Przy stole w Szwajcarii

Mamy niezwykłą tendencję do tworzenia uogólnień na podstawie naszego otoczenia. Dla jednych świat schodzi po schodach w dwupiętrowym apartamencie, dla drugich świat schodzi na psy. A prawda, jak zwykle, merda się gdzieś pomiędzy i bardzo trudno ją uchwycić. Bo nawet jeśli uśrednimy te ekstrema, wyjdzie nam nie świat-przeciętny, ale świat-nikt.

Dlatego nie zamierzam dołączać do moich artykułów kilku stron małym druczkiem po gwiazdce: *nie dotyczy: Szwajcarów niemieckojęzycznych, Szwajcarów, którzy przebywali więcej niż 2 lata w Polsce, Szwajcarów w zielonych spodniach, pół-Szwajcarów, niby-Szwajcarów, mieszkańców kantonu Jura, Szwajcarów, którzy lubią piwo, Szwajcarów, którzy wychowali się na wsi mniejszej niż 500 mieszkańców i w mieście większym niż 100 tysięcy mieszkańców, „nowych” Szwajcarów, pana Schmidta z Zurychu z ulicy Bahnhoffstrasse 38 i teściów Kasi, Zosi i Małgosi, a także wszystkich przebrzydłych szefów… Nie, nie, nie! Jeśli tak zrobię, wyjdzie mi umowa kredytowa, a nie artykuł. Także przyjmijmy raz na zawsze, że ja piszę z mojej perspektywy, wy piszecie komentarze ze swojej i wszyscy się kochamy i wyrozumiale głasiamy po dzióbkach.

Dzisiejszy artykuł będzie mówił o zwyczajach jedzeniowych Szwajcarów. Zamiast jednak zaglądać im do garów, skupię się bardziej na okolicy jadalni. Jak jadają Szwajcarzy w swoim domowym zaciszu, lub gdy przychodzą do nich goście?

Przyznaję, z niejakim wstydem, że nie jestem zwierzęciem ceremonialnym. W mojej polskiej rodzinie na co dzień przy stole się czytało. Mama wyciągała wielką szarą płachtę gazety, która zajmowała cały stół i każdy sobie wybierał artykuł na podstawie jego odległości od jego talerza. Ja, jako że siedziałam zawsze z prawej strony, miałam całkiem nieźle opracowane czytanie artykułów od końca… A że czytać kocham, i gazety i książki często bywały zachlapane łzami emocji i barszczem czerwonym. Taki ze mnie niestety prosiaczek!

W czasach studencko-kolektywnych wspólne jedzenie ze współlokatorami i innymi podjadaczami również nie było za bardzo ceremonialne. Najczęściej po prostu talerz pełen kanapek niosło się do sypialni, zasiadało „na wtulonego kociaka” w kilka osób na łóżku i włączało film na komputerze. To miało swoje niewątpliwe zalety, bo rano można było, jeszcze przed uniesieniem się na łokciach, zjeść sobie czipsa wplątanego we włosy koleżanki i popić wczorajszą rozgazowaną colą z podłogi.

Fazy polskich chłopaków, przyznaję ze wstydem, nie pamiętam. Czy ja wtedy coś w ogóle jadłam? Na pewno musiałam, ale zawsze w biegu, w międzyczasie, nie przywiązując do tego wagi. Pamiętam, że raz usmażyłam dla gości krewetki z pietruszką i podałam je, olaboga, na talerzach do kompletu, za co dostałam od wszystkich młodych-inteligentnych-na dorobku owację na stojąco. To były w końcu czasy odgrzewanych kotletów z maminych słoików…

A potem przyjechałam do Szwajcarii. Każdy wie, jakie są początki związku. Na stole w jadalni leżał obrus, kwiaty, wino. Telewizor był wyłączony, komórki też, światło przyciemnione, grała muzyka… Ale nie ze mną te numery, Brunner! Dobrze wiedziałam, że ze wszystkich Romeów wyłazi po czasie Ferdek Kiepski i poplamiona koszula ze spodni. A później po prostu… przywykłam. Otaczali mnie w końcu ludzie, którzy zawsze jedli razem, pili czerwone wino do kolacji, wyłączali telefony w porze posiłku. Przyzwyczaiłam się, że o godzinie 19 unika się pukania do sąsiadów i dzwonienia do znajomych. Stwierdziłam, że to po prostu dorosłość. Lampeczka przeszła wreszcie z przelotnej fazy one-night-kebsów na mieście w stałą fazę „Kochanie, dolać ci wina?”. Co prawda ta faza w moim wykonaniu nazywa się bardziej „Zabieraj łapska od mojego kieliszka, potworze”, ale to tylko drobny szczegół (ach te nazewnictwo!).

Następny szok więc przeżyłam, gdy odkryłam, że nie wszyscy tak mają. Było to dokładnie jakiś rok temu, gdy odwiedzałam moich znajomych Amerykanów. Razem z panią domu sączyłyśmy sobie prosecco w kuchni. Zbliżała się nieuchronnie pora kolacyjna i pan domu lada chwila miał przyjść z pracy, więc zaczęłam powolutku zbierać swoje manele. Amerykanka jednak była nieubłagalna „jeszcze nie przerobiłyśmy czasu przeszłego strony biernej trybu przypuszczającego rodzaju nijakiego, a to takie istotne”. Więc zostałam. Pomyślałam, że najwyżej zjem z nimi i zaproszę ich do siebie na jakąś następną kolację. Tymczasem pan domu wrócił, wycmokał nas na przywitanie i… wrzucił sobie gotową pizzę do piekarnika. Rzeczoną pizzę zjadł u siebie przed komputerem, a my wyjadłyśmy radośnie ser prosto z lodówki. Czułam się tak młodo, że z wrażenia zapomniałam kupić bilet do domu i musiałam się nieźle nauśmiechać, żeby mnie srogi pan kontroler puścił z płazem.

Od tej pory prowadziłam taki mały dyskretny wywiad – jak się jada w różnych domach. I z zebranych informacji od Polaków wyszło, że jest mniej więcej pół-na-pół. Oczywiście wspólne posiłki są ideałem, ale rzeczywistość pisze różne scenariusze. Niektórzy dbają o to, żeby jeść przynajmniej jeden wspólny posiłek dziennie, inni są tak głodni po przyjściu z pracy, że po prostu jedzą gdzie i co bądź. Dlatego uznałam, że warto napisać, jak to robią Szwajcarzy.

Jak już pisałam, Szwajcarzy są szalenie ceremonialni – zarówno w czterech ścianach, jak i przy gościach. Jedzą razem, a dzieci od małego są uczone zachowania przy stole. Przestrzega się bardzo wielu niepisanych zasad. Posiłek zaczyna się dopiero, gdy wszyscy mają przed sobą dania, chyba że osoba, która pozostała bez talerza wyraźnie nalega, żeby zacząć bez niej „bo wystygnie”. Wina również nie można zacząć bez spełnienia pierwszego (i jedynego) toastu. Podczas stukania się kieliszkami należy spojrzeć w oczy osobie, z którą spełniamy toast. To nie wyłącznie przesąd o siedmiu lat kiepskiego seksu, ale przede wszystkim maniery… Nie można wstać od stołu, dopóki wszyscy nie skończą. No, chyba że jest się kucharzem / kucharką, a drugie danie niepilnowane płonie na węgielek. Przyznaję jednak, że Szwajcarzy robią wszystko, żeby maksymalnie ograniczyć ruch podczas jedzenia. Dlatego właśnie zamiast pracochłonnych, wymyślnych popisów pan domu serwują chętnie jednogarnkowce.

Fondue chińskie, serowe, winne, mięsne, raclette, mięso grillowane na kamieniu – te wszystkie typowo szwajcarskie potrawy wymagają minimum przygotowań przed kolacją, za to zapewniają długie wspólne biesiadowanie. No bo tak to z tym fondue jest: mamy garnek pełen płynnego sera, gorącego czerwona wina lub bulionu (w zależności od typu fondue) i maczamy w nim różne różności. Jeśli masz ochotę zapoznać się bliżej z tymi tradycyjnymi szwajcarskimi daniami, zerknij TU.

Zalety jednogarnkowców są nie do pogardzenia. Nie trzeba się przedtem pocić przez kilka godzin przy garach. Nie mówię, że pocenie się w kuchni jest złe; wręcz przeciwnie, gary jednak w takim przypadku to tylko zbędny i niebezpieczny element. Można wylać na siebie wrzątek lub dostać kotletem między oczy. Nie polecam.

Po drugie, posiłek z jednego naczynia trwa zwykle o wiele dłużej i zapewnia całą gamę interakcji. Takie interakcje są zbawieniem dla każdej niezbyt klejącej się rozmowy. „Mieszaj, mieszaj, bo przywiera”, „o, kartofelek!”, „może nieco podkręcimy płomień, bo ser tężeje”, „eeeeee hopla! Wpadł Ci chleb do garnka! Stawiasz! Uwaga, wujek stawia następną kolejkę!”

No właśnie, przy fondue zasada jest taka: jeśli komuś spadnie chleb/mięso z widelca do wspólnego garnka, ta osoba stawia następną kolejkę. W przypadku dzieci jest to zwykle okrążenie stołu na jednej nodze albo wyrecytowanie wierszyka. Takie małe przerywniki, a jaka kupa śmiechu!

Po trzecie: każdy przyrządza sobie w zasadzie w ten sposób swój posiłek. Ten kto lubi spalone na popiół, pali sobie na popiół, ten, kto lubi krwiste jak z „Srpskiego filmu”, macza mięsko tylko na moment (to w przypadku fondue po burgundzku). Gospodyni zwolniona jest z obowiązku skakania przed wszystkimi i dogadzania.

Wady? Owszem, to żaden popis kulinarny. Każda polska perfekcyjna pani domu spali się ze wstydu wcześniej niż poda najmniej pracochłonne danie pod słońcem. Cała reszta za to odetchnęła z ulgą. Wreszcie jest miś na miarę naszych możliwości!

A Wy? Jak zwykle jadacie na co dzień? Celebrujecie wspólne posiłki? Jak przyjmujecie gości? Bardziej po szwajcarsku czy po polsku? Czy ważniejsze są dla Was popisy kulinarne czy atmosfera przy stole?

18 komentarzy o “Przy stole w Szwajcarii

  • Sierpień 21, 2017 at 8:13 am
    Permalink

    Chipsy we włosach potargał wiatr.
    Fajny artykuł!
    Pozdrawiam :*

    Reply
  • Sierpień 21, 2017 at 9:28 am
    Permalink

    Teraz już rozumiem ten konspiracyjny szept mojego prywatnego Szwajcara na przyjęciu urodzinowym „nie możesz tak ciągle się kręcić po kuchni!” .
    Bo ja, nauczona polskim zwyczajem i rodzinną tradycją, kręciłam się jak bączek raz tacą ciasteczek, to znów z dolewką sosu. A to był błąd!

    Reply
    • Sierpień 21, 2017 at 9:52 am
      Permalink

      Hahaha u mnie w rodzinie jest na ten temat powiedzenie: „Kaśka przyszła, Mańka wyszła”. Zwykle używane, jak w czasie świąt chcieliśmy sobie zrobić rodzinne zdjęcie, a połowa pań domu się krzątała po kuchni 😉

      Reply
  • Sierpień 21, 2017 at 12:33 pm
    Permalink

    No cóż, u mnie do niedawna praca i studia, więc nie było czasu na ceremonie. Teraz jest tylko to pierwsze, ale i tak nie zawsze mogę w pełni rozwinąć skrzydła jako kucharka. 🙂

    Wspólne posiłki są bardzo ważne dla Serbów, Chorwatów i Słoweńców, ale tu muszę ostrzec potencjalnych łowców nowości kulinarnych: te kuchnie są ciężkostrawne i w 90% nie dla wegan.

    Reply
    • Sierpień 21, 2017 at 1:20 pm
      Permalink

      No nie wiem, ciastko ze zdjęcia wyglądało pysznie 😉
      Z wakacji w tamtych rejonach pamiętam taki pyszny placek wypełniony mięsem i sosem. Mniam!

      Reply
      • Sierpień 21, 2017 at 3:09 pm
        Permalink

        Ilekroć byłam gdzieś ze słoweńskimi znajomymi, zawsze było tłusto i słodko (podobno tam teraz wegetarianizm jest w modzie, ale… No właśnie). I rzecz jasna dużo!

