Wieczysta, zbrojna neutralność Szwajcarii, czyli „gdy pragniesz pokoju, przygotuj się do wojny”*

* Si vis pacem, para bellum

Neutralność to nie pacyfizm. Te dwa pojęcia są często mylone: „Kraj neutralny to kraj bez wojska.” „Po co komu wojsko, skoro się nie zamierza prowadzić wojny?” Ano właśnie po to, żeby tej wojny nie prowadzić! W końcu, jak mówi łacińskie przysłowie „gdy pragniesz pokoju, szykuj się do wojny”. I to jest maksyma, która przyświeca uzbrojonej po zęby, ale neutralnej Szwajcarii.

Co to jest neutralność?

Państwo neutralne w danym konflikcie zbrojnym nie może w nim uczestniczyć ani udzielać jakiejkolwiek pomocy jego stronom. Państwo neutralnie wieczyście nie może również należeć do żadnych sojuszy wojskowych i przystępować do działań zbrojnych podejmowanych na terenie innych państw. Może natomiast mieć własne siły zbrojne do ochrony swojej niepodległości i integralności terytorialnej.

Czytaj dalej …

Szwajcarskie alkohole dla polskiej cioci i wujka

„Co powinienem kupić w prezencie dla cioci / wujka na święta ze Szwajcarii? Myślałem o jakimś fajnym tradycyjnym alkoholu, ale nie bardzo się na tym znam. Mogłabyś mi coś podpowiedzieć?”

To jedna z wielu podobnych wiadomości prywatnych, którą wrzucam do mojej prywatnej kategorii „szwajcarskie prezenty alkoholowe – ajuto!”. No tak. Tyle, że to nie jest takie proste. Oczywiście, mogłabym bezdusznie po prostu podać kilka nazw alkoholi, dodać „pozdro!” i zakończyć tym odpowiedź. Ale wiedziałabym, że jeśli tak odpowiem, bardziej skrzywdzę mojego rozmówcę, niż mu pomogę. Jego ciocię i wujka też… Więc pracowicie stukam w klawiaturę, że wszystko zależy od upodobań, palety i wielu innych czynników. A z drugiej strony zwykle znajduję niezrozumienie i wyobrażam sobie jakiegoś zdumionego czytelnika, który czyta te wszystkie moje disclaimery i myśli sobie: „Dziewczyno, po co ty mi się tu produkujesz? Nazwy mi podaj, nazwy!”… Dlatego postanowiłam raz na zawsze to załatwić. Artykułem.

Bo wiecie, moi drodzy, ludzi pijących alkohol dzieli się na dwie kategorie: ciocie i wujków. Tak trochę szowinistycznie mi to wyszło, ale mam dziwne wrażenie, że jakoś tak to się układa. Przy czym kobiety mogą być wujkami, a większość mężczyzn to tak czy inaczej ciocie. Wujkowie, powiedziałabym, szczególnie w Polsce, to wyjątki.

Kto to jest alkoholowa ciocia? Ta najcudowniejsza istota pod słońcem. Jej domowe nalewki zawojowały niejedną imprezę i były przyczyną wielu głębokich rozmów z porcelanowym niedźwiedziem. Ciociowa wiśnióweczka to rarytas. Wino z jabłek zamiata i niszczy. Likier cytrynowy ma swoją własną osobowość. Ciocia piwem oczywiście też nie pogardzi (chcesz soku malinowego czy imbirowego?). Ciocia to w dodatku pies na nasze polskie smakowe wódeczki i likierki kawowo-waniliowe. Nie pogardzi też dobrze schłodzonym Jackiem z colą i lodem!

Czytaj dalej …

Jak wyglądają wakacje Szwajcarów?

Fajnie mają ci Szwajcarzy – pomyślicie – zarabiają tak dużo, że wszędzie poza granicami swojego państwa jest dla nich tanio! Nie da się ukryć, że zagraniczne wakacje jednego z najbogatszych narodów świata są wyjątkowo korzystne cenowo. Dlatego zdziwiłam się, gdy odkryłam, że Szwajcarzy są dopiero na 14 miejscu pośród najczęściej podróżujących narodów świata. Ranking z 2014 roku przeprowadzony przez Travel & Tourism Intelligence Center obejmował 25 krajów, których obywatele podróżują najczęściej. Niestety Polacy nie znaleźli się w wymienionej czołówce. Zerknijmy, jak wygląda top 15:

  1. Finlandia
  2. Stany Zjednoczone
  3. Szwecja
  4. Dania
  5. Norwegia
  6. Hong-Kong
  7. Nowa Zelandia
  8. Kanada
  9. Australia
  10. Francja
  11. Hiszpania
  12. Niemcy
  13. Wielka Brytania
  14. Szwajcaria
  15. Austria

No cóż, nie dziwi, że największymi podróżnikami są Skandynawowie, którzy mają u siebie przez pół roku ciemno. Ale Szwajcarzy dopiero na 14 miejscu? To jest nacja, którą nieproporcjonalnie często spotykam na wszystkich moich egzotycznych wakacjach. Szwajcarów przecież nie jest aż tak dużo, a krwiście czerwony paszport z równoramiennym krzyżem to wcale nierzadki widok. Zakładam jednak, że statystyki są bardziej wymierne niż jednostkowe doświadczenia, dlatego nie będę się kłócić…

matterhorn-1516734_1920

Czy może chodzi o to, że Szwajcarzy mają tylko 4 tygodnie płatnego urlopu? Większość krajów z podróżniczej czołówki zajmuje również czołowe miejsca na liście krajów, których obywatele cieszą się prawem do najdłuższego urlopu. Szwajcarzy jednak nie cierpią bardzo z tego powodu. W 2012 roku odbyło się referendum, w którym obywatele Szwajcarii odpowiadali na pytanie, czy chcą przedłużenia płatnego urlopu do 6 tygodni. Zdawało się, że sprawa jest pozamiatana: w końcu kto by nie chciał dłuższych wakacji. Jak to kto? Szwajcarzy! Ponad 67% Szwajcarów opowiedziało się przeciwko przedłużeniu urlopu twierdząc, że ta decyzja uderzy przede wszystkim w nich samych. „Jesteśmy tak bogaci, bo dużo pracujemy” – jak to tłumaczył profesor Casasus z Uniwersytetu we Fryburgu.

Czytaj dalej …

Przy stole w Szwajcarii

Mamy niezwykłą tendencję do tworzenia uogólnień na podstawie naszego otoczenia. Dla jednych świat schodzi po schodach w dwupiętrowym apartamencie, dla drugich świat schodzi na psy. A prawda, jak zwykle, merda się gdzieś pomiędzy i bardzo trudno ją uchwycić. Bo nawet jeśli uśrednimy te ekstrema, wyjdzie nam nie świat-przeciętny, ale świat-nikt.

Dlatego nie zamierzam dołączać do moich artykułów kilku stron małym druczkiem po gwiazdce: *nie dotyczy: Szwajcarów niemieckojęzycznych, Szwajcarów, którzy przebywali więcej niż 2 lata w Polsce, Szwajcarów w zielonych spodniach, pół-Szwajcarów, niby-Szwajcarów, mieszkańców kantonu Jura, Szwajcarów, którzy lubią piwo, Szwajcarów, którzy wychowali się na wsi mniejszej niż 500 mieszkańców i w mieście większym niż 100 tysięcy mieszkańców, „nowych” Szwajcarów, pana Schmidta z Zurychu z ulicy Bahnhoffstrasse 38 i teściów Kasi, Zosi i Małgosi, a także wszystkich przebrzydłych szefów… Nie, nie, nie! Jeśli tak zrobię, wyjdzie mi umowa kredytowa, a nie artykuł. Także przyjmijmy raz na zawsze, że ja piszę z mojej perspektywy, wy piszecie komentarze ze swojej i wszyscy się kochamy i wyrozumiale głasiamy po dzióbkach.

Dzisiejszy artykuł będzie mówił o zwyczajach jedzeniowych Szwajcarów. Zamiast jednak zaglądać im do garów, skupię się bardziej na okolicy jadalni. Jak jadają Szwajcarzy w swoim domowym zaciszu, lub gdy przychodzą do nich goście?

Czytaj dalej …

Blogini Blabliblu, teksty, co mają płeć i kobiece „nie umiem”

W dzisiejszym artykule więcej pytań niż odpowiedzi. Mam kilka bardzo konkretnych spostrzeżeń i nie potrafię na ich podstawie wysnuć żadnych wniosków. Mam nadzieję, że mi w tym pomożecie.

Tekst literacki zwykle ma płeć. Perspektywa kobieca lub męska zawsze gdzieś tam brzęczy w warstwie niewidzialnej na pierwszy rzut oka. Przyciąga jednych i drażni drugich. Sprawia, że testy kobiece przemawiają silniej do kobiet, a teksty męskie do mężczyzn. To było dla mnie oczywiste przez wiele, wiele lat. Co więcej, zawsze zdawało mi się, że piszę dla kobiet – silnych, świadomych siebie, wyzwolonych, a jednocześnie bardzo kobiecych kobiet. A tu niespodzianka…

Ostatnio dostałam propozycję współpracy z pewnym typowo kobiecym portalem.

– Jesteśmy pod wrażeniem… plepleple…, ale proszę nam przedstawić czarno na białym, że pani teksty są chętnie czytane przez dziewczyny. Najlepiej po prostu proszę nam przesłać kopię statystyk bloga.

Ależ oczywiście, przecież to tylko formalność. Dlatego możecie sobie wyobrazić moją nietęgą minę, gdy okazało się, że 60% moich czytelników to mężczyźni… Kreatywny marketing jest niczym kreatywna księgowość, więc szybko sięgnęłam do statystyk fanpejdża na fejsbuku, z których wynikało, że 75% moich fanów to dziewczyny. Niestety, moja rozmówczyni była bezlitosna.

– No tak, ale kobiety są ogólnie o wiele bardziej aktywne na mediach społecznościowych, więc to o niczym nie świadczy. Bardzo prosimy o statystyki z bloga.

– Eeee… czy 40% czytelników w spódnicach to według Was dobry wynik?…

Próbowałam jeszcze argumentować, że to na pewno kobiety czytają mojego bloga na komputerach mężów, ale zdaje się, że moje tłumaczenia nie trafiły na bardzo podatny grunt.

Czytaj dalej …

CERN czyli poszukiwanie sensu, początku i boskości

Miałam całkowicie inny pomysł na ten artykuł. Trudno jest pisać o nauce dla laików, w dodatku samemu się jest laikiem… Plan był więc taki, że napiszę satyryczno-ironiczny tekst o herbatkach z Belzebubem, poświęcaniu dziewic (wreszcie jakiś dobry argument na wczesną utratę cnoty) i innych jadowitych działaniach naukowców CERN. Mój plan rozbił się w proch, gdy tylko zaczęłam badać temat. Najpierw się solidnie z tego śmiałam: „Dziwna chmura nad Genewą winą CERNu”, „fizycy-nekromanci” i „kontakt z innymi wymiarami”. To było zabawne wyłącznie do momentu, gdy zauważyłam, że artykułów przyrównujących CERN do sekty okultystycznej, nawet z bardzo poważnych stron, jest chyba nawet więcej niż tych piszących o pracy naukowców. Poczułam wtedy straszny niesmak, że Blabliblu mogłoby dołączyć do tej tego szeregu ludzi o umysłach tak zamkniętych, że każda rzecz, która się w nich nie mieści jest skazana na stos. Z drugiej strony pojawiło się we mnie poczucie odpowiedzialności za treści, jakie rozpowszechniam w Internecie – czyżbym wreszcie zaczęła dorastać? Jasne, że ludzie inteligentni zrozumieją farsę, ale cała reszta wyjdzie głęboko przekonana, że faktycznie głównym zadaniem fizyków cząstek jest kombinowanie, w jaki sposób wpuścić do naszej rzeczywistości jakieś oślizgłe istoty z innych światów. Pomyślą sobie: o, ona jest ze Szwajcarii, ona wie! Artykuł stanie się wiralny i już za moment wszyscy będą wiedzieli, że całe zło tego świata to CERN (i polscy politycy opcji przeciwnej do naszej). I w taki sposób zostanę anty-antymateriowym mesjaszem z przypadku. Przerażająca perspektywa, co? Taka trochę z „Black Mirror”…

Co to jest CERN?

CERN, czyli Europejski Ośrodek Badań Jądrowych (akronim CERN pochodzi od francuskiej pierwotnej nazwy Conseil Européen pour la Recherche Nucléaire) to jeden z największych na świecie centrów naukowych. Znajduje się na granicy Francji i Szwajcarii pomiędzy Jeziorem Genewskim a Górami Jura, jednak jego siedziba w Meyrin stanowi zaledwie niewielką część ośrodka. Najważniejszym narzędziem pracy naukowców jest Wielki Zderzacz Hadronów – największy i najsilniejszy akcelerator cząstek na świecie.

Źródło: cern.org

Czytaj dalej …

Mity dotyczące życia w kraju wielojęzycznym

Jak się żyje w kraju wielojęzycznym? – na to pytanie odpowiadam dziś dwustopniowo: w poniższym artykule rozwieję kilka mitów, które najczęściej się pojawiają w kontekście języków używanych w Szwajcarii, natomiast na blogu grupy kulturowo-językowi opowiadam o codzienności w kraju wielojęzycznym.

Jeśli chcecie się dowiedzieć, w jakim języku rozmawia Urs z St. Gallen z Celine z Genewy, w jakim języku Szwajcarzy śpiewają hymn, a także, co oznacza pojęcie Roestigraben (pl. granica roesti), koniecznie zajrzyjcie do artykułu mojego autorstwa opublikowanego na blogu grupowym: TU.

Gorąco do tego zachęcam, ponieważ powyższy artykuł stanowi wstęp do poniższego tekstu i całkiem nieźle tłumaczy kwestie wielojęzyczności w Szwajcarii.

thelocal.ch

A teraz rozprawmy się z tymi przesądami światło ćmiącymi!

Czytaj dalej …

Bircher muesli czyli szwajcarskie śniadanko bogiń

Czy wiecie, że przepis na muesli pochodzi ze Szwajcarii? No tak, można poznać po nazwie, w końcu słodka końcówka –li charakteryzuje szwajcarskie zdrobnienia. U nas w Polsce mówimy po prostu muesli, natomiast w Szwajcarii i w innych krajach zachodnich często używa się pełnej nazwy tej zdrowej papki – bircher muesli, która to nazwa powstała od jednego z nazwisk twórcy przepisu – Maximiliana Oskara Birchera – Bennera.

Na końcu artykułu podam Wam prawdziwy szwajcarski przepis na idealny początek dnia, ale najpierw chciałabym Wam przybliżyć historię powstania muesli. Bo jest zdecydowanie warta opowiedzenia!

Czytaj dalej …

Syndrom żony piłkarza

Ja się po prostu nie nadaję. Nie pasuję. Jestem prawdziwym dzikusem z pola kukurydzy z widłami w łapie… – z takim przekonaniem wychodzę ze wszelkich webinarów, podcastów pełnych porad „jak dobrze blogować”, „jak wydać książkę”, „jak zarządzać czasem”, „jak zarabiać na swoim hobby”, „jak się samorealizować”… Samorealizacja, piękni, uśmiechnięci ludzie, okrągłe hasła i, co gorsza, artykuły pełne prawdy! Bo jeśli zawartość tych wszystkich mądrych poradników, webinarów, podcastów, wykładów, TED’ów, seminariów byłaby idiotyczna i nieprawdziwa, łatwiej mi by było je wyśmiać i olać.

Tymczasem są tam i wszystkie śmieją się ze mnie, wydeptującą sobie pracowicie ścieżkę pośród chaszczy, mimo że obok mnie biegnie trakt, po którym biegają tłumy.

Kilka tygodni temu spotkałam się z koleżankami i powiedziałam im, że nie chcę iść za rękę z żadnym wydawnictwem. Nie bawi mnie żebranie, chodzenie na kompromisy i nachalna „sprzedaż” mojego produktu. Chciałabym wydać książkę sama i albo założyć wydawnictwo albo dokonać tak popularnego teraz self-publishingu. Koleżanki, przedsiębiorcze i ogarnięte dziewczyny, od razu stworzyły mi niemal kompletny plan działań. Zajrzyj na tę stronę – odnajdziesz tam kompletny kosztorys, jak to zrobić. Stwórz społeczność dookoła siebie jak to zrobił XYZ. A ABC napisał o tym książkę, a CDE radzi, żeby zacząć od tego i śmego (…)

Czytaj dalej …

Gryzonia czy Graubünden? Zurych czy Züri? Czyli polskie nazwy szwajcarskich nazw geograficznych i ich pochodzenie

Już na samym wstępie zaznaczę – nie jestem purystką językową ani typem srogiej nauczycielki z linijką. Błędy, szczególnie te leksykalne, potrafią być twórcze i piękne. Czasami o wiele lepiej wyrażają stan emocjonalny, opisują sytuację czy wygląd niż skodyfikowane w słowniku wyrazy. Również mieszanie w gramatyce może być szalenie kreatywne. Sama zresztą uwielbiam żonglerkę znaczeniami i niezmiernie doceniam tych, którzy potrafią operować językiem na tyle sprawnie, żeby uradować dziewczynę.

Jednak poza innymi niezamierzonymi atutami, język to przede wszystkim narzędzie komunikacji. Więc jeśli ktoś mówi lub pisze nieprawidłowo, ale go rozumiem, to ani go nie poprawiam, ani go nie edytuję, ani nie wysyłam w jego kierunku mentalnych przekleństw. Dogadujemy się i gitara! Moja cierpliwość ma za to swoje skończone granice, jeśli chodzi o tzw. gramatycznych nazistów. Nie ma jak całkowicie zdominować dyskusję uwagami na temat odmiany słowa „bohater” w dopełniaczu zupełnie zapominając o sensie dyskusji. Dlatego zupełnie mi nie przeszkadza, gdy ktoś pisze na jakimś forum polonijnym: „Jestem w Züri”, „Jadę jutro do CH”, „Szukam transportu do swiss”, mimo że to są takie troszkę potworki. Rozumiem? Rozumiem. Nie zamierzam z autorami prowadzić intelektualnych dyskusji o sensie życia, sztuce i powojennej literaturze amerykańskiej, tylko chcę się z nimi zabrać samochodem, sprzedać/kupić, czy przedyskutować konkretną kwestię.

Czytaj dalej …