Mity dotyczące życia w kraju wielojęzycznym

Jak się żyje w kraju wielojęzycznym? – na to pytanie odpowiadam dziś dwustopniowo: w poniższym artykule rozwieję kilka mitów, które najczęściej się pojawiają w kontekście języków używanych w Szwajcarii, natomiast na blogu grupy kulturowo-językowi opowiadam o codzienności w kraju wielojęzycznym.

Jeśli chcecie się dowiedzieć, w jakim języku rozmawia Urs z St. Gallen z Celine z Genewy, w jakim języku Szwajcarzy śpiewają hymn, a także, co oznacza pojęcie Roestigraben (pl. granica roesti), koniecznie zajrzyjcie do artykułu mojego autorstwa opublikowanego na blogu grupowym: TU.

Gorąco do tego zachęcam, ponieważ powyższy artykuł stanowi wstęp do poniższego tekstu i całkiem nieźle tłumaczy kwestie wielojęzyczności w Szwajcarii.

thelocal.ch

A teraz rozprawmy się z tymi przesądami światło ćmiącymi!

Czytaj dalej …

Gryzonia czy Graubünden? Zurych czy Züri? Czyli polskie nazwy szwajcarskich nazw geograficznych i ich pochodzenie

Już na samym wstępie zaznaczę – nie jestem purystką językową ani typem srogiej nauczycielki z linijką. Błędy, szczególnie te leksykalne, potrafią być twórcze i piękne. Czasami o wiele lepiej wyrażają stan emocjonalny, opisują sytuację czy wygląd niż skodyfikowane w słowniku wyrazy. Również mieszanie w gramatyce może być szalenie kreatywne. Sama zresztą uwielbiam żonglerkę znaczeniami i niezmiernie doceniam tych, którzy potrafią operować językiem na tyle sprawnie, żeby uradować dziewczynę.

Jednak poza innymi niezamierzonymi atutami, język to przede wszystkim narzędzie komunikacji. Więc jeśli ktoś mówi lub pisze nieprawidłowo, ale go rozumiem, to ani go nie poprawiam, ani go nie edytuję, ani nie wysyłam w jego kierunku mentalnych przekleństw. Dogadujemy się i gitara! Moja cierpliwość ma za to swoje skończone granice, jeśli chodzi o tzw. gramatycznych nazistów. Nie ma jak całkowicie zdominować dyskusję uwagami na temat odmiany słowa „bohater” w dopełniaczu zupełnie zapominając o sensie dyskusji. Dlatego zupełnie mi nie przeszkadza, gdy ktoś pisze na jakimś forum polonijnym: „Jestem w Züri”, „Jadę jutro do CH”, „Szukam transportu do swiss”, mimo że to są takie troszkę potworki. Rozumiem? Rozumiem. Nie zamierzam z autorami prowadzić intelektualnych dyskusji o sensie życia, sztuce i powojennej literaturze amerykańskiej, tylko chcę się z nimi zabrać samochodem, sprzedać/kupić, czy przedyskutować konkretną kwestię.

Czytaj dalej …

Jak sprawić, żeby Twoje dziecko było w pełni dwujęzyczne na emigracji? – Polskie Szkoły Internetowe “Libratus”

„Wyjedziemy do Szwajcarii, mąż będzie mówił po francusku, ja po polsku, razem po angielsku, w szkole dojdzie niemiecki, więc moje dziecko już w wieku dziesięciu lat będzie płynnie mówiło w czterech językach… A co się douczy potem, to już czysty bonus!” – tak się słyszy zwykle od młodych stażem emigrantek.

„No, Piotruś to już płynnie mówi w czterech językach, a uczy się jeszcze dwóch” – opowiadają te starsze stażem.

facebook spons

 

Tak, taki właśnie jest stereotyp dzieci trzeciej kultury, w którym oczywiście jest mnóstwo prawdy. Dzieci Polaków na emigracji faktycznie często świetnie sobie radzą żonglując dwoma, trzema językami. „Często” nie znaczy jednak „zawsze”. I to „często” dość rzadko oznacza pełną dwujęzyczność – czyli płynność i w mowie i w piśmie. A poza tym mam wrażenie, że ten stereotyp jest szalenie krzywdzący. Nawet nie wiecie, ile razy, jako nauczycielka języka polskiego spotykam się z pogrążonymi w wyrzutach sumienia Polakami, których dzieci nie mówią po polsku lub mówią bardzo słabo. Gdzieś ktoś po drodze popełnił błąd, albo po prostu pewne rzeczy nie wyszły tak jak się chciało.

Czytaj dalej …

Problem z dwujęzycznością…

Dzisiaj postanowiłam zrobić coś, czego dotąd nie było: opublikować e-maila od czytelniczki. Nie obawiajcie się jednak – to wyjątkowa rzecz: otrzymałam zielone światło na publikację tej wiadomości i radykalnie zredagowałam fragmenty, które mogą wskazywać na autorstwo listu. Nie publikuję nigdy materiałów, które otrzymuję w zaufaniu bez wyraźnej zgody autora, inaczej nikt nie chciałby ze mną rozmawiać.

Czytelniczka prosi mnie w nim o radę i pomoc i ja się tego zadania podjęłam. Przyszło mi do głowy jednak, że po pierwsze co kilkaset głów to nie jedna, a po drugie – to jest naprawdę fajna historia emigracyjna, która przeczy wielu stereotypom.

Czytaj dalej …

Piąty język Szwajcarii – język angielski

– Dogadam się po angielsku, niemiecki tylko podstawy. Powiedz mi – poradzę sobie w Szwajcarii?

Nawet nie wiecie, ile już otrzymałam takich wiadomości. Albo – angielski biegle, francuski na poziomie A2, czy znajdę pracę? Przykładów mogłabym podawać bez liku. Dziwne jednak, że nikt niewiele osób podaje, jakiej pracy szuka, jakie ma kwalifikacje i gdzie konkretnie zamierza mieszkać (miasto-wieś-region?).

Tymczasem Szwajcaria jest zupełnie inna niż popularna wśród naszej Polonii Wielka Brytania i nie da rady powiedzieć, czy „tak ogólnie” A2 z angielskiego wystarczy, czy może jednak niezbędna byłaby znajomość języka narodowego kantonu?

board-64271_1280

Czytaj dalej …

Mój nowy uczeń polskiego

Dzisiaj będzie o języku i zimnych skokach do wody. A to wszystko dzięki mojemu nowemu uczniowi języka polskiego – Nicolasowi. Nicolas to Szwajcar około 30-stki. Dlaczego to on sponsoruje dzisiejszy artykuł? Bo jest wyjątkowy! Na czym polega ta wyjątkowość? Nie ma polskich przodków ani polskiej dziewczyny / chłopaka? Nie… To akurat wspólna cecha charakterystyczna wszystkich moich uczniów bez wyjątku. Nicolas, Panie i Panowie, nie mówi ani słowa po angielsku.

Francuski nie jest mi już jednak tak straszny jak na początku, także się tym nie łamię. Mogę tłumaczyć zawiłości aspektu dokonanego i niedokonanego w języku Prousta i Sartre’a (choć w moim wykonaniu to jest bardziej język Mata Pokory i Davida Guetty po ceremonii otwarcia Euro 2016 i na koksie). Ale, mili Państwo, ja nie rozumiem ani słowa z smsów w wykonaniu mojego ucznia!

Czytaj dalej …

Na tropie czwartego języka Szwajcarii – romansz

Bun di, Panie i Panowie, witam wszystkich serdecznie w tym czwartym, najbardziej tajemniczym języku narodowym Szwajcarii – języku romansz. To taki język jak Yeti – wszyscy widzieli – chociażby na czterojęzycznych tabliczkach w szwajcarskich pociągach czy na szwajcarskich paszportach – a niewiele kto słyszał. Jaka jest prawda? Czy jest to rzeczywiście martwy język podtrzymywany respiratorem pasjonatów i grup folklorystycznych, czy faktycznie funkcjonuje i się rozwija?

Czytaj dalej …

Tajemnicze źródło motywacji do nauki języka polskiego

Moi uczniowie języka polskiego odkryli jakimś dziwnym sposobem źródło odwiecznej motywacji do nauki. Najprawdopodobniej piją z tego źródła jak Marian jagodziankę na kościach i uczą się aż furczy zawstydzając nieustannie swoją nauczycielkę. Bo to ja przecież powinnam siedzieć i wkuwać francuskie słówka, trenować język i gardło wymawiając ichniejsze „r” pięćset razy na minutę.

Moja motywacja przecież nie dość, że wita mnie każdym razem po powrocie z pracy, to jeszcze atakuje mnie ustami wrednych Szwajcarów mniej więcej co minutę. Tymczasem mi się czasem zwyczajnie nie chce, wolę czytać po polsku lub angielsku, wolę oglądać filmy w oryginale, wolę nie ruszać zgrzanego mózgu…

Czytaj dalej …

Mądrości ludowe Szwajcarów – szwajcarskie powiedzenia i przysłowia

„Przysłowie mądrością ludu” – jak to się mówi. I tak to wygląda – wiele przysłów i powiedzeń odsłania charakter i dążenia danego narodu. Dlatego czasem napotykamy wiele przeciwstawnych złotych myśli – od naszych europejskich porad, by „chwytać dzień”, zapewnień, że „każdy jest budowniczym swojego życia” do buddyjskich nauk, żeby płynąć z prądem i akceptować wszystko to, co przyniesie nam los (i nie próbować o to walczyć). Jak w świetle tej teorii wygląda szwajcarska „osobowość”? Co wbija dzieciakom do głowy szwajcarska Mutti gdzieś tam na alpejskich halach?

Czytaj dalej …

O cudownych błędach i językach środka

Już tydzień temu wróciłam do Szwajcarii z wiosennych wojaży, ale mentalnie jeszcze strugam kijaszka w gdzieś tam pośród soczystej zieleni pól ryżowych Indonezji. Dlatego jakoś nie mogę się przemóc, żeby wrócić do pisania o alpejskich dumnych szczytach, czy fascynujących aspektach demokracji bezpośredniej. Wylewają się jednak ze mnie słowa na papie… ekran, dlatego napiszę Wam dzisiaj o naszym obecnym lingua franca – angielskim. Nie o angielskim używanym przez rodowitych Anglików w Anglii, ani nawet o jego dialektach, tylko właśnie o tym cudownym aspekcie angielskiego.

Jeszcze za czasów studenckich na koszmarny egzamin z Teorii Językoznawstwa uczyłam się o językach „środka” stworzonych do komunikacji pomiędzy przedstawicielami różnych kultur. Na przykład taki Tok Pisin z Papui Nowej Gwinei (nazwa języka to nieco zniekształcona forma Talk Business). Przyjechali Anglicy ze szklanymi koralikami, żeby handlować z ludożercami, ale angielska trudna języka, trzeba było stworzyć prosty język do komunikacji będący mieszanką angielskiego i grupy języków używanych w Azji Południowo-Wschodniej. Tok Pisin ewoluował, ewoluował, żeby stać się jednym z języków urzędowych i dla bardzo wielu małych Gwinejczyków pierwszym językiem. Czytaj dalej …