Wilhelm Tell – legenda czy prawda?

Śmiało można przyjąć, że legenda o Wilhelmie Tellu jest fundamentem, na którym zbudowano świadomość narodową Szwajcarów, zaś pomnik Tella na rynku w Altdorfie jest niemalże miejscem pielgrzymek patriotycznie nastawionych Helwetów. Nie ma w tym nic dziwnego i zdrożnego. W końcu legendy stanowią jedną z podstaw tożsamości narodowej. Wiele z nich dotyczy początków danego narodu próbując odpowiedzieć na pytanie: skąd my się w ogóle wzięliśmy? Historykom (rzadziej archeologom) trudno odpowiedzieć na to pytanie, gdyż zazwyczaj, z braku źródeł pisanych, początki państw czy narodów giną w mroku dziejów. Nauka rzadko też udziela prostych i jednoznacznych odpowiedzi, a tego najczęściej domagają się ludzie.

Pomnik bohatera legendy w Altdorfie.

W jakim stopniu można ufać owym „opowieściom o początkach”? Czy należy uznać, że to bajki i mity, które nie mają nic wspólnego z prawdą?

Zanim przejdziemy do historii o bohaterskim kuszniku, zastanówmy się przez chwilę nad legendą dotykającą początków państwa polskiego (mówiąc w dużym uproszczeniu). Mam na myśli opowieść o Popielu, którego w zamkowej wieży w Kruszwicy nad jeziorem Gopło żywcem pożarły myszy. Powodem tego miały być niegodziwości, które Popiel wyrządzał swoim poddanym. Popiel miał być również okrutny dla rodziny dopuszczając się skrytobójczego mordu na własnych krewnych. Legenda ta jest obecna we współczesnej kulturze masowej (o Popielu powstały nawet komiksy). Po raz pierwszy pojawia się ona w kronice Galla Anonima z XII wieku, choć to nie on był jej autorem. Swoje wersje legendy przytaczają później m.in. mistrz Wincenty zwany Kadłubkiem czy Jan Długosz. Pamięć o Popielu rozkwita na nowo w romantyzmie, gdy pojawia się on np. w „Starej Baśni” czy „Królu Duchu”.

Opowieść o królu Popielu, co widział białe myszki.

 

Wydawać by się mogło, że  legenda o Popielu jest arcypolska, nieodłącznie związana z polską kulturą i historią, uchylająca rąbka tajemnicy na temat dawnych, przedhistorycznych i przedchrześcijańskich dziejów naszego państwa. Otóż nie. Podobnych historii o złych władcach pożartych przez myszy jest w kulturze europejskiej bez liku. Opowieści o problemach władców/książąt/rycerzy z myszami przytaczają tacy średniowieczni kronikarze jak Thietmar z Merseburga (X wiek), William z Malmesbury (XI wiek) czy Snorri Sturluson (XIII wiek).

Myszy pożarły duńskiego jarla Asbjorna za karę, że zamordował króla Kanuta Świętego (XI wiek). Gryzonie te podobnie obeszły się z arcybiskupem Mainzu (Moguncji), Hattonem II, co było karą za okrucieństwo wobec chłopów (X wiek). Co ciekawe, podobną legendę mamy w Szwajcarii, gdzie zły i okrutny baron z Güttingen w kantonie Thurgau gnębił chłopstwo nadmiernymi daninami, sprowadzając tym na całą krainę klęskę głodu. Za karę prześladowały go myszy, przed którymi ratował się ucieczką do… zamkowej wieży nad brzegiem jeziora Bodensee, gdzie mysia horda i tak go w końcu dopadła i obgryzła do kości. Brzmi znajomo?

Legendy o myszach-ludożercach faktycznie mogą zawierać jakieś ziarno prawdy, ale ich korzenie sięgają dużo dalej i głębiej niż do średniowiecznej Polski czy Szwajcarii. Przypuszczalnie odwołują się do archetypów obecnych wówczas od dawna w kulturze europejskiej. Bardziej jednak ujawniają mentalność ówczesnych Europejczyków, niż wiernie relacjonują przebieg zdarzeń historycznych. Mówiąc prościej: legendy te, w momencie gdy powstawały, starały się za pomocą znanych i zrozumiałych pojęć tłumaczyć jakieś wydarzenia (bunt poddanych, klęski naturalne, plagi, wojny itp.) na język zrozumiały i akceptowany wówczas przez wszystkich. Rzecz jasna odpowiednio te wydarzenia modyfikując do potrzeb narracji.

Biskup Hatto też się myszom nie kłaniał…

– No dobrze – zapytają czytelnicy Blabliblu – ale co to ma wspólnego z legendą o Tellu? Czemu nam w ogóle zaśmiecasz głowy kocopałami o jakimś Popielu??!!

Już wyjaśniam. Zacznijmy jednak od krótkiego streszczenia legendy, abyśmy wiedzieli na czym stoimy.

We wsi Altdorf w kantonie Uri zarządca majątku (org. Vogt – wójt, starosta) Rudolfa von Habsburga, Hermann Gessler, postawił na rynku słup, na którym umieścił swoją czapkę. Każdy przechodzący obok słupa musiał złożyć jej ukłon w hołdzie dla władzy. Pewnego dnia Altdorf odwiedził niejaki Wilhelm Tell, chłop z kantonu Uri, ze swoim synem Robertem. Hardy chłop nie skłonił się przed czapką. Zauważył to sam Gessler, który nakazał aresztować krnąbrnego wieśniaka i jego syna. Obaj zostali skazani na śmierć, jednak zamiast wykonać wyrok okrutny Gessler postanowił zabawić się ich kosztem. Świadomy wielkich umiejętności strzeleckich Tella zaoferował mu układ: jeśli Wilhelm zestrzeli z kuszy (w niektórych wersjach legendy z łuku) jabłko z głowy Roberta, to obaj zostaną puszczeni wolno. Próba się powiodła, jabłko zostało zestrzelone, a młody Tell nie został nawet draśnięty. Gessler zauważył wtedy, że kusznik (bądź łucznik) chowa dodatkowy bełt (lub strzałę) do kołczanu. Zapytał o jej przeznaczenie. Bohater legendy niechętnie odpowiedział, że strzałę tę otrzymałby Gessler prosto w kałdun, gdyby Tell przypadkiem zabił swojego syna.

To rozzłościło zarządcę nie na żarty. Choć darował już życie Wilhelmowi, postanowił ukarać go za krnąbrność i uwięzić dożywotnio w twierdzy Küssnacht nad Jeziorem Czterech Kantonów. Podczas transportu więźnia rozpętał się straszliwy sztorm.Do sterowania łodzią była w końcu potrzebna każda para rąk, więc żołnierze Gesslera rozkuli naszego bohaterskiego kusznika (bądź łucznika). Nietrudno się domyślić, że skorzystał on wtedy z okazji, skacząc z łodzi prosto we wzburzone wody jeziora, a potem dał nogę w las. Gessler nie dał łatwo za wygraną ścigając go zajadle przez góry i lasy wraz ze swymi sługami. Lecz Tellowi nie tylko udało się uciec, ale również zastrzelić zarządcę podczas jednej z potyczek. Wydarzenia te dały początek rebelii przeciw Habsburgom i powstaniu tzw. Starej Konfederacji, czyli zalążka Szwajcarii, jaką znamy dziś.

Przyznajmy, brzmi to całkiem prawdopodobnie. Nie ma tu smoków, demonów, ani interwencji sił nadprzyrodzonych. Dlaczego więc legenda ta nie może być relacją rzeczywistych wydarzeń?

Przede wszystkim dlatego, że została spisana około 200 lat po rzekomych wydarzeniach. Dodatkowo jej pierwsze wersje znacznie się od siebie różnią w szczegółach. Po raz pierwszy pojawiła się w tzw. Białej Księdze z Sarnen (koniec XV wieku). W dziele tym jednak nie pada imię czy nazwisko głównego bohatera, nie pojawia się również taki szczegół jak strzał z kuszy do jabłka na głowie. Wspomniany jest jedynie czyn zabójstwa niegodziwego zarządcy, co dało początek rebelii.

Jej szerszą wersję zaprezentował „Chronicon Helveticum” autorstwa szwajcarskiego polityka, męża stanu, a zarazem historyka, Aegidusa Tschudi (XVI wiek), który z pewnością opierał się na Białej Księdze, lecz twórczo rozwijał jej wątki (choć jak bardzo twórczo, nie wiadomo). Według Tschudiego wydarzenia te miały miejsce w 1307 roku. Pojawia się już tutaj imię i nazwisko Wilhelma Tella. Wymienione zostają też takie szczegóły jak miejsce pochodzenia bohatera (wieś Bürglen w Kantonie Uri), data mistrzowskiego strzału w jabłko na głowie Roberta (8 listopada 1307), data śmierci bohatera (1354 rok – ponoć zginął ratując dziecko, które topiło się w rwącej rzece).

 

Moment aresztowania bohatera (mozaika na budynku Landesmuseum w Zurychu). „ObywaTellu, za krnąbrność wobec władzy idziecie do Gułagu!”

Właśnie ta wersja legendy na stałe zagnieździła się w powszechnej świadomości mieszkańców Szwajcarii i istnieje w niej do dziś. To na niej opierali się chętnie dziewiętnastowieczni artyści, których dzieła rozbudzały rodzące się wówczas uczucia narodowe Szwajcarów (np. Friedrich Schiller w sztuce „Wilhelm Tell” z 1804 roku oraz Gioachino Rossini w operze z 1829 roku o tym samym tytule). Jednak już wśród dziewiętnastowiecznych historyków pan Tschudi cieszył się fatalną reputacją, gdyż kilkakrotnie udowodniono mu ordynarne fałszerstwo dokumentów historycznych. Jednym z jego „grzechów” wobec historii było sfabrykowanie rzymskich manuskryptów, na których oparł swoje dzieło na temat historii Królestwa Recji i kantonu Glarus. Na dodatek w dziele tym mocno podrasował drzewo genealogiczne i historię własnej rodziny, tak żeby wyglądało na dużo starsze i bardziej szlachetne niż w rzeczywistości.

Z wersji Tschudiego najbardziej zapadają w pamięć niesamowite umiejętności strzeleckie głównego bohatera oraz to jak okrutnie został potraktowany: jego umiejętności są przyczyną arcytrudnej próby, którą musi przejść i w której może zadać śmierć własnemu dziecku. Jednak motyw sprytnego łucznika, którego los lub możni tego świata stawiają w trudnym położeniu był obecny w wielu legendach i podaniach średniowiecznych, i to na długo przed buntem przeciw Habsburgom czy przysięgą z Rütli. Oto najbardziej znamienite przykłady:

  • Motyw ten pojawia się w licznych skandynawskich sagach, np. w sadze o królu Olafie (XI wiek) król współzawodniczy w pływaniu, strzelectwie i zapasach z bohaterem Eindridim. Jedną z prób, do której król zmusza bohatera, jest zestrzelenie tabliczki do pisania z głowy jego syna.
  • W innej sadze, „Thidrekssaga” (spisanej w XIII wieku), bohater Egil zostaje zmuszony przez okrutnego króla Nidunga do zestrzelenia jabłka z głowy swojego trzyletniego syna. Oczywiście udaje mu się, ale on również trzyma w zanadrzu dodatkową strzałę dla złego króla (ten jednak nie ginie z jego ręki).
  • W „Gesta Danorum” (XIII wiek), Saxo Grammaticus przytacza opowieść o innym bohaterze sag starogermańskich, Palnatokim, któremu król Harald Sinozęby rozkazuje zestrzelić jabłko z głowy syna. Palnatoki musi to jednak zrobić w stanie nietrzeźwym. Udaje mu się, a potem zabija króla.
  • Innym przykładem jest niemiecka legenda z Nadrenii o Punkerze z Rohrbach, spisana po raz pierwszy w niesławnym dziele „Malleus Maleficarum” w 1486 roku, choć funkcjonująca długo przedtem (np. w średniowiecznych przedstawieniach teatralnych). Punker zostaje zmuszony do ustrzelenia monety umieszczonej na jabłku, które z kolei leży na głowie jego syna. Strzała nawet nie drasnęła małolata, ani nawet nie strąciła jabłka z jego głowy.
  • Dziewiętnastowieczny fiński etnolog Mattias Castren przytacza podobną legendę, którą usłyszał i spisał w chłopskiej chacie w wiosce Uhtuwa we wschodniej Karelii. Tym razem jednak to dwunastoletni chłopiec musi zestrzelić z łuku jabłko z głowy swojego ojca, żeby go uwolnić z rąk bandytów. Z dużą dozą pewności można stwierdzić, że opowieść ta funkcjonowała w formie ustnej od stuleci.
  • Przykład z czasów Sakso Gramatyka, choć trochę bardziej odległy w przestrzeni: perski poemat „Mantic Uttaïr” przytacza historię księcia, który, pragnąc popisać się swoimi umiejętnościami, strzela do jabłka na głowie swej ukochanej. Choć w tym wypadku żaden niegodziwiec go do tego nie zmusza. Książę chce jedynie zaimponować swojej wybrance.
  • Motyw łucznika-gieroja jest obecny nawet w tak starym dziele jak „Odyseja”. Mianowicie, co robi główny bohater, gdy po powrocie z tułaczki zastaje w rodzinnym domu tłum zalotników Penelopy? Przyznaję, nie strzela do jabłek na głowach, tylko od razu do ludzi. Ale Homer kilkakrotnie podkreśla, iż jego umiejętności łucznicze są wręcz nadludzkie. Żaden z antagonistów Odysa nie potrafi nawet naciągnąć cięciwy jego łuku, co sam Odys robi bez trudu, po czym kładzie trupem dobre pół-setki ludzi.

Przykładów jest jeszcze trochę, ale nie będziemy się już pastwić nad dziełem pana Tschudi. Nie da się jednak uciec od wrażenia, że zwyczajnie konfabulował i zapożyczył główny wątek swojej opowieści. Ciężko jednak dokładnie stwierdzić od kogo. Po prostu, historia łucznika strzelającego do jabłka na czyjejś głowie została przez Tschudiego wykorzystana, gdyż funkcjonowała w ówczesnej kulturze i świadomości. Gdzie można się doszukiwać jej źródła? Prawdopodobnie w czasach przedhistorycznych…

Jeszcze bardziej bezlitosne dla legendy o Wilhelmie Tellu są fakty historyczne. Wątpliwe są przede wszystkim daty podane w legendzie. Według Tschudiego rebelia wybuchła w 1307 roku, choć wówczas nie było żadnego zorganizowanego powstania, ani nawet żadnych walk w szwajcarskich kantonach. W wyniku walk nie został oblężony i zburzony ani jeden zamek, nie spłonęła ani jedna wieś. Efektem buntu (również w 1307 roku) była według Tschudiego przysięga w Rütli i zawiązanie Konfederacji przez mieszkańców kantonów Uri, Schwyz i Obwalden. To kolejne wątpliwe wydarzenie z legendy, które w obliczu ustaleń historyków ciężko uznać za prawdę. Dziś dokument z 1291 roku przyjmuje się za początek Starej Konfederacji, należy jednak pamiętać, że wcześniej istniały również umowy na temat współpracy między trzema kantonami (najstarsze datowane na lata 50-te XIII wieku).

Chronicon Helveticum mąci ludziom w głowach od ponad 400 lat.

Walki pomiędzy Szwajcarami a Habsburgami wybuchły dopiero prawie 10 lat później, gdy Leopold Habsburg (syn i następca Rudolfa) wysłał w 1315 roku pierwszą armię, która miała stłumić bunt alpejskich chłopów. Minęło kolejne 30 lat, zanim jego następcy wysłali kolejną. Potem walki w szwajcarskich kantonach odżywały średnio co kilkadziesiąt lat. Głównie były to lokalne wojny między książętami Cesarstwa Niemieckiego, a Helwetami. Ale, co ciekawe, nie tylko niemieccy feudałowie byli stroną atakującą. Zdarzało się, że kantony i miasta Konfederacji walczyły między sobą, głównie o wpływy i ziemię.

Nie muszę dodawać, że żaden zachowany średniowieczny dokument (np. spis powszechny, księga parafialna lub dokument sądowy) nie wymienia wieśniaka o nazwisku Tell ze wsi Bürglen. Dobrze znane są personalia wszystkich sygnatariuszy Aktu Konfederacji z 1291 (bądź 1307 jak twierdził Tschudi), ale znowu niespodzianka: nie ma wśród nich żadnego Tella.

– Do kroćset! Musi być choć ziarno prawdy w tej legendzie! –zakrzyknie w tym momencie niejeden z czytających.

– Zgoda – odpowiem – lecz podejdźmy do niej od innej strony.

Spróbujmy sobie wyobrazić sytuację mieszkańców górskich kantonów w owym czasie. W większości są to żyjące w izolacji niewielkie społeczności chłopskie. Nie mają królów czy książąt, władzę sprawują za to wybieralne zgromadzenia złożone z właścicieli ziemii. Chłopi ci są równie mocno przywiązani do takiego życia, co niechętni obcym i ich sposobom na życie. Przy czym obcy to niekoniecznie Frankowie, Bawarczycy czy Burgundczycy – wystarczy, że ktoś mieszka w innej dolinie i już ma przechlapane. Jednocześnie XIII wiek to apogeum feudalizmu. Nie wgłębiając się zbytnio w charakterystykę tej wielkiej formacji społeczno-gospodarczej, można stwierdzić, że jej główną cechą jest ścisła i nieprzekraczalna hierarchia społeczna, w której chłop pełni rolę poddanego, a jego podstawowym obowiązkiem jest płacenie daniny na rzecz seniora (króla, księcia czy innego rycerza).

Góralom z Alp początkowo nikt specjalnie się nie narzuca, bo i nie warto. Ziemii uprawnej  jest mało, a jak już jest to mało urodzajna ze względu na wysokie góry albo gęste lasy. Równie mało jest poddanych, od których można by zebrać daniny. W pewnym momencie dochodzi jednak do znaczących zmian i to, używając modnego dziś słowa, zmian geopolitycznych. Przede wszystkim, trwające od X/XI wieku w Europie ocieplenie klimatu powoduje cofanie się granicy wiecznego śniegu i zwiększenie powierzchni alpejskich pastwisk. To powoduje wzrost liczby krów i pojawienie  się nadwyżek żywności. To z kolei owocuje systematycznym zwiększaniem się liczby ludności w alpejskich społecznościach i znacznym wzrostem handlu. W tej sytuacji w połowie XIII wieku mieszkańcy dzisiejszego kantonu Uri budują most przez przełęcz św. Gottharda, dzięki czemu powstaje nowy szlak łączący Rzeszę Niemiecką z południem Europy. Szlak ten ma kolosalne znaczenie, gdyż daje olbrzymie zyski (z myta i ceł) oraz przewagę militarną dla tego, kto nad nim panuje. Jest tylko kwestią czasu, kiedy zainteresują się nim ówczesne potęgi europejskie i spróbują go opanować. A to znacząco zmieni sytuację mieszkańców Alp, skończy się bowiem ich spokój.

Tradycyjne niesnaski i spory między alpejskimi góralami wykorzystuje w drugiej połowie XIII wieku hrabia Rudolf von Habsburg i bezczelnie wtrąca się w ich sprawy wewnętrzne. Początkowo przybywa z nielicznym pocztem rycerskim, rzekomo poproszony o sprawiedliwy sąd w pewnym sporze między górskimi klanami w Uri. Ponoć chodziło o zyski z myta, choć jak było naprawdę dziś nikt już nie pamięta. Jak łatwo przewidzieć, jego sług i zaciężnych żołdaków stopniowo przybywa i szybko okazuje się, że wcale nie chcą opuścić alpejskich przełęczy. Co gorsza, zaczynają uzurpować sobie prawo do czerpania zysków z myt i ceł, bezczelnie grabiąc górali z dotychczasowych źródeł dochodu. Mówiąc wprost: sobie przyznają rolę panów, zaś mieszkańcom górskich kantonów rolę poddanych. Bunt jest jedynie kwestią czasu i w końcu do niego dochodzi. Mieszkańcy trzech górskich kantonów wyrzucają sługi von Habsburga i postanawiają od tego momentu wspólnie stawiać czoła wszelkim zagrożeniom z zewnątrz.

Grafika dla uczczenia 600-lecia bitwy pod Morgarten (1315). Habsburgowie po raz pierwszy próbują ukarać buntowników i dostają niezłego łupnia.

Legenda o Wilhelmie Tellu mówi nam o tym, że coś ważnego i rewolucyjnego wydarzyło się w górskich kantonach na przełomie XIII i XIV wieku. Mianowicie, wcielono w życie zasadę, iż poddany ma prawo zbuntować się przeciw panu i że ma pełne prawo do suwerenności, wolności gospodarczej, a wręcz do życia bez poddaństwa. Takie podejście było czymś całkowicie sprzecznym z ówczesnym porządkiem społecznym oraz mentalnością.

Suwerenność chłopów? To wręcz bluźnierstwo, bo suwerenem może być tylko monarcha, który ewentualnie ceduje swoje uświęcone łaską bożą uprawnienia na szlachetnie urodzonych. Wolność gospodarcza i prawo do zarobków? Abstrahując od faktu, że pojęcia te istnieją mniej więcej od XVII wieku – nikomu nie przyszłoby wtedy do głowy, że należy się ona poddanym. Brak króla i w ogóle jakiegokolwiek seniora? Toż przecież ci górale to zwykłe szumowiny, co to Boga i prawa w sercu nie mają, należy im się surowa kara!

Jakże więc ten podły bunt przeciw prawom ludzkim i boskim uzasadnić wszem i wobec, żeby nie wyglądał na zwykły bandytyzm? Jak dać ludziom wiarę i przekonanie w to, że bunt był słuszny i że choć będzie ciężko, to cel na końcu tej drogi wart jest poświęcenia? Wreszcie najważniejsze: jak połączyć tradycyjnie zwaśnione i niechętne sobie społeczności górskie w walce z zewnętrznym najeźdźcą? Bo dla potomków twórców Konfederacji (takich jak Aegidus Tschudi) musiało być jasne, że najeźdźca tak łatwo nie ustąpi. Ataki Habsburgów zostały odparte, ale przecież maleńka Konfederacja Helwetów wciąż pozostawała solą w oku feudalnej Europy, gdyż była całkowitym zaprzeczeniem jej etosu.

Odpowiedzi na te pytania przynosi właśnie legenda o Wilhelmie Tellu. Daje ona Konfederatom poczucie wspólnej krzywdy („wszyscyśmy równo skrzywdzeni przez Habsburga, tego drania, co to nawet nasze dzieci prześladuje”) i wspólny cel („pozbądźmy się złodziejskich Gesslerów i innych jemu podobnych, żyjmy po swojemu bez obcych, zarabiajmy sami dla siebie”). Dzięki niej Helweci tworzą własny etos, który ich jednoczy i daje jasny, zrozumiały dla wszystkich (wewnątrz i na zewnątrz) powód oraz uzasadnienie podjętej walki. Co więcej, etos ten jest na tyle silny i atrakcyjny, że do trzech początkowo kantonów dołączają kolejne, a trwająca kilkaset lat walka kończy się sukcesem- pełną niezależnością i suwerennością Konfederacji Helwetów, potwierdzoną przez Święte Cesarstwo Rzymskie oraz inne państwa europejskie w traktacie westfalskim (1648).

I w tym momencie, proszę szanownych czytelników, przestaje być istotne czy Wilhelm Tell wogóle istniał, czy naprawdę trafił z kuszy w jabłko na głowie swojego syna, czy zabił Gesslera i co w tej legendzie jest prawdą, a co jest zmyślone. Bo nie o prawdę przecież w legendach chodzi :).

 

Szymon Orzechowski

12 komentarzy o “Wilhelm Tell – legenda czy prawda?

  • Czerwiec 19, 2018 at 8:44 am
    Permalink

    Super artykuł.
    A jak to było z tym Mortgarten w 1315?
    Są jakieś rzetelne źródła na potwierdzienie tej historii?
    Pozdrawiam

    Reply
    • Czerwiec 19, 2018 at 9:07 am
      Permalink

      Dzięki :).

      Sama bitwa pod Morgarten jest dobrze zbadana i nie budzi już dziś wielkich sporów. Faktem jest, że wiarygodnych źródeł pisanych z czasów samej bitwy jest niewiele. Dlatego od mniej więcej od XIX wieku spierano się zażarcie na jej temat. Były to jednak standardowe spory, dotyczące niemal każdej średniowiecznej bitwy: dokładnego czasu i miejsca bitwy, liczebności wojsk i strat po obu stronach itd. Nikt raczej nie podważał samego faktu stoczenia bitwy.

      Dobry artykuł na temat źródeł wiedzy o bitwie i wogóle całej wojnie przeciw Leopoldowi znalazłem w Szwajcarskim Leksykonie Historycznym: http://www.hls-dhs-dss.ch/textes/d/D8726.php (wersja po niemiecku, są też francuska i włoska).

      Reply
  • Czerwiec 19, 2018 at 8:47 am
    Permalink

    Morgarten nie Mortgarten 🙂

    Reply
    • Czerwiec 19, 2018 at 9:07 am
      Permalink

      Fakt. Już poprawiam.

      Reply
    • Czerwiec 19, 2018 at 2:25 pm
      Permalink

      Spoko. Myslę, że w legendach o myszach chodziło o jakiś wymarły już gatunek myszy, ktore żywily się ludzkim mięsem. Myszy tygrysie albo myszy szablozębne. Nauka na pewno jeszcze nie powiedziała wszystkiego w tej kwestii.

      Reply
    • Czerwiec 19, 2018 at 2:57 pm
      Permalink

      No to zdradź nam ten sekret, Ania, dla tych, którym się nie chce klikać. Mogły czy nie mogły? 😉

      Reply
  • Czerwiec 19, 2018 at 9:57 pm
    Permalink

    Istnieją myszy nawet trzy razy większe od zwykłej myszy domowej. Podobno te gryzonie dostają się na inne lądy wraz z żeglarzami. Na wyspie Gough, gdzie badano ten przypadek, polują stadnie na ptactwo, np na albatrosy.
    Taki ptak może ważyć nawet 10 kilogramów, a mysz jedynie 35 gramów – jednak horda myszy potrafi zabić i zjeść tego ptaka. To tak jakby kot atakował hipopotama.
    Podobno w każdej legendzie jest ziarno prawdy. Spodobała mi się teoria o myszach szablastozębnych. 😀

    Reply
    • Czerwiec 20, 2018 at 9:59 am
      Permalink

      Fajne.
      Działa na wyobraźnię. Myszy, które zabijają. Niezły temat na horror klasy B 😉 😀

      Reply
  • Czerwiec 22, 2018 at 10:40 am
    Permalink

    Jak przeczytałam o myszach szablozębnych, od razu przyszedł mi do głowy mój kot Belfast, bardzo bojowy, nikomu nie przepuści, ale czy dałby radę taaakim myszom? No nie wiem. Co do artykułu, przyznam, że z przyjemnością przeczytałam. Pozwolę sobie zwrócić uwagę na zdanie cyt: „suwerenem może być tylko monarcha, który ewentualnie ceduje swoje uświęcone łaską bożą uprawnienia na szlachetnie urodzonych.” W Polsce pod sformułowaniem „suweren” rozumie się co innego, wiadomo, ale zdaje się, że ta powyższa definicja jest bardziej adekwatna jak faktycznie pojmuje się to pojęcie w obecnych czasach w naszym Kraju :-).

    Reply
    • Czerwiec 22, 2018 at 10:59 am
      Permalink

      Hehe uprzejmie proszę o niewyjmowanie pojedyńczych zdań z kontekstu, bo to znacząco zmienia ich znaczenie :). Zdanie owo dotyczyło przeszłości, nie obecnej sytuacji. Jeszcze tylko brakuje, żeby ktoś zaczął nawoływać myszy do zjedzenia suwerena…

      Reply
  • Czerwiec 22, 2018 at 2:36 pm
    Permalink

    Tak jest, już się dyscyplinuję. Właśnie to na tym polega, jak łatwo zmienić kontekst zdania w zależności od jego użycia, a to domena nie tylko prawników :-).

    Reply

Odpowiedz na „MonikaAnuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.