Dzikie tańce dookoła polskiego śledzia na szwajcarskim stole. Polish Shop + KONKURS!

Dzisiejszy artykuł, konkurs i nagrody sponsorowane są przez Polish Shop.

Czytelników tego artykułu można podzielić na dwie grupy. Niektórzy spojrzą na poniższe zdjęcie, zrobią zdziwioną minę i z myślą „kto normalny chwali się w Internecie zrobionymi zakupami” przejdą do kursów walut lub filmików z zabawnymi kotkami. Inni klikną na to zdjęcie, przeanalizują je pięć razy od prawej do lewej i od dołu do góry, a potem skomentują „a jadłaś to nowe Ptasie Mleczko o smaku kokosowym?” albo „zjadłabym pasztet!” albo „lepsze śledzie są od X!”.

Polskie łupy na szwajcarskim stole!

Przyznaj się, do której grupy należysz!

Jeśli należysz do pierwszej grupy, najprawdopodobniej mieszkasz w Polsce lub często tam bywasz. Jeśli należysz do grupy numer dwa, mieszkasz za granicą, gdzie marzycielskie rozmowy o najwłaściwszym przepisie na domowy bigos zastępują z czasem dyskusje o tym, gdzie zjeść najlepsze sushi. Czy Blabliblu ma rację? No bo tak to jest. Syty nie zrozumie głodnego. Gdy wpadam do Polski, znajomi wyciągają mnie do nowej francuskiej restauracji, która jest top, szał i hip, i zerkają z niejakim politowaniem, gdy sugeruję nieśmiało, że zjadłabym takie zwykłe domowe pierogi…

Dlatego, gdy Krzysiek z Polish Shopu zaproponował mi współpracę, w oczach zamiast dolarów pojawiły mi się kabanosy. „No, ale na początku, to ja muszę sama wypróbować” – powiedziałam śliniąc się jak pies Burek na widok kota Mietka. Takim sposobem za jakieś dwa tygodnie tańczyłam tańce plemienne dookoła stołu wypełnionego polskim łupem. Ale zacznijmy od początku. Najpierw musiałam ten łup wybrać.

Strona internetowa – wybór i dostawa

Postanowiłam sobie, że ograniczę się do wyboru nie tych produktów, które bym zjadła, bo akurat lubię, ale tych, których nie da się kupić w Szwajcarii. Wyliczyłam sobie wstępnie w głowie: ser biały, kasza gryczana, śledzie, kabanosy, ogórki kiszone, a potem weszłam na stronę Polish Shopu i w głowie pojawiło mi się takie głośne „o jaaaaaa!”. Nie wiem, czego się spodziewałam, ale na pewno czegoś mniej bogatego. Dodatkowo, o wielu produktach, których tu nie ma, nawet bym nie pomyślała przed zajrzeniem do Polish Shopu. Weźmy na przykład bułkę tartą! Tutaj da się kupić tylko taką niby panierkę opartą na jakiś chemikaliach. Albo galaretkę! Albo draże „Korsarz”!…

Om nom nom…

Są 3 możliwości odebrania kupionych produktów:

  • Z dostawą do domu w określonych terminach. W tym przypadku można zamawiać produkty świeże, które z Polski przybywają w samochodzie – chłodni. Nie ma również ograniczeń wagowych. Koszt dostawy zależy od wielkości zamówienia i strefy zamieszkania. Pas południowy–zachód – północ – północny-wschód jest najbardziej w tym względzie uprzywilejowany.
  • Pocztą. Tylko produkty z magazynu.
  • Odbiór osobisty – w Gland lub Echandens (czyli okolice Nyon lub Lozanny).

Jeśli macie ochotę zapoznać się ze szczegółowymi warunkami dowozu, zerknijcie TU.

Zacznijmy od tego, że wybrałam dostawę do domu, bo po pierwsze chciałam sprawdzić, jak Polish Shop mnie znajdzie na mojej zabitej dechami szwajcarskiej wioseczce, a po drugie zamarzyła mi się kaszaneczka i śledziki, a to tylko możliwe z dowozem.

Cóż mam rzec. Wszystko odbyło się profesjonalnie, tak że opis tego wypadłby jak przebrzydły marketing. Informację o dokładnym czasie dostawy dostałam kilka dni przed. Ładnie oznaczona ciężarówka, miły, pomocny pan, który mi wniósł zakupy do domu. A reszta to już tańce dookoła stołu i ciężki wybór, czy dziś wsunąć kefir, śledzia, czy kiełbaskę… czy wszystko na raz!

Konkurs

Obiecałam Wam konkurs: aby wziąć w nim udział opowiedz w komentarzach do artykułu lub na facebooku historię na temat: Polak potrafi! Polskie pyszności spożywane w bardzo niepolskich okolicznościach. 3 osoby, które opowiedzą nam najoryginalniejsze, najśmieszniejsze i najciekawsze historie otrzymają voucher do Polish Shopu na kwotę 50 CHF!

Niemal każdy ma taką historię. Słyszałam na przykład o śledziach po giżycku zagrzebanych gdzieś w manatkach, a później spożywanych podczas hikingu w Amazonii… Ja sama mam 2 historie, obydwie żeglarskie. Uczestniczyłam kiedyś w 5-tygodniowym rejsie na Islandię. To były czasy, gdy byliśmy jeszcze biednymi krewnymi Zachodu, więc po wygłodzeniu się przez tydzień na Atlantyku na puszkach z mielonką i pomarańczowych słoikach islandzki supermarket wyglądał jak Disneyland. Tylko że… stać nas było nie na kilogram pomidorów, żeby cała 10-osobowa załoga sobie pojadła, ale na 3… sztuki. Dlatego na kanapkę kładliśmy kawałek pomidora i potem jedząc przesuwaliśmy go nosem tak, żeby pomidor „wytrzymał” do samego końca kanapki. Nic dziwnego, że po miesiącu takich manewrów strasznie nam się chciało coś domowego. Chcieć to móc – tak pomyślała moja wachta (służba w kuchni odbywa się rotacyjnie systemem wachtowym). Pewnego dnia zrobiliśmy łazanki! Makaron był, nawet dało się wygrzebać z dna jakiejś zamokłej bakisty kapustę kiszoną, którą kupił ktoś, kto za bardzo do serca sobie wziął przestrogi, że marynarzom grozi szkorbut, cebula była (bo gdzie Polacy, tam cebula!). A to były łazanki, proszę Państwa, na bogato, bo z mięsem, przynajmniej według reszty załogi.

–  Skąd wy wzięliście mięso? Jesteśmy na środku Altantyku i jest sztorm od kilku dni – krzyczeli patrząc na nas co najmniej podejrzanie.

Pingwin? Foka? Mewa? Albatros? Chrapiący kolega z dolnej koi? Ktoś odciął sobie kończynę?

Nieeee! Kotlety sojowe wymaczane w rosołku instant. Serio, nikt się nie zorientował!

Z niecierpliwością czekam na Wasze historie o pierogach lepionych w wyjątkowych okolicznościach przyrody i paprykarzu szczecińskim na Kilimandżaro!

ZASADY KONKURSU

  • 3 nagrody: 3 vouchery na kwotę 50 chf do wykorzystania w sklepie internetowym Polish Shop.
  • Wyłącznie dla osób mieszkających w Szwajcarii, bądź tych, którzy chcą je podarować mieszkańcom Szwajcarii (mieszkańcy strefy pomarańczowej mogą zamawiać produkty wyłącznie z dostawą pocztą).
  • Żeby wziąć udział w konkursie, opowiedz swoją historię: Polak potrafi! Polskie pyszności spożywane w bardzo niepolskich okolicznościach! w komentarzu do tego artykułu lub w komentarzu do posta na ten temat na facebooku. Do odpowiedzi dodaj symbol (K), żebym wiedziała, że Twoja odpowiedź jest konkursowa.
  • Masz na to 5 dni – od momentu publikacji artykułu do 25 listopada 2018 roku (niedziela) do godz. 9.
  • Spośród komentarzy wybiorę 3 najciekawsze, najbardziej oryginalne, najśmieszniejsze lub najbardziej klimatyczne…! W komitecie konkursowym jestem ja, ja i jeszcze raz ja, Joanna Lampka vel. Szwajcarskie Blabliblu.
  • Zwycięzcy zostaną ogłoszeni na blogu i na facebooku dnia 26 listopada 2018 roku (w poniedziałek) o godzinie 9.
  • Proszę uczestników piszących komentarze na blogu o podanie swojego prawdziwego e-maila, a uczestników piszących komentarze na facebooku o odczytanie wiadomości, która może znaleźć się w folderze Inne.
  • Wasze dane zostaną wykorzystane wyłącznie do realizacji konkursu.

22 komentarzy o “Dzikie tańce dookoła polskiego śledzia na szwajcarskim stole. Polish Shop + KONKURS!

  • Listopad 20, 2018 at 2:47 pm
    Permalink

    Kiedy mieszkalam w Szwajcarii przez 13 lat oduczylam sie jesc wielu specjalow polskich nie ktore byly mi nawet na reke jak tluste czy bardzo kaloryczne . Odkat mieszkamy w Belgii francusko jezycznej i w naszym malym miescie jest 1 sklepik z polska zywnoscia to nawet moj maz z corka maja zwyczaj chodzic co sobote do polskiego sklepiku, po kielbaski, po chleb z kminkiem, po galaretke i czasami po wodeczke. Dzieki temu czesto zapraszamy tuziemcow na polskie specjaly do domu. za tydzien uczta pierogowa i sernik po wiedensku, surowka z kiszonej kapusty i ogoreczki kiszone. Zycze przyjemnej degustacji.

    Reply
    • Listopad 20, 2018 at 4:32 pm
      Permalink

      Dzięki, dzięki 🙂 jedzenie znika w zastraszającym tempie, aż za szybko. Rozumiem cotygodniowe wyprawy do sklepu, sama bym tak robiła jakbym miała niedaleko!

      Reply
    • Listopad 20, 2018 at 7:16 pm
      Permalink

      Joasia, cholercia no jasne że to było (K) a regulaminy powinnam czytać w domu a nie w drodze z biura do auta 🙈

      Reply
  • Listopad 20, 2018 at 6:03 pm
    Permalink

    Historia sięga czasów studenckich, kiedy byłam fanką tanich linii lotniczych i podróży z bagażem podręcznym, coby jeszcze bardziej przyoszczędzić. Przygód, które spotkały mnie na lotniskach jest masa, tak samo jak krakowskich przewiezionych w rękawach kurtki czy panettone w czapce. Raz poleciał z nami nawet kurczak. Ale do rzeczy. Okazuje się, że dżem to płyn, celnik był nieugięty i nie chciał go przepuścić. Zawróciłam więc, wyjęłam polski chleb i zrobiłam z nim kanapki. Kanapki z domowym dżemem to już płyn nie jest i bez problemu poleciały ze mną do Mediolanu, tam gdzie lata się po nową torebkę LV ja poleciałam aby przez 3 dni jeść kanapki z dżemem 😁 Dalej latam tylko z podręcznym, jednak pakuję 4 rzeczy na krzyż dlatego przygód coraz mniej. Komfort zabija kreatywność jak to mawiał mój nauczyciel od rysunku.

    Reply
    • Listopad 20, 2018 at 6:05 pm
      Permalink

      Ania, a (k)?!!!! 🙂

      Reply
    • Listopad 20, 2018 at 6:12 pm
      Permalink

      A propos kurczaka przypomniała mi się historia. Jak byłam mała i gdzieś jechałam z siorą, mama nam dawała zawsze kurczaka pieczonego, żeby dzieci sobie pojadły. A ja co prawda lubiłam kurczola, ale nie tak przy innych dzieciach, bo przecież cool kids jedzą tylko kanapki (nie pytajcie!).
      I tak całkiem przypadkowo, po raz pierwszy w życiu zostałam dobroczyńcą, bo zawsze obdarowywałam biedne dzieciaki kurczakiem, a sama głodowałam (ale byłam cool!)….

      Reply
  • Listopad 20, 2018 at 10:24 pm
    Permalink

    Od razu piszę K – bo zapomnę:))
    Wigilia w Moskwie rok 1989. Moja pierwsza wigilia poza domem i poza Polską. Mieszkaliśmy w akademiku przy Instytucie Języka Rosyjskiego im. A. Puszkina na ulicy Wołgina. Kompleks ogromny i bardzo przyjazny, bo w kapciach na zajęcia można było się udać szerokimi (jak wszystko w Moskwie) korytarzami mimo siarczystego mrozu za wielkimi :)) oknami.
    Atmosfera super i życie studenckie! Czego chcieć więcej? Polskich Świąt?
    Moje koleżanki nalegały, by Wigilia była Wigilią. Polską Wigilią:))
    Trudno
    Cały dzień od rana gotowałyśmy w kuchni na naszym 13 (czyli 12) piętrze. Cały dzień, bo trzeba było zajmować kolejkę do kuchenek elektrycznych… atmosfera międzynarodowa i zapachy różnorodne!
    Wieczorem zapakowałyśmy do garów nasze potrawy i … pojechałyśmy taksówką do innego akademika, gdzie kolega doktorant miał pokój/mieszkanie i chciał nam stworzyć domowe warunki. Był z Mali :))
    Co ugotowałyśmy? Kapustę postną z grzybami z Polski, pierogi z grzybami z Polski i barszcz czerwony z buraków rosyjskich. Opłatek kupiony był w polskim kościele. Był biały obrus i świeczki. Choinka i kolędy. Łzy też. Byłam z dwiema przyjaciółkami i byłam chojraczką – ale łzy łykałam razem z barszczem. Był też gość niespodziewany. I talerz dodatkowy na niego czekał.
    Czułyśmy podniosły nastrój i było cudownie. Dzięki moim przyjaciołom – gdybym tam była sama – wieczór spędziłabym z książką.
    Do dziś pamiętam jak wystrojone i wymalowane, w eleganckich kieckach marzłyśmy sunąc z garami do taksówki.
    Na drugi dzień, już w naszym akademiku, jadłyśmy uroczyste śniadanie w holu naszego piętra – razem z Włochami. Było wesoło i bardzo serdecznie. My doniosłyśmy nasze resztki potraw. Jedząc pyszności włoskie zapominałyśmy o smutkach i tęsknocie za najbliższymi.
    A drugi dzień świąt był bardzo polski, bo tylko my miałyśmy ten dzień wolny. Inni pobiegli na zajęcia.
    Sylwester też był bardzo międzynarodowy i raczej dla ludzi z mocną głową – witaliśmy Nowy Rok 1990 co godzina. Zabawa trwała do 8.00.
    Po roku znowu znalazłam się z moją przyjaciółką w Moskwie – ale to opowieść na inny konkurs:))
    Jo, pozdrawiam serdecznie i życzę smacznego śledzia

    Reply
    • Listopad 22, 2018 at 5:13 pm
      Permalink

      Ale fajna świąteczna historia!

      Reply
  • Listopad 21, 2018 at 10:56 am
    Permalink

    Zdarzyło się, że chciałam zapoznać przyjaciół z Sycylii z tradycyjną polską kuchnią. Byliśmy akurat na wakacjach w małej nadmorskiej miejscowości. Sklep, niestety, dość ubogi wyposażony. Ale jednego było pod dostatkiem – ziemniaków. Wybór oczywisty, robimy placki ziemniaczane. Niby danie bezproblemowe, a jednak problem ujawnił się już przy ucieraniu. Okazało się, że w naszej kuchni jest jedynie mała, ręczna tarka do parmezanu, a ziemniaków wystarczająco na osiem osób. I tak panowie przez bite dwie godziny tarli ziemniaki na tej małej tareczce i skrobali nożami z ząbkami. Ale hej, przecież nie od dziś wiadomo, że własnoręcznie przygotowane smakuje lepiej 🙂

    Reply
    • Listopad 21, 2018 at 10:58 am
      Permalink

      No i oczywiście zapomniałam o (k) 😔

      Reply
  • Listopad 21, 2018 at 11:55 pm
    Permalink

    Zrób odcinek o tym co Szwajcar myśli o polskich produktach. Daj jednemu i drugiemu wszystkiego po kawałku i niech ocenia w skali od 1 doi 10 a następnie „wysmaruj” artykuł. Przyznam, że ciekawi mnie to 🙂

    Reply
    • Listopad 21, 2018 at 11:57 pm
      Permalink

      Pssssst…. Nie przejmuj się jeśli coś mu posmakuje i wszystko spałaszuje. Czego się nie robi dla dobra nauki 🙂

      Reply
      • Listopad 22, 2018 at 12:07 am
        Permalink

        Pssssst…. nr 2. 🙂 Obstawiam, że najszybciej zje kiełbasę i kabanosy. Ten oscypek pakowany to z mleka krowiego, dojrzałem etykietę, najlepiej by było dorwać taki z owczego lub koziego. Jak dla mnie kabanosy Tarczyński to taki troszkę przeciętniak. W niektórych mięsnych bywają lepsze, tzn. mniej tłuste i bardziej kruche.

        Reply
        • Listopad 22, 2018 at 5:12 pm
          Permalink

          To by było fajne, ale chyba lepsze do zrealizowania w formie filmowej, a takie rzeczy już chyba istnieją na Internecie 🙂

          Reply
  • Listopad 22, 2018 at 3:00 pm
    Permalink

    Na początek (K), żebym nie zapomniała.
    18 lat temu byłam dwa miesiące w Damaszku, w Syrii. Pierwszy szok- nie ma żadnych supermarketów. Nic. Żadnych mrożonek w lodówkach, gotowych dań. A my tu studenci z Polski, co ledwo herbatę sobie sami umiemy ugotować. Jedzenie kupuje się u pana na rogu ulicy, na stoliku, czasami jakiś mały sklepik spożywczy, ale oczywiście wszystko bez opakowań, bez nazw, bez cen. Dogadaj się po arabsku, bo inaczej nic z tego.
    Mieliśmy pomysł, że zrobimy śledzika w śmietanie.
    Ryby kupiliśmy w puszce, wyglądające na śledzie, ale chyba bardziej szprotkowate były. Nie mam pojęcia. W każdym razie, kupione na ulicy, na 50 – stopniowym słońcu (dopiero później nas olśniło, że może to nie najlepszy sposób przechowywania ryb).
    Ze śmietaną było ciężko, bo wszelkie produkty mleczne kupowało się na wagę, do własnego słoika, lub jednorazowej torebki. Bardziej to w smaku przypominało jogurto-kefiro-serek, niż śmietanę, ale wyboru nie było.
    Tak więc zjadłam szprotki z kefirem i …. bardzo się starałam, żeby jednak nie zabierali mnie do syryjskiego szpitala, mimo że przez dwa dni ledwo żyłam i zahaczało już o majaczenie.

    Potem się nauczyliśmy jeść lokalnie 😉

    Reply
    • Listopad 22, 2018 at 5:12 pm
      Permalink

      szprotki w serku no noooooo 🙂 musiało potem hulać w toalecie 🙂

      Reply
  • Listopad 24, 2018 at 7:18 pm
    Permalink

    (K)
    Najpierw krótkie wprowadzenie o polskim jedzeniu za granicą. Pierogi pierwszy raz zrobiłam samodzielnie kiedy mi ich „zabrakło” tzn. nie mogłam skoczyć do biedronki czy innej żabki żeby kupić gotowe. Poczęstowałam sąsiadów z piętra hostelu w Holadnii, grono międzynarodowe, studenci, także oczywiście smakowało (jak każde darmowe jedzenie:)). Po Holandii przeprowadzka do Szwajcarii. Tutaj to nam zaczęło brakować polskiej kiełbasy, kabanosów, metki, twarogu, galaretek, masła, majonezu, słodyczy i masy innych rzeczy. Na początku wszystko woziliśmy ze sobą 😀 I tutaj następuje mini historia numer 1.

    1) Lecimy do Szwajcarii, jak zwykle dla nas z przesiadką (ach te „wspaniałe” loty na Pomorze). Obładowani jak zwykle. Większość jedzenia w podręcznym bo komu rano chce się otwierać spakowane już walizki, a jedzonko do ostatniego momentu w lodówce. Wszystko fajnie, do momentu jak Panom Strażnikom Granicznym na bramkach coś nie „przypasowało”. No i proszą o wyjęcie laptopa, no bo cóż innego może się znajdować w torbie na laptop prawda? A no może… masło osełkowe z biedronki, pasztet, twaróg, 10 prince-polo, kiełbasa…. Mąż spokojnie wypakowuje, z delikatnym burakiem na twarzy. Wypakował wszystko, uff… chwyta torbę i tak się nią zamachnął, że Pan strażnik oberwał wędzonym boczkiem, który jeszcze tam został. Spojrzeli na nas z politowaniem i życzyli miłego dnia 😀 Na szczęście mąż nie został aresztowany za ten „zamach”.

    Historia numer 2. Zdobywanie przyjaźni. Poznałam fajną grupę babeczek, zostałam zaproszona na obiad do Tajki. Były jeszcze Panie innych narodowości. Gospodyni się postarała. Były sajgonki, pyszne danie na mleczku kokosowym z aromatycznymi przyprawami i kilka przystawek. Super! No to czas się odwdzięczyć. Tylko co polskiego zrobić? No i robiłam na raty, 2 dni… gołąbki w sosie pomidorowym, pierogi z grzybami, barszcz czerwony bez żadnych sztucznych dodatków, bigos, na deser kokosanki. Ufff… gościom smakowało. Nie powiem, że nie! Ale… wtedy się dowiedziałam, że wszystkie przystawki i sajgonki były kupione gotowe! A danie główne z mleczkiem kokosowym? Poprosiłam o przepis, było na gotowej paście…. odtworzenie dania zajęło mi 20 minut! 😀 Czy było warto? Jasne! W końcu zdjęcie moich wypocin trafiło na FB koleżanki-Tajki 😀 To chyba jakiś wyczyn? A pierogi mam jeszcze pomrożone, hmm… znaczy miałam, chyba mam ochotę na pierogi. 🙂

    Reply
  • Listopad 24, 2018 at 9:40 pm
    Permalink

    (K)
    Pierogi ruskie, potrawa banalna. Żadnych wymyślnych składników, prosta tak, że nawet Jamie Oliver wrzuciłby przepis do swojej książki 5 składników. Nic specjalnego… do czasu, kiedy próbujesz je zrobić w Mediolanie.
    Na początek mąka. Nie oczekiwałam zbyt wiele, wiedziałam, że na lombardzkich półkach trudno będzie znaleźć „Szymanowską”, a „Polskie Młyny” też mielą na północ od Alp, ale już na samym początku zgubiłam się pomiędzy mąkami: grubo, miałko mielonymi, oczyszczonymi i nieoczyszczonymi, do pizzy, do focacci, do makaronu (spaghetti, penne, cannelloni), a jeszcze kasztanowe, orkiszowe, z dodatkiem gryki… Mamma Mia! Pszenna, zwykła, oczyszczona stała się pragnieniem większym niż zdobycie biletów do La Scali na otwarcie sezonu. Zamknęłam oczy, wybrałam w ciemno i korzystając z lokalnej zasady „tutto con calma” udałam się do kuchni.
    Zgodnie z przepisem teściowej najpierw wzięłam wodę – 3/4 kubka – a potem dosypywałam do niej zdobyczną mąkę (nienajgorsza!). Wyrabiałam aż ciasto przestało się kleić do wszystkiego w pobliżu. I w tym momencie zaskoczyli mnie moi przyjaciele informacją, że nie mają wałka do ciasta. Po szybkim przeglądzie szafek – Ta Dam!!! – wybraliśmy maszynkę do makaronu. Zamiast rozwałkowanego placka, mieliśmy rozwałkowany pasek długości Naviglio Grande, z którego szklankami wycinaliśmy kółka.
    Ugotowane ziemniaki to nie problem, nawet we Włoszech. Cebula, non c’e problema. A ser? Ricotta! Podśpiewując „You are a dancing queen” przystąpiliśmy we włosko-polskim teamie do lepienia. Trzy dni później wrzuciliśmy pierogi do wrzącej osolonej wody, zmieniając ich nazwę na Grandi Ravioli Milanesi.
    A wszystko przez pociąg, który bezpośrednio z Zug jedzie do Mediolanu i potrzebuje na to tylko trzech godzin 😉

    Reply
    • Listopad 24, 2018 at 10:00 pm
      Permalink

      Hah ja też lepiłam pierogi w Mediolanie 🙂 Też z ricottą zamiast twarogu. Mąka jak mąka, chyba w ciemno wybierałam, ale problemem okazały się ziemniaki! Pamiętam do tej pory że lepiły się do wszystkiego i próbując sklecić pierogi, farsz oblepiał mi palce tak że nie dało się zamknąć tych nieszczęsnych pierogów🙈

      Reply
      • Listopad 24, 2018 at 10:47 pm
        Permalink

        W czwórkę daliśmy radę 🙂

        Reply
  • Listopad 25, 2018 at 9:57 am
    Permalink

    (K) Nigdy nie szmuglowałem przez granicę dużej ilości szynki, albo beczek z kapustą kiszoną, a tym bardziej konserw czy innych produktów. A polską kuchnie, tradycyjne potrawy wręcz uwielbiam i trudno mi sobie wyobrazić życie bez kopytek czy grochówki. Musisz wiedzieć, to dla historii bardzo ważne, że nie lubię Świąt Bożego Narodzenia. Lubię jeść, lubię kolędy, nawet śnieg lubię, ale do świątecznej gorączki mi daleko. Lubię też moje urodziny, które wypadają w sierpniu. Właściwie najważniejsze święto w roku. Ale do rzeczy. Dawno, dawno temu, mieszkałem przez jakiś czas w stolicy Grecji, Atenach. Kiedyś przez przypadek, wracając do domu pod wpływem uozo, błąkając się po ateńskich uliczkach, znalazłem, ba, odkryłem niczym Kolumb nieznany ląd, polski sklep w dzielnicy Kipseli. Pani Halinka prowadziła ten sklep od 15 lat. Nie trzeba mówić, że od razu zostaliśmy dobrymi znajomymi. Sierpień, słońce w pełni, topi się asfalt, cykady grają, pod parlamentem strajkują Grecy, ale nie ma nic ważniejszego niż moje urodziny. W ten wyjątkowy dzień, pierwszy i jak dotąd ostatni raz, połączyłem Boże Narodzenie z Urodzinami. Dzięki odpowiedniemu zaopatrzeniu, po 3 dniach gotowania (a jakże) zaserwowałem moim międzynarodowym gościom bigos, pierogi, łazanki, żurki, makowce, kiszone ogórki, galaretki, kluski, ptasie mleczko, wódka, do wyboru do koloru. Stół uginał się od żarcia, w tle leciały kolędy (dla gości polska muzyka poważna). No zabawy było po pachy. Morał tej historii jest taki, że Polak jak chce, to potrafi. I wszędzie znajdzie sobie i groch i kapustę. Na zdrowie!

    Reply
  • Listopad 26, 2018 at 10:23 pm
    Permalink

    Jakby co to w Pully jest sklep z produktami sprowadzanymi z szeroko pojetego wschodu,w tym Polski. nazywa sie epicerie villardin

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.