        Reply
    • Sierpień 21, 2017 at 2:33 pm
      Permalink

      Już widziałam to wcześniej i żałowałam bardzo, że nie ma wersji z podpisami. Ja jednak nie jarzę aż tak bardzo dialektu…

      Reply
  • Sierpień 21, 2017 at 1:40 pm
    Permalink

    Joasiu ale czy jesteś pewna, że teksty:

    „Mieszaj, mieszaj, bo przywiera”, „o, kartofelek!”, „może nieco podkręcimy płomień, bo ser tężeje”, „eeeeee hopla!

    padają w kuchni a nie w sypialni Szwajcarów? 😉

    Reply
    • Sierpień 21, 2017 at 2:32 pm
      Permalink

      Hahahah ja o wielu rzeczach pomyślałam… Ale chyba akurat nie o tym 😀

      Reply
  • Sierpień 21, 2017 at 1:43 pm
    Permalink

    W zabieganym świecie rzeczywiście trudno znaleźć czas na posiłek z rodziną. U mnie w domu zbieramy się dopiero późnym wieczorem. Więc nie zawsze udaje się zjeść posiłek razem. Natomiast w weekendy jak najbardziej. Bardzo lubię gotować, piec ciasta i w ogóle krzątać się w kuchni. Z przyjemnością szykuję coś pysznego do jedzenia, ale warunek nikt nie może mi wtedy przeszkadzać, a i pomocy nie potrzebuję. Nie wiem dlaczego tak jest, ale w kuchni zdecydowanie działam solo. Chociaż od czasu jak nastał u mnie kot, a pojawił się jako dorosły osobnik, nie opuszcza mnie na krok, licząc, że coś smakowitego dostanie. Przekonałam się, że może zjeść wszystko. Na początku, kiedy nie byłam przyzwyczajona do jego obecności i przez nieuwagę zostawiłam jedzenie na stole, oczywiście znikało wszystko i szybko. Potem się martwiliśmy żeby go brzuszek nie rozbolał. Teraz już tego pilnuję. W końcu kot ma swoje jedzenie, a my swoje. Przecież jemu nie wyjadamy, to naszego też niech nie je. Natomiast jeśli chodzi o czasy studenckie, to wówczas nie specjalnie myślało się o jedzeniu. Wprawdzie nie mieszkałam w akademiku, bo studiowałam w Warszawie, ale oczywiście byłam częstym bywalcem tego przybytku. Wtedy najważniejsze, żeby było wino, często to najtańsze, bo i wybór w sklepach był mierny. To były czasy, kiedy na półkach sklepowych zazwyczaj był ocet, no i alkohol oczywiście też. Chipsów we włosach nie mieliśmy, bo nie wiedzieliśmy, że w ogóle coś takiego było. Te spotkania były więc mocno zakrapiane i oczywiście odbywały się w oparach dymu z papierosów. W jednym małym pokoju często skupionych nas było kilka bądź kilkanaście osób i wszyscy paliliśmy papierosy. Do dzisiaj dziwię się, jak można było to wytrzymać. Ale to nie było ważne. Dla nas wtedy najistotniejsze było to jak stawiać opór komunistom i ustrojowi, który był ponoć ustrojem sprawiedliwości społecznej.

    Reply
    • Sierpień 21, 2017 at 2:35 pm
      Permalink

      Podobnie! Kiedyś byłam gorącą przeciwniczką zakazu palenia w knajpach, a teraz już sobie nie za bardzo wyobrażam tamtą dosłowną zadymę…

      Reply
  • Sierpień 22, 2017 at 11:40 am
    Permalink

    Ty o jedzeniu, a ja wciąż o paleniu. Dodam jeszcze ciągle towarzyszący wówczas tekst: „niech ktoś k ….. w końcu okno otworzy, bo siekierę można powiesić”. Natomiast zakaz palenia w knajpach to faktycznie dobra rzecz, bo przy dobrym jedzeniu, szkoda jak towarzyszą zapachy mało sympatyczne dla nosa.

    Reply
  • Sierpień 28, 2017 at 5:20 am
    Permalink

    Wciaz trudne do przeskoczenia jest dla mnie serwowanie fondue w Wigilie. Jest mi to chyba zbyt obce. Natomiast gdy do siebie zapraszam gosci, to dbam o to aby jedzenie bylo urozmaicone, bo mam wrazenie ze od tego wlasnie zalezy tez dobra atmosfera, takie mam skojarzenia biesiadne. Ale gdy przyjda goscie, zdecydowanie wole czas spedzac z nimi niz w kuchni.
    Niezbyt przyjemnie wspominam tez momenty w niektorych szwajcarskich domach, gdy nie proponowano mi, nie dolewano, tylko oczekiwano ode mnie ze sama sie obsluze, i inne takie tam faux pas. Zachowanie przy stole o ktorym piszesz, o rozpoczynaniu posilku czy odchodzeniu od stolu, sa i dla mnie normalne; ale z mojego doswiadczenia wynika ze bardziej sa naturalnie przestrzegane 🙂 we Francji niz tutaj. A moze zalezy to od rodziny?

    Reply
    • Sierpień 28, 2017 at 6:45 pm
      Permalink

      Tak, fondue w Wigilię, i to chińskie, to faktycznie trochę szokujące 😀

      Reply
  • Sierpień 28, 2017 at 12:40 pm
    Permalink

    W moim rodzinnym domu jedynie obiad był przymusowo zjadany przy stole w kuchni:)) i czasem niedzielne śniadania. Mama starała się…
    Swoich synów od najmłodszych lat starałam się nauczyć celebrowania posiłków: duży stół, fajne naczynia i … wyłączony telewizor. Z biegiem czasu zostałam sama przy tym stole, bo „wytwory 21 wieku” musiały coś obejrzeć albo grać!!!
    Moje oburzenie malało, malało, aż znikło.
    Teraz pokój synów to składowisko brudnych naczyń – ale człowiek do wszystkiego przywyka! W końcu to ich cyrk i ich małpy…
    Sama w życiu studenckim jadłam afrykański obiad z jednego gara w kilka osób, wytwornie w Moskiewskich restauracjach i bardzo wygodnie w barach.
    A nawet na ulicy w kilkunastostopniowym mrozie:)) – dla rozgrzewki.
    Wytworne restauracje nie dla mnie. Gubię się w Savoir-vivre obowiązującym podczas jedzenia. Oczywiście umiem się posługiwać widelcem i nożem :)), ale wygodniej jest jeść tylko widelcem, gdy moje łokcie spokojnie leżą sobie na stole.
    Zapewne wielu potraw nigdy nie spróbuję, bo nie umiałabym się do nich dobrać.
    Czy moje życie jest uboższe, albo mniej atrakcyjne, bo nie bywam w restauracjach?
    Nie jest!
    I trochę śmieszą mnie osoby udające bywalców drogich restauracji.
    A już do łez uśmiałam się, gdy znajoma przy stole biesiadnym tonem nie znoszącym sprzeciwu kazała mi wlać alkohol do jej kieliszka, „bo przecież samej nie wypada”!!!!
    A mi tam wypada dolewać sobie wody w trakcie imprez i obserwowanie ludzi, którzy z godziny na godzinę coraz mniej pamiętają o Savoir-vivre jakimkolwiek. Nie tylko tym biesiadnym…
    Duuużo można pisać o zwyczajach celebrowanie lub nie spożywania posiłków. Ważne jednak dla mnie jest, by nikogo nie obrażać czy lekceważyć, bo je swoją kanapkę czytając książkę, albo oglądając film.
    Uffffffffffffff! Jo, znowu ciekawy temać Poruszyłaś.
    Pozdrawiam

    Reply
    • Sierpień 28, 2017 at 6:49 pm
      Permalink

      Ja uwielbiam rodzinne restauracje, szczególnie takie we Włoszech, gdzie jest bardzo prosto i pysznie.
      Ale byłam raz w takiej restauracji z gwiazdką Michelin, i nigdy więcej. Ciekawe doświadczenie, nie powiem, ale tak samo jak Ty – czułam się tam sztucznie. I nie podoba mi się koncept jedzenia mini dzieł sztuki. Jedzenie ma smakować i sycić. Reszta to lekki snobizm…

      Reply
      • Sierpień 31, 2017 at 12:01 pm
        Permalink

        Też tak myślę 😀
        Same warzywa mają tak intensywne kolory i kształty, że na talerzu tworzą dzieło sztuki – trzeba tylko wyobraźni!
        1 sierpnia świętowałam razem ze Szwajcarami nad szwajcarską rzeczką siedząc na kamieniu i wcinając ziemniaki z ogniska – spalona skórka była przepyszna – a ja szczęśliwa!
        Jo czekam na kolejne tematy
        Pozdrawiam

        Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *