Szwajcarskie alkohole dla polskiej cioci i wujka

„Co powinienem kupić w prezencie dla cioci / wujka na święta ze Szwajcarii? Myślałem o jakimś fajnym tradycyjnym alkoholu, ale nie bardzo się na tym znam. Mogłabyś mi coś podpowiedzieć?”

To jedna z wielu podobnych wiadomości prywatnych, którą wrzucam do mojej prywatnej kategorii „szwajcarskie prezenty alkoholowe – ajuto!”. No tak. Tyle, że to nie jest takie proste. Oczywiście, mogłabym bezdusznie po prostu podać kilka nazw alkoholi, dodać „pozdro!” i zakończyć tym odpowiedź. Ale wiedziałabym, że jeśli tak odpowiem, bardziej skrzywdzę mojego rozmówcę, niż mu pomogę. Jego ciocię i wujka też… Więc pracowicie stukam w klawiaturę, że wszystko zależy od upodobań, palety i wielu innych czynników. A z drugiej strony zwykle znajduję niezrozumienie i wyobrażam sobie jakiegoś zdumionego czytelnika, który czyta te wszystkie moje disclaimery i myśli sobie: „Dziewczyno, po co ty mi się tu produkujesz? Nazwy mi podaj, nazwy!”… Dlatego postanowiłam raz na zawsze to załatwić. Artykułem.

Bo wiecie, moi drodzy, ludzi pijących alkohol dzieli się na dwie kategorie: ciocie i wujków. Tak trochę szowinistycznie mi to wyszło, ale mam dziwne wrażenie, że jakoś tak to się układa. Przy czym kobiety mogą być wujkami, a większość mężczyzn to tak czy inaczej ciocie. Wujkowie, powiedziałabym, szczególnie w Polsce, to wyjątki.

Kto to jest alkoholowa ciocia? Ta najcudowniejsza istota pod słońcem. Jej domowe nalewki zawojowały niejedną imprezę i były przyczyną wielu głębokich rozmów z porcelanowym niedźwiedziem. Ciociowa wiśnióweczka to rarytas. Wino z jabłek zamiata i niszczy. Likier cytrynowy ma swoją własną osobowość. Ciocia piwem oczywiście też nie pogardzi (chcesz soku malinowego czy imbirowego?). Ciocia to w dodatku pies na nasze polskie smakowe wódeczki i likierki kawowo-waniliowe. Nie pogardzi też dobrze schłodzonym Jackiem z colą i lodem!

Nie mam tak naprawdę pojęcia, jak to wygląda w statystykach, ale mam dziwne wrażenie, że przeciętny Polak to alkoholowa ciocia, czyli po prostu osoba, której alkohol najlepiej smakuje na słodko! Wiem, że może to brzmieć tak, jakbym patrzyła z góry na osoby o takich upodobaniach, ale nie jest to moim zamysłem. Po prostu tak jest. Jedni lubią truskawki, inni wolą kapary. De gustibus…

No i teraz tak: większość typowych szwajcarskich alkoholi, szczególnie takich „lepszych” jest dla wujków, ale dla cioci też coś znajdę. Odradzałabym kupowanie ciociom alkoholi dla wujków i odwrotnie. W najlepszym wypadku nie docenią, w średnim będą go używali do odmrażania szyb samochodu, w najgorszym panoramicznie wszystkich oplują i pójdą sobie przepłukać gardło… Uwierzcie, przetrenowane. Kiedyś kupiłam przepyszną szwajcarską śliwkową brandy (tzw. eau-de-vie), taką z wyższej półki, i zabrałam ze sobą do Berlina na spotkanie ze znajomymi. Skutek był taki, że kończyłam po wszystkich te sznapsiki, a potem byłam tak wesolutka i bezproblemowa, że się sama zaginęłam na mieście.

CO KUPIĆ CIOCI NA ŚWIĘTA?

Broń Boże, nie dajcie się skusić wesołymi rysunkami owoców na butelkach eau-de-vie! To nie dla cioć! Niech was nie przekonają śliczne obrazki zielonej wróżki na prawdziwym, męskim absyncie ani ziół na Appenzellerze! To nie są naleweczki na cukrze, które podejdą wszystkim.

Są jednak szwajcarskie butelki, które wzbudzą w ciociach bardzo gorące uczucia. Chodzi o likierki owocowe – słodkie i niebanalne. Jak to się nazywa?

Douce de Williamine (likier gruszkowy), Douce de Abricot (likier morelowy), Douce de Coing (likier pigwowy) – te 30% trunki świetnie smakują mocno schłodzone, z lodem. Te, które próbowałam, były wyprodukowane przez firmę Morand ze szwajcarskiego kantonu Valais.

Untitled design

Kolejny pomysł to szwajcarskie wina. Niech cię jednak chroni Bachus przed chwytaniem za wino z wielką szwajcarską flagą z bezcłówki, za które chwyta 95% osób, które się na tym nie znają! Toż to jest niepijalne nawet dla koneserów, a co dopiero dla winnych analfabetów. W celu kupienia dobrego szwajcarskiego wina, które będzie smakować i cioci, i wujkowi, i nie zgorszy nawet smakosza, jeśli się trafi w towarzystwie, idziemy do zwykłego szwajcarskiego supermarketu i polujemy na dwa białe wina, z którymi nie da się źle wybrać: Amigne (czyt: Amiń) lub Malvoisie (czyt: Malwłazi).

Dlaczego aż tak bardzo ograniczyłam wybór gatunków win? Przecież czerwone Humagne Rouge (czyt: Umań ruż) czy Cornalin (czyt. Kornalę) nie są wcale złe. No tak. Ale my przecież patrzymy na gust cioci, która lubi słodkie… Szwajcarskie wina ze względu na klimat są najczęściej bardzo wytrawne, z mocnym taninowym smakiem, który potrafi postawić na baczność nawet najbardziej wyrobione kubki smakowe. Nie zmuszajmy do tego cioci…

Żeby nieco rozjaśnić Wam, jakie skutki może mieć serwowanie cioci dobrego, czerwonego, wytrawnego wina, opowiem Wam historię mojego kolegi Francuza, Armanda. Kolega jest bardziej niż stereotypowym Francuzem. Świetnie gotuje, prezentuje się lepiej niż dobrze, jest koneserem dobrego wina… i kobiet. Na jego usprawiedliwienie dodam, że on te kobiety smakuje, a nie wsuwa jak cheeseburgery. Razu jednego załamany i zdegustowany Armand do mnie zadzwonił i opowiedział mi historię. Umówił się na wieczór z przepiękną Japonką. „Amarone spośród kobiet, mówię ci, Joanna!” Ugotował wołowinę po burgundzku, kupił świetne, bardzo drogie wino, nałożył białą koszulę… i wszystko doskonale się układało do czasu, gdy Japonka nie wzięła łyczka wina, skrzywiła się, a później bezkompleksowo dolała sobie do niego soku pomarańczowego. „Do 10-letniego Zinfandela! Soku! Uwierzysz, Joanna? Nie wywaliłem jej co prawda za drzwi, ale po kolacji powiedziałem jej, że jestem zmęczony. Rozumiesz? Ja! Zmęczony! I tak tego wieczoru nic by mi z tego nie wyszło!” Jaki z tego morał? Jeśli chcemy, żeby nam z „wujkiem” lub „ciocią” coś wyszło wieczorem, gramy w „wujka” lub „cioci” grę!

CO KUPIĆ WUJKOWI NA ŚWIĘTA?

Kto to jest ten nasz artykułowy wujek? Wujek to taka osoba (płeć, jak już mówiłam, nie ma znaczenia), która potrafi sobie nalać naparstek czegoś, co dla przeciętniaka smakuje naftą i ziemią, i delektować się tym przez cały wieczór odkrywając cały bukiet różnych smaków włączając w to słodycz. W sumie w powyższym zdaniu opisałam bardziej konesera, a nie wujka. Czyli upraszczając: wujek to osoba, który woli alkohole wytrawne.

Szwajcaria dla wujka ma zdecydowanie dużo bardziej urozmaiconą ofertę niż dla cioci. Zacznijmy od tych całych sznapsów, które w Szwajcarii występują pod postacią owocowych brandy (dokładnie to się nazywa eau-de-vie, co się tłumaczy woda życia. Nie można jednak zapominać o polskiej, sympatycznej i swojskiej nazwie okowita!). Mamy całą gamę rozmaitych, doskonałych sznapsików: dwa najsłynniejsze to Abricotine (morelówka) i Williamine (gruszkówka). Można jednak wybierać-przebierać: jest wiśniówka (Kirsch), malinówka (Framboise), pigwówka (Coing), mirabelkówka (Mirabelle)… Sznapsy mają około 43% alkoholu i mają intensywny, alkoholowy smak. Powiedziałabym, że to alkohole o zdecydowanie męskim charakterze. Okowitę pija się po posiłku, jako digestif, czyli na trawienie. Polecam również polać sznapsem lody w formie sorbetu (najlepiej cytrynowe lub o jakimś świeżym owocowym smaku). Ostry smak alkoholu złagodzi słodycz sorbetu i podkręci smak owoców.

Kolejny tradycyjny szwajcarski alkohol, który spodoba się wujkom to absynt. Pewnie myślicie, że absynt pochodzi z Francji? Właśnie, że nie! Przepis na ten anyżowy, mocny alkohol pochodzi z 18 wieku z kantonu Neuchatel. Tam też można się wybrać na wycieczkę absyntowo – przemytniczym szlakiem. Niegdyś, absynt, ze względu na zawartość halucynogennego piołunu, był traktowany jak narkotyk, ulubiony trunek bohemy o zbyt błyszczących oczach. Stąd jego artystyczna nazwa „zielona wróżka”. Na początku XX wieku absynt został zdelegalizowany i dopiero pod koniec wieku wrócił do łask.

Jak się pija absynt? Jest kilka metod. Jedna zakłada przelanie lodowatej wody przez kostkę cukru do absyntu (proporcje absynt – woda to jak 1:4). Druga, tak zwana metoda bohemy, również obejmuje użycie kostki cukru na łyżeczce. W tym przypadku kostkę macza się w absyncie, a następnie podpala. Po chwili wrzuca się ją do kieliszka z tym trunkiem, co powoduje jego zapalenie. Płomień gasi się porcją lodowatej wody. Uwaga! „Płonący” absynt przygotowany według drugiej metody jest nawet mocniejszy niż zwykły.

Ostatni trunek jaki zaproponuję na prezent dla polskiego wujka to Appenzeller Alpenbitter. Appenzeller to bitter, czyli gorzka wódka (chociaż w zasadzie powinnam powiedzieć – likier, ponieważ zawiera tylko 29% alkoholu) produkowana na bazie ziół. To taka trochę średnia półka, smakosze mogą się skrzywić, ale kupienie tego alkoholu w prezencie nie jest głupim pomysłem. Po pierwsze – Appenzeller ma śliczną, szwajcarską tradycyjną butelkę, która po prostu pięknie wygląda jako pamiątka ze Szwajcarii. Po drugie, jest podobny w charakterze do Jagermeistera, czyli pod tymi wszystkimi 42 gorzkimi ziołami schowana jest słodycz i łagodność. Appenzeller może smakować nawet ciociom alkoholowym. A jeśli nie będzie smakował, to niech ciocie sobie do niego doleją coli i dołożą lodu. Trunek co prawda zabiją, ale przynajmniej się czegoś napiją!

A Wy? Co byście dołożyli do mojej listy szwajcarskich alkoholi dla cioci i wujka? Zapomniałam o czymś?

16 komentarzy o “Szwajcarskie alkohole dla polskiej cioci i wujka

  • Wrzesień 4, 2017 at 9:06 am
    Permalink

    Kochana-Grappa. Grappa pochodzi z północnych Włoch, ale we włoskiej części Szwajcarii jest również produkowana. Dobry trunek polecam kupić w specjalnych sklepach z alkoholem. Tam również można posłuchać rady specjalistów i degustować. Co do win- wybrać się na taką Olmę, gdzie dostawcy prezentują swoje trunki z małych winnic, często o nazwie, której w życiu nie słyszałaś, ale za to niebo w gębie…Pozdrawiam i na Zdrowie!

    Reply
    • Wrzesień 4, 2017 at 10:33 am
      Permalink

      Faktycznie grappa mi umknęła!

      Reply
    • Wrzesień 4, 2017 at 1:03 pm
      Permalink

      Oj, pamiętam. Podczas dłuższego pobytu we Włoszech grupowo udaliśmy się w poszukiwaniu czegoś co nie będzie kolejnym winnym sikaczem. Szukaliśmy – nie bójmy się tego słowa – wódki. Jedyna zakurzona butelka, która miała powyżej 30% to była jakaś zapomniana grappa. Próbowaliśmy na różne sposoby, nawet z colą. Nie udało się, 3/4 butelki wylądowało w kibelku. Na zawsze zapamiętam, że jest to jedyny alkohol świata, z którym nie da sobie rady nawet Coca Cola.

      Reply
  • Wrzesień 4, 2017 at 9:10 am
    Permalink

    Joanno! No Joanno! Ja rozumiem, zes ty z francuzowa, ale gdzie Ticino??? Toz oni maja genialne wina, nawet lepsze niz te walijskie, dojrzewajace na wygrzanych sloncem stokach Alp. Z wina robi sie tez destylat, czyli grappe, ale to zdecydowanie dla wujkow, bo domowa grappa podchodzi pod 70%. Prawie jak balkanska sliwowica. Poza tym legalne jest sprzedawanie domowej grappy na roznych festynach, wiec za kazdym razem mozna kupic cos oryginalnego 🙂
    Dla smakoszy piwa dorzucilabym tez zestaw piw z Appenzeler, maja nawet zestawy prezentowe w skrzynce, z roznymi rodzajami do degustacji.

    Reply
    • Wrzesień 4, 2017 at 10:34 am
      Permalink

      A wiesz, że u nas w Romandii nie ma nic na półkach z Ticino? Kiedyś próbowałam znaleźć jakieś wino. Bezskutecznie. Może patrzyłam nie w tym miejscu, gdzie trzeba, czy jak…

      Reply
      • Wrzesień 4, 2017 at 1:34 pm
        Permalink

        W dojczszwajcu w coopie jest dyzurny merlot z Ticino, czasem dwa, tak jak dyzurny walizzzski 😉 fendant pod fondue. Ale ów merlot kosztuje 10 czy 12, co oznacza, ze kilka franków trzeba dorzucic na patriotyzm konsumpcyjny 😉 bo wina włoskie czy inne chilijskie mają swój urok za mniejszą nawet cenę.
        Wolę więc pić merlota w jego środowisku naturalnym (jak by pewnie powiedziała Joanna – terułar 😉 )
        czyli z dzbanka w grotto…
        A z grappą muszę spróbować, jeśli Blanka tak zachwal 🙂

        Reply
        • Wrzesień 4, 2017 at 9:54 pm
          Permalink

          Walizski, to jakby od walizek 😉

          Reply
  • Wrzesień 4, 2017 at 9:11 am
    Permalink

    Powinno byc chyba waliskie, a nie walijskie, bo chodzi o Wallis

    Reply
    • Wrzesień 4, 2017 at 2:27 pm
      Permalink

      Jak dla mnie walizyjskie.

      Reply
  • Wrzesień 4, 2017 at 12:35 pm
    Permalink

    Tylko żeby polska ciocia i polski wujek wiedzieli co piją?

    Reply
  • Wrzesień 4, 2017 at 4:12 pm
    Permalink

    Zapomniałaś o Röteli! Idealny dla „cioć” liker z suszonych na słońcu wiśni.

    Reply
    • Wrzesień 4, 2017 at 9:55 pm
      Permalink

      Właśnie już mi ktoś zmył głowę na facebooku, że zapomniałam o tym wynalazku. A fakt jest taki, że nigdy nie piłam, czas nadrobić zaległości!

      Reply
  • Wrzesień 4, 2017 at 4:39 pm
    Permalink

    Ostatnio odkrylam wybitny szwajcarski Gin- Turicum. I butelka tez robi wrazenie. Jeśli tylko ktoś w Ginach gustuje to na bank się nie zawiedzie 😉 Cena niestety tez zwala z nóg..

    Reply
    • Wrzesień 4, 2017 at 9:56 pm
      Permalink

      Od czasu, gdy przedawkowałam Gin Lubuski, to mam pewne opory… 😉

      Reply
  • Wrzesień 4, 2017 at 10:09 pm
    Permalink

    Z tego podziału wychodzi, że jestem wujkiem. 🙂 Nawet piwo mi jakoś bardziej smakuje, gdy ma trochę goryczki, w tych smakowych zawsze wyczuję chemię.
    Na poważnie, to bez śliwowicy na Półwyspie Bałkańskim czasem naprawdę się nie da funkcjonować (i nie, nie mam tu na myśli bezrobocia i tym podobnych spraw). Myślę o znacznie bardziej przyziemnych kwestiach: po prostu przy temperaturze 40 stopni i w górę w cieniu w warunkach domowych, nawet przy maksymalnym zachowywaniu higieny, nie da się doprowadzić czegokolwiek do stanu sterylności. I tak z cioci stałam się wujkiem! 🙂 Choć nie ukrywam, że na co dzień prawie w ogóle nie piję…

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *