Syndrom żony piłkarza

Ja się po prostu nie nadaję. Nie pasuję. Jestem prawdziwym dzikusem z pola kukurydzy z widłami w łapie… – z takim przekonaniem wychodzę ze wszelkich webinarów, podcastów pełnych porad „jak dobrze blogować”, „jak wydać książkę”, „jak zarządzać czasem”, „jak zarabiać na swoim hobby”, „jak się samorealizować”… Samorealizacja, piękni, uśmiechnięci ludzie, okrągłe hasła i, co gorsza, artykuły pełne prawdy! Bo jeśli zawartość tych wszystkich mądrych poradników, webinarów, podcastów, wykładów, TED’ów, seminariów byłaby idiotyczna i nieprawdziwa, łatwiej mi by było je wyśmiać i olać.

Tymczasem są tam i wszystkie śmieją się ze mnie, wydeptującą sobie pracowicie ścieżkę pośród chaszczy, mimo że obok mnie biegnie trakt, po którym biegają tłumy.

Kilka tygodni temu spotkałam się z koleżankami i powiedziałam im, że nie chcę iść za rękę z żadnym wydawnictwem. Nie bawi mnie żebranie, chodzenie na kompromisy i nachalna „sprzedaż” mojego produktu. Chciałabym wydać książkę sama i albo założyć wydawnictwo albo dokonać tak popularnego teraz self-publishingu. Koleżanki, przedsiębiorcze i ogarnięte dziewczyny, od razu stworzyły mi niemal kompletny plan działań. Zajrzyj na tę stronę – odnajdziesz tam kompletny kosztorys, jak to zrobić. Stwórz społeczność dookoła siebie jak to zrobił XYZ. A ABC napisał o tym książkę, a CDE radzi, żeby zacząć od tego i śmego (…)

Wyszłam ze spotkania uśmiechnięta, ale czułam, jakby ktoś mnie pobił i tego nie zauważył. Następnego dnia z samego rana zadzwoniłam do mojej przyjaciółki:

– Dostałam tysiąc rad i każda mądra. Ale żadnej nie mogę i nie chcę zastosować. Co ze mną jest nie tak? Czy tylko ja jestem takim dziwadłem? Czuję, jakbym kogoś zapytała, co zrobić by być piękną, a ktoś by mi odpowiedział: ZRÓB SOBIE OPERACJĘ PLASTYCZNĄ!

– Bo to nie jesteś Ty! Nie przejmuj się! Zrobimy na pewno mnóstwo błędów i nie raz będzie kiepsko… Ale jak ktoś chce idealnego produktu, niech sobie weźmie żonę piłkarza!

Żona piłkarza. Kobieta perfekcyjna. Przepiękne, kuszące usta, długie rzęsy, jaskółcze brwi, idealna figura, duże piersi, długie włosy i cudowny strój kąpielowy. Jedyny problem: jak odróżnić jedną od drugiej? Czy oni je biorą z jednej fabryki?

Mam wrażenie, że wszystkie te materiały do samorealizacji robią z nas żony piłkarza; robią nam psychiczną operację plastyczną. „Jak dobrze blogować?”… Gdy ja zakładałam bloga, miałam czarne tło, tytuł i nieostre zdjęcie gór zrobione komórką. Teraz za to funkcjonuje miliony fantastycznych blogów, co drugi bardziej zachęcający. Wszystkie minimalistycznie estetyczne, z piękną fotką autora po prawej, z insta, fejsbukiem i twitterem. Tworzą z nazwiska autora markę. Są marketingowymi perełkami. Nie mają wad. I nie są ani trochę autentyczne. Nie potrafię ich czytać, ani pokochać. Nie ma w nich duszy. Są taśmowym wytworem spełniającym wszystkie normy, wskazówki i odpowiadający na statystyczne potrzeby czytelników.

