zestawienie. Otóż Szwajcarzy mają bardzo emocjonalne podejście do swoich kantonów. Zwykło się mówić, że mieszkańcy górskiego kantonu Valais są przede wszystkim Valaisańczykami, a dopiero potem Szwajcarami, tak samo jak mieszkańcy włoskojęzycznego Ticino – przede wszystkim Ticinesi… Na domach flagi kantonów powiewają na równi z białym krzyżem na czerwonym tle, a przywiązanie Szwajcarów do swoich regionów jest wręcz legendarne i można o nim opowiadać godzinami. Na przykład, według moich nieformalnych doniesień, w niektórych regionach nie da się kupić nieruchomości bez nazwiska pochodzącego z danych okolic (nawet rodowity Szwajcar z innego kantonu nie będzie w stanie nic wskórać!).

W tych pięknych okolicznościach przyrody jest jeden podzielony region. Mieszkańcy Moutier już w przyszłym tygodniu zdecydują, dla kogo bije ich serce… Ale o tym opowie Wam Tomek Streit, gość na moim blogu. (Powitajcie Tomka brawami, róbcie sobie kawkę i zasiadajcie do lektury!)

Na fladze kantonu Jura znajduje się pastorał albo po prostu biskupia laska (ten sam symbol widnieje we flagach kantonów Basel-Stadt i Basel-Landschaft) i siedem biało-czerwonych pasów, które symbolizują siedem historycznych okręgów, z których składało się katolickie Biskupstwo Bazylei. Połowa z nich należy obecnie do kantonu Bern. A jeden do Francji.

Czytaj dalej …

O stukrotnej śmierci piękna i sprzedaży siebie

Dzisiejszy artykuł będzie dziwny. Dużo słabo powiązanych ze sobą historii i zero pointy. Ale ja po prostu nie mam do tego żadnej pointy. Albo inaczej: mam, ale taką babciową, o tym, że świat schodzi na psy, a piękno umiera. I nikogo to kurwa nie obchodzi.

One of the wonders of the world is going down (…)

It’s one of the blunders of the world that noone cares, noone cares enough

Tak śpiewał mój ukochany Porcupine Tree w „Sound of Muzak” na płycie „In Absentia”, za którą notabene dostał solidne bęcki od true fanów. Bo niby płyta za ostra, za ciężka, znaczy się… zespół się sprzedał. Gdyby ironia miała imię… Wróćmy jednak do moich anegdotek.

Pierwsza historia będzie bardziej o biznesie niż o pięknie. Niedawno zadzwonił do mnie szwajcarski kolega z prośbą o pomoc. Sprawa tyczyła się kilku polskich klientów, z którymi nie za bardzo wiedział, co zrobić. Żebym zrozumiała cały problem, wytłumaczył mi kontekst. Kolega stworzył ze swoją ekipą dość popularny program. Otóż, żeby pozbyć się nieustannych próśb o wsparcie techniczne i wszechobecnego hejtu, postanowił, zamiast oferować swój program za darmo dla podstawowych użytkowników, sprzedawać licencję… za 1 dolara na rok (albo 2 dolary – szczegółów nie pamiętam). Śmiał się z tego bardzo, że tą jedną decyzją wymiótł sobie genialnie swoje podwórko. Bo stracił jakieś 60% użytkowników, ale razem z nimi odszedł… hejt! No, prawie… i dlatego ja mu byłam potrzebna.

Czytaj dalej …

Albert Hoffmann i LSD – kapryśny lek na duszę

Otwórzcie oczy! Otwórzcie drzwi postrzegania. Uczcie się empirycznie; patrzcie na świat tak jakby jeszcze nie dotknęła go ludzka stopa. Dziś największym problemem jest to, że ludzie żyją w miastach, gdzie wszystko jest martwe. Świat materialny, stworzony przez człowieka, jest martwy – w końcu zniknie i umrze. Wyjedźcie z miast, idźcie na łąkę, do ogrodu, do lasu. Należycie przecież do świata natury. Jesteście integralną częścią cyklu życia. Otwórzcie oczy i dostrzeżcie brąz i zieleń ziemi i światło, które jest esencją natury. Zrozumcie, że można doświadczać piękna i tego głębokiego znaczenia, które jest istotą naszego związku z naturą – Albert Hoffmann

Czytaj dalej …

Makabra w szwajcarskiej odsłonie

Przerażające stroje i maski karnawałowe, folkowe zwyczaje, którym bliżej do pierwotnych, ponurych wizji braci Grimm niż niewinnej estetyki Disneya, ossuaria, diable jaskinie, muzeum, gdzie wystawia się woskowe maski zmarłych na obrzydliwe choroby, Schmutzli – czyli ciemna strona Mikołaja – Szwajcarzy dzielą z autorką Szwajcarskiego Blabliblu zamiłowanie do grozy i makabry.

I co ciekawe, nawet obecnie w erze banalizacji straszydeł, wycinania niewygodnych wątków z bajek i wmawiania dzieciakom, że królewnę rozbudził książę niewinnym pocałunkiem, a siedmiu krasnoludków żyło długo, zdrowo i dziewiczo w swojej kopalni, Szwajcarom nigdy zapewne nawet na myśl nie przyszło, żeby cenzurować swoje tradycje. W końcu przetrwały w znakomitym stanie czasy agresywnej walki chrześcijaństwa z pradawnymi wierzeniami ludów alpejskich, dlaczego więc miałyby się poddać wszechobecnej infantylizacji folkloru?

Zacznijmy od tradycji związanych z rytuałem odpędzania demonów zimy, nocy i przywoływania słońca i wiosny. Jak zapewne wiecie, Szwajcaria jest wielokulturowa, a dzięki swojemu wyjątkowemu ukształtowaniu terenu wiele zwyczajów jest bardzo lokalna, ograniczona tylko do jednej doliny, czy nawet jednej wioski. Co ciekawe, większość tradycji jest kultywowana z niezwykłą wręcz pieczołowitością. To nie jest tak jak w Polsce, że folklor należy dla dzieci, które z niechęcią odchodzą od swoich tabletów, żeby przebrać się w brudne prześcieradło i zaśpiewać pierwszą zwrotkę kolędy w oczekiwaniu na kieszonkowe. Bynajmniej. Uczestnictwo w przedstawieniach, pochodach, orkiestrach i innych zgromadzeniach jest w Szwajcarii prawdziwą nobilitacją, zwyczajem, który przechodzi z ojca na syna oraz zwykle jest ograniczone wyłącznie dla osób dorosłych.

Karnawał w Bazylei

Jest wiele szwajcarskich zimowych i zimowo-wiosennych tradycji ocierających się o makabreskę. Jednak jedną z najważniejszych i najbardziej znanych tradycji jest karnawał zwany tu Fasnacht. Jeśli nie uczestniczyliście nigdy w szwajcarskim karnawale, być może przed oczami Wam stoją roznegliżowane tancerki samby w leciutkiej połyskliwej masce. Nic takiego Was tutaj nie spotka. Jeśli jednak „It” Stephana Kinga zostawiło niezatarty ślad na Waszej psychice, polecam raczej wybrać się do Brazylii niż do Szwajcarii. Przebrania podczas szwajcarskiego karnawału dominują wielkie, średniowieczne, karykaturalne maski personifikujące upiorne ptaki, czarownice, diabły. Nie jest jednak nawet ważne to, jaką postać taka maska przedstawia, bo nawet te najniewinniejsze, wesoło uśmiechnięte są co najmniej niepokojące. Przebrani w nie Szwajcarzy pokazują swoją niecodzienną, zabawową naturę. W związku z tym do głowy przyszło mi znamienne zdanie Oskara Wilde’a: „Człowiek jest najmniej sobą, gdy przemawia ukazując swoją twarz. Daj mu maskę, a powie ci prawdę”.

Czytaj dalej …

W czasie deszczu dorośli się nie nudzą w Lozannie, czyli Muzeum Szalonej Sztuki!

Lato nas nie rozpieszcza. Szwajcaria przypomina nieco Irlandię. Lato przyszło, bo deszcz staje się nieco cieplejszy. Piękne letnie sukienki i kolorowe stroje kąpielowe przechodzą szafą, stopy przechodzą gumą, a baseny przechodzą na drugą stronę ulicy jak Cię widzą.

Co robić w kolejny deszczowy weekend w Szwajcarii, gdy się już wykorzystało już wszystkie zimowe rozrywki? Moja rada jest następująca: przestań przejmować się pogodą!

Czytaj dalej …

Ballada o miotle i róży

Jak często przechodzimy obok ich nie widząc. Patrząc na nich jak na ścianę, meble czy część infrastruktury miasta. Ludzie w pomarańczowym stroju z miotłą i wózkiem, ekspedientki, ogrodnicy, sprzątaczki. Im bardziej prozaiczną pracę wykonują, tym mniej widzimy w nich człowieka, a bardziej mundurek. To zdarza się wszystkim. Ile razy patrzyłam na panią w kasie właściwie jej nie widząc i mechanicznie odpowiadając Bonjour, Merci i Au revoir.

A stałam też po drugiej stronie kasy, więc powinnam pamiętać, jak to jest być przezroczystą. Pamiętam, że kiedyś zarabiałam na rejs na Islandię smażąc frytki w barze nad jeziorem w bardzo wschodniej Polsce. Bardziej na wschód już być nie mogło, bo to było Jezioro Białe przy Włodawie (wtajemniczeni pewnie znają te krokodylsko – bandziorskie klimaty i łapią się za głowę).

Czytaj dalej …

Podaj mi lornetkę i chodźmy pogapić się w niebo, czyli o depresji w Szwajcarii

Szwajcarzy cierpią inaczej niż my. My cierpimy, bo przed nami jeszcze tyle pięknych Mercedesów, a dzieciorom trzeba kupić nowe cichobiegi, bo w starych palce wychodzą same na spacer bez udziału reszty ciała. Szwajcarzy cierpią, bo mają te wszystkie piękne Mercedesy, cichobiegi na resorach i właśnie odkryli bardzo zdziwieni, że nie o to chodzi w życiu. Czyli, jakby powiedziała zdroworozsądkowo pani Jadźka z warzywniaka na rogu: w dupach im się poprzewracało!

Depresja w Szwajcarii

Czy wiecie, że aż jeden Szwajcar na sześciu cierpi na typowe objawy depresji, czyli chroniczne zmęczenie, bezsenność, stany lękowe, czy niezdiagnozowane bóle pleców?

Czytaj dalej …