Naukowcy poszukiwali idealnego materiału, który wytrzymałby wieki, a nawet tysiąclecia, byłby odporny na wilgoć i różne warunki atmosferyczne. I powstał, materiał idealny. Plastik.

Nie jestem w stanie nic zarzucić tak popularnym teraz metodom samokształcenia. Treść, jaką ze sobą niosą jest zwykle bardzo wartościowa. Ale przez to, że jest przeznaczona dla mas, uśrednia mnie i standardyzuje. I traktuje mnie jak produkt. Jak rzecz. Jak program komputerowy. Każe się apgrejdować, kształcić, doskonalić, upiększać i stroić piórka, bo bez tego nie będę nic warta, nie sprzedam się, i nikt mnie nie pokocha.

Pierdolę. Nie będę. Tu będę stać, w moich chaszczach. Z moimi wadami, złym zarządzaniem czasem, beznadziejną strategią marketingową i nieumiejętnością prowadzenia przyjemnej i niezobowiązującej konwersacji. Nigdy nie będę pięknym produktem, żoną piłkarza i nigdy nie będę do tego aspirować. Bo jeśli jest coś w tym świecie, o co warto walczyć, to jest to autentyczność.

Jest też druga strona medalu – poradniki na wszystko, nawet na to, jak podrapać się po tyłku są jak nadopiekuńcza, bogata rodzina, która tak tak intensywnie i mądrze radzi, jak zarobić pierwszy milion, żeby nie popełnić żadnego błędu, że dzieci z tej rodziny wyrastają na kaleki społeczne. Bo rodzina zapomina, że żeby zarobić ten pierwszy milion trzeba popełnić milion błędów. Swoich błędów. Ale to już temat na osobną historię…

Ale uwaga, ten artykuł to anty-poradnik. Decydując się na chaszcze, nie zajdziesz daleko. Prawdziwe dziewczyny z tłuszczykiem na udach i wadą zgryzu pracują w bibliotekach, a żony piłkarzy są w końcu żonami piłkarzy. Dlatego najważniejsze pytanie, jakie musisz sobie zadać przed kolejnym kursem samodoskonalenia jest: czy chcesz być standardem, który się będzie podobał wszystkim czy chcesz być obrzydliwie prawdziwą sobą, którą można nienawidzić, ale warto też pokochać?

15 komentarzy o “Syndrom żony piłkarza

  • Lipiec 14, 2017 at 10:15 am
    Permalink

    Miałam bardzo podobnie (tylko akurat nie chodzi o blogi), aż pewnego razu mój mąż spytał/powiedział: „Słuchaj, głupia nie jesteś, nie możesz sobie z tych wszystkich szkoleń itd. wybrać tylko rodzynki? Wisienki? Przekształcić w rzeczy dla Ciebie. To co Ci pasuje bierz, a resztą się nie przejmuj. Nie musisz”. Zaczęłam próbować – ciężko… ale czułam, że chcę iść gdzieś indziej, dalej niż jestem i w końcu się udało. Na razie dobrze mi już tak, jak jest. Doszłam do momentu, w którym jestem w miarę ogarnięta i nie szukam już porad i szkoleń. Może kiedyś… ale na pewno przez moje filtrujące okulary.
    Pozdrawiam!

    Reply
    • Lipiec 14, 2017 at 1:49 pm
      Permalink

      No, to świetnie, że masz takie filtrujące okulary. Na internecie (a zresztą nie tylko, w książkach i prasie też) jest tak dużo niesprawdzonej, nierzetelnej, nieaktualnej wiedzy i opinii podszywających się pod wiedzę, że jest naprawdę trudno to odsiać!
      Kilka lat temu chciałam zacząć biegać interwały. Sięgnęłam więc do netu, żeby sprawdzić, jak zacząć. I znalazłam tyle przeciwstawnych opinii z zaznaczeniem, że jeśli zrobię inaczej, na pewno będę miała kontuzję, że odłożyłam temat na później. I dopiero po jakiejś połowie roku kolega mi po prostu powiedział zdroworozsądkowo: zacznij biegać zmiennym tempem, i jak jesteś zmęczona, zamiast się popychać do większego wysiłku, zacznij maszerować. I tak zaczęłam biegać interwały. Dotąd nie mam pojęcia, czy robię to dobrze, bo po prostu nigdy więcej nie zerknęłam na te strony…. I jakoś ani kontuzji nigdy nie miałam, ani nie zrobiłam sobie krzywdy…

      Reply
  • Lipiec 14, 2017 at 1:19 pm
    Permalink

    Nie wiem, czy zauważyłaś, że sama krytykując couching, jestes bardzo bliska stania się guru filozofii „Pierdolę. Nie będę.” Bardzo ładna nazwa filozofii swoją drogą, powinnaś przemyśleć to, żeby ją wykorzystać. Ostatnie artykuły są właśnie takim jednym wielkim buntem. Czy to świadoma strategia, czy po prostu tak Ci wychodzi spod pióra /klawiatury?
    Ps. No wiesz… plastik?!

    Reply
    • Lipiec 14, 2017 at 1:43 pm
      Permalink

      heheheh no plastik, plastik. Co chcesz, w końcu materiał idealny, nie?
      Samo wychodzi. Ten blog to jest w ogóle jakieś takie wielkie „samo wychodzi”… 😉

      Reply
    • Lipiec 14, 2017 at 5:40 pm
      Permalink

      Tak samo sobie pomyślałam.
      Twoje artykuły, Joanno, to jak by na to spojrzeć, niezły couching. Przynajmniej niektóre z nich na mnie działają terapeutycznie, na moją mamę i tatę (tak, czytają!) też.
      Na pewno rozweselają, ale też dają dużo dystansu i perspektywy. Ostatnio nawet sobie pomyślałam pod wpływem twojego artykułu, gdy moja mała nie dostała miejsce w przedszkolu, że jakoś to będzie, gdy się wszyscy postaramy!

      Reply
      • Lipiec 14, 2017 at 6:50 pm
        Permalink

        Ufff dzięki, dziwnym sposobem nagle się poczułam bardzo odpowiedzialna za to, co piszę…

        Reply
  • Lipiec 14, 2017 at 3:11 pm
    Permalink

    Znakomite spostrzeżenia. Szacuneczek!
    Parę dni temu wpadła mi do głowy myśl, że z informacją pochodzącą od ludzi jest dokładnie tak samo, jak z prawem Kopernika-Greshama dotyczącym pieniędzy. Kopernik i Gresham stwierdzili, że jak w obiegu mamy dobrą monetę i sfałszowaną monetę (znaczy taką z mniejszą zawartością metalu szlachetnego, niż oryginał), to te lipne monety szybko znajdą się w powszechnym obiegu, a te dobre znikną.
    Wg mnie podobnie jest z wieloma szkoleniami, dobrymi radami, natrętnymi rozwojowcami, terrorem pozytywnego myślenia. Ludzie, którzy się tym zajmują, w pierwszej kolejności chcą, a najczęściej muszą, zarobić kasę, więc uczą się robić to, co działa. NLP, drogi na skróty, półprawdy, niedomówienia, chwyty marketingowe, szybkie ścieżki, psychologiczne ‚tricki’, nauka języka w 10dni. Wielu z nich robi nie to, co im się podoba, tylko to, co działa.
    Rezultat: zalała nas powódź miernoty, dziadostwa i półśrodków, którą internet jeszcze przyśpieszył, bo większość kupujących chce szybko, tanio i dobrze jednocześnie. Marnej jakości informacja zalała całe kontynenty. Internetowo-informacyjne tsunami. Po cichu, powoli, w ogromnej ilości, razem z korporacyjną nowomową potęgują chaos.
    Z tego, co zrozumiałem, szukasz narzędzi do przedzierania się przez haszcze, a ciągle ci handlują produkt o nazwie „kompas na główną drogę”. Tylko pod różnymi nazwami.

    Reply
    • Lipiec 14, 2017 at 4:42 pm
      Permalink

      Oddaję ten sam komplement. Znakomite spostrzeżenia i całkiem niezła analogia!
      Tak. kompas na główną drogą dla uśrednionego Kowalskiego, który ma być asertywny, zorientowany na sukces, przedsiębiorczy, uśmiechnięty, pewny swojego produktu, ekstrawertyczny i gładki, bez żadnych ostrych rogów. Nie ma innej możliwości. Jeśli Kowalskiemu czegoś brakuje do tej wyśrubowanej normy, to ma problem (i najlepiej niech się nauczy, jak być taki a nie inny, bo inaczej kapota!…)
      To może przesada, ale ktoś kiedyś mi powiedział, że na wszelkich spotkaniach mających w temacie samorealizację (i nie tylko!) uczestnicy i prowadzący to armia klonów.

      Reply
  • Lipiec 17, 2017 at 11:22 am
    Permalink

    Joanno, wiesz dlaczego tak dobrze się czyta Twojego bloga?, bo jest autentyczna. Czy świat jest plastikowy, naładowany poradnikami i jakimiś innymi bzdurami, to najlepiej mieć to w d …… i żyć po swojemu. Kiedyś, chciałam być idealna we wszystkim, i co? Wiadomo, nie udało się i do tego doprowadziło mnie to do wielu schorzeń i niepowodzeń. Dzisiaj już wiem, że to była zła droga. Żyję tak, żeby sobie nie robić krzywdy, a wręcz odwrotnie, być w zgodzie ze sobą. Nie muszę wyglądać jak żony piłkarzy (faktycznie coś w tym jest, że są jak sklonowane), bo taką żoną nie zostanę. Nie dlatego, że brakuje urody, po prostu wiek już nie ten :-)). Ubolewam, że świat jest taki plastikowy, płytki, cóż, takie czasy. Jak śpiewa zespół Dr. Misio „Najlepsze są te teksty, które nie niosą treści. Najfajniejsze te melodie, które nie tworzą pieśni …..”. Pozdrawiam Ciebie cieplutko z zachmurzonej Warszawy, która żyje reformą sądownictwa, wizytą rodziny królewskiej i planowanymi podwyżkami paliwa. Ot, i mamy samo życie :-)).

    Reply
    • Lipiec 17, 2017 at 3:57 pm
      Permalink

      Dzięki!
      Pozdrowienia z upalnego Morges!

      Reply
  • Lipiec 18, 2017 at 2:38 pm
    Permalink

    O widzisz, ja już mam alergię na białe tło. Raz że trudno się toto czyta w nocy, oczy bolą. Dwa, że wszystkie blogi wyglądają tak samo. Dlatego na swoich mam tła w różnych kolorach, chyba tylko jeden ma jasne, ale tylko w miejscu zdań, bo tło ma ze zdjęcia. I guzik mnie obchodzi, że reklamodawcy tego nie lubią. Mój blog to moje państwo, szlachta na zagrodzie i tak dalej. Dostaję wysypki na dźwięk fraz „grupa docelowa”, „monetyzacja”, „pozycjonowanie” i tak dalej.

    Reply
    • Lipiec 18, 2017 at 3:18 pm
      Permalink

      No patrz! Nie ma jak niechcący się wstrzelić w panującą tendencję! 😉
      Niom, ja dlatego omijam szerokim okiem jakieś wszelkie blogerskie spendy. Ale nie wiem. Może kiedyś pójdę i okaże się, że nie jest tak źle…

      Reply
  • Lipiec 18, 2017 at 10:50 pm
    Permalink

    Przypomniała mi się scena z filmu „Zakochani”, Pierd*lę, nie jadę!
    https://www.youtube.com/watch?v=PQK8uft8bpw
    A tak serio tutaj napiszę, ale uwaga, to wyjątkowo, bo ja internetu serio nie traktuję, więc proszę się nie przyzwyczajać. Przemknęłam przez setki blogów i Twój jest jedynym, który czytam, i to chyba już parę lat, do tego regularnie. Nadal nigdy nie byłam w Szwajcarii, co więcej na razie się nawet nie zapowiada. Cała reszta mnie znudziła, już po jednym artykule i często zastanawiałam się, czy te blogi pisze jedna i ta sama osoba, tylko czasem nadaje z Sydney a czasem z Hameryki a czasem Islandii. Co do poradników i tym podobnych, ja dzielę je na dwie grupy, jedna uzyteczna a druga w stylu jak zarobic 100 tys zlotych. Ta druga grupa to mniej wiecej klony podejscia sprzedaj 1000 ksiazek pt. „Jak zarobić 100 tyś zlotych”, kazda kisazka po 100 pln. Grupa pierwsza to narzedzia, wiec traktuje je jak narzedzia, do Castoramy tez jade jak potrzebuje nowy mlotek a nie tak sobie mlotki poogladac:). W moim przypadku do czasu pojawienia sie na swiecie miniaturek narzedzia byly zbedne, zylam sobie w swoim rytmie i chaosie. Niestety okazalo sie, ze poszukiwanie wlasnie tego waznego papierka przy rykowisku potomstwa juz nie jest zajeciem znosnym, tudziez potykanie sie o zwaly zabawek moze byc co najmniej bolesne. W skrocie, zasoby czasoprzestrzenne i finansowe sie skurczyly a ilosc obowiazkow i gratow wzrosla odwrotnie proporcjonalnie. I do czego zmierzam, jak ktos sie jeszcze nie wyleczyl z insomni, mnie aktualnie pomogly narzedzia, ktore uzywają manażerowie przy zarzadzaniu projektami: GTD, kalendarz, lista zadan i jedna ksiazka o porzadkowaniu przestrzeni ale zapomnialam tytulu. Aktualnie testujemy w domu Asane, i ku podziwu dzieki wspoldzieleniu „projektu” lazienka, pojawila sie u nas zaslonka prysznicowa w gustowne kaczki, ktora to zawsze przegrywala z pilniejszymi sprawami. Takze w koncu woda mi nie cieknie z wanny:D:D:D Tazke warto ale z glową:D:D:D

    Reply
  • Lipiec 19, 2017 at 9:16 am
    Permalink

    A to dobrze, bo ja się przyzwyczajam do czytelników, najbardziej oczywiście do tych aktywnych i jak coś piszę to potem o tych myślę. Łatwiej się tworzy dla kogoś konkretnego niż ot tak w eter.
    Ja nie jestem tak a priori przeciwko poradnikom, tylko traktuję je utylitarnie, całkiem jak Ty.
    A mnie na bezsenność najbardziej pomógł wywiad z psychiatrą leczącym bezsenność, który powiedział, że śpi przeciętnie 1-2 h i pomimo to nie traktuje siebie jako osobę, która mogłaby mieć jakiekolwiek problemy z bezsennością. I to mnie w dziwny sposób uwolniło od stresu, że jak nie będę spała, to zawalę coś następnego dnia. Bo nie zawalę, mogę funkcjonować bez snu… I paradoksalnie ten brak stresu, że brak snu to tragedia sprawił, że lepiej zaczęłam spać!

    Reply
    • Lipiec 21, 2017 at 10:17 pm
      Permalink

      Jak byśmy nie mogli funkcjonować bez snu to by ludzkośc wyginęła:) Nie znam ani jednego rodzica, który w pierwszych latach dziecka sie wysypial, nie mowiac juz o czuwaniu przy lozku chorego dzieciaka przez cala noc a rano odjazd do lekarza:) Tudziez calonocne przygody żołądkowo-jelitowe malucha a rano pranie i zajmowanie sie sniadaniem drugiego potomka. Takze no stress jakos wszyscy funkcjonują niedospani:)

      Